#367. Assassin’s Creed

Assassin’s Creed to jedna z moich ulubionych serii gier, którą stworzył Ubisoft. Światło dzienne ujrzała w listopadzie 2007, a ja, będąc o dziwo niepryszczatym nastolatkiem, zakupiłem ją dopiero po roku. Dzisiaj wracam do moich gamingowych korzeni!

Zacznijmy od tego, że głównymi postaciami są w tej chwili dwie osoby: Desmond Miles – współczesny bohater, którego porwało Abstergo, aby dotrzeć do wspomnień jego przodka z XII wieku – Altaira. Abstergo bowiem dysponuje urządzeniem (Animusem) mogącym dosłownie czytać historię naszej rodziny z naszego kodu DNA. Nasza historia będzie więc skakać między jedną postacią a drugą.

Na samym początku mamy okazję pobiegać jako Altair, ale za dużo nie możemy zrobić, bo Desmond nie był w stanie osiągnąć pełnej synchronizacji ze swoim przodkiem. Zostajemy wyciągnięci z urządzenia i poznajemy dwie postacie, które będą się koło nas kręcić przez całą grę: doktora Warrena Vidica i jego asystentkę Lucy Stillman. Dowiadujemy się od nich o możliwościach Animusa i naszym zadaniu – wcieleniu się w rolę Altaira, aby odkryć coś z jego przeszłości, co jest niezbędne dla naszych „badaczy”.

Po krótkim wprowadzeniu lądujemy znowu w dziwnej maszynie, która uczy nas jak grać, a potem wrzuca nas w wir opowieści. Stajemy się Altairem – zadufanym w sobie asasynem stojącym jako opozycja dla templariuszy. Podczas jednej misji łamie on wszystkie możliwe zasady: zabija niewinną osobą, naraża misję na niepowodzenie i sprowadza wroga pod bramy jego bractwa. Za ten czyn zostaje ukrany i pozbawiony wszystkich tytułów oraz przywilejów.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Nasz asasyn staje się czystą kartką, którą powoli zapełniamy naszymi czynami. Nasz mentor – Al Mualim – daje nam szansę na odkupienie poprzez eliminację dziewięciu celów na liście naszego mistrza. Każdy z nich ukryty jest w innej lokacji w różnych miastach, a my krążymy od jednego miejsca do drugiego, aby ich wszystkich dorwać.

Wszyscy oni są templariuszami, którzy pragną stworzyć nowy świat wedle ich woli.

Od naszego ostatniego celu, do którego Altair ma swego rodzaju urazę, dowiadujemy się, że jest jeszcze jeden templariusz – nasz mentor Al Mualim. Nasza postać udaje się z powrotem do swojego mistrza, aby stoczyć z nim śmiertelny bój. Wtedy też odkrywamy potężny artefakt, który zdradza nam lokalizację innych niesamowitych przedmiotów potrzebnych dr Vidicowi.

Nasze zadania jako asasyn przerywa „powrót do rzeczywistości”. Po przejściu określonej części gry Desmond zostaje wyciągnięty z Animusa, aby odpocząć i nie wpaść w efekty uboczne ciągłęgo przebywania w maszynie. Dzięki temu możemy pokręcić się po pomieszczeniu, porozmawiać z badaczami, a w pewnym momencie wyjść ze swojej celi dzięki podrzuconej nam karteczce z kodem i poczytać prywatne emaile Warrena i Lucy przybliżające nam fakt, że oboje są nowoczesną wersją templariuszy, z którymi walczył Altair.

Tytuł ten bardzo mi się podobał i to nie tylko ze względu na sentyment. Gra jest przemyślana, oferuje wiele sposobów walki: od cichego skrytobójstwa do potyczki ze wszystkimi na raz. Atutem i wadą jest parkour, dzięki któremu możemy poruszać się po budynkach. Daje to nam szansę na skakanie po dachach, czy uciekanie przez żołnierzami i chowanie się w wozach z sianem, ale też jest przyczyną naszej śmierci, bo czasem Altair zachowa się inaczej niż planowaliśmy…

Moim ulubionym zajęciem są skoki wiary z najwyższych punktów na mapie do tego małego wozu z sianem. Im wyżej tym większą gęsią skórkę mam zastanawiając się, czy trafię (a zdarzyło się kilka razy, że Altair odbił mi gdzieś na bok i tyle po nim było). To jest coś, co urzeka mnie w każdej grze: ten dreszczyk emocji, lot i idealnie lądowanie w sianie! Dopiero w późniejszych częściach gry zacząłem rozumieć dlaczego asasyni przeżywali skoki wiary.

W młodości bałem się wysokości, a skoki wiary pozwoliły mi się z tym lękiem oswoić, zamienić go w coś, co było dla mnie ciekawe, emocjonujące, trzymające mnie w napięciu, a jednocześnie pokazujące mi, że mój respekt dla wysokości nie jest taki nieuzasadniony.

Świetną rzeczą w tej grze są pościgi, kiedy mamy ogrom możliwości, aby zgubić ścigających nasz żołnierzy po tym, jak zabiliśmy nasz cel. Można chować się między mnichami, siadać na ławkach, wskakiwać do wozu ze sianem, wspinać się na budynki i chować w ogrodach na dachach. Oczywiście trzeba pamiętać, że musimy zniknąć z linii wzroku naszych przeciwników inaczej nici z naszej desperackiej próby schowania się.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Ten tytuł polecam gorąco z całego serca, bo jest on świetnie wykonaną grą z ciekawym, aczkolwiek trochę zakręconym sterowaniem. Twórcy stworzyli swoją nietypową, ale całkowice pochłaniającą fabułę, która opiera się na ich interpretacji prawdziwych postaciach i wydarzeniach historycznych. Jest to o tyle dobrze wykonane, że podziwiam ich za to jak zręcznie zszyli swoją opowieść z kawałkami rzeczywistych faktów, aby wyszła z tego ich własna wizja tamtejszych wydarzeń, w którą wpadasz i za nią podążasz, jak gdyby była naturalnym ciągiem wydarzeń. Zachęcam do zagrania każdego, kto chociaż trochę lubi gry zręcznościowe!

Mefisto

#366. Udało się!

Dzień dobry wieczór!

Nie wiem czemu, ale za każdym razem, kiedy piszę tą notkę, to czuję się jakby mnie tutaj miesiąc nie było, a publikuję posty co niedzielę. 😂

Ostatnie cztery tygodnie były dla nas bardzo zabiegane, ale dosyć owocne. Wybraliśmy się do prywatnego pediatry, który przyjrzał się problemom Smoczyńskiego i wystawił diagnozę: autyzm. Oczywiście nie wyklucza, że dzieciorośl może mieć też inne problemy (ADHD na przykład), ale póki co eliminujemy wszystkie czynniki, które mogą powodować nadpobudliwość u naszego bąbla.

Dostaliśmy dokładny raport ze wskazówkami, co robić dalej, aby Smoczyński rozwijał się prawidłowo i będziemy się starać o każdą możliwą pomoc (którą można uzyskać w dobie pandemii). Jest postęp, dostaliśmy nadzieję, której nam brakowało i mamy więcej sił przeć do przodu. Mały bardzo szybko łapie co i jak, więc różnice widać już nie tylko z tygodnia na tydzień, ale też i z dnia na dzień. Jestem z niego naprawdę dumny, bo wkłada dużo pracy w naukę mówienia i idzie mu coraz lepiej. 🙂

Strasznie jednak zły jestem na publiczną służbę zdrowia, bo to, co robili (a raczej czego nie robili) przez ostatni rok, to jest cyrk na kółkach, jeśli nie gorzej. Lekarz wystawił diagnozę nie widząc Smoczyńskiego ani razu. Według jego diagnozy mały jest kompletnie odcięty od świata i nie ma z nami (rodzicami) żadnego kontaktu. I piszę to w momencie, kiedy mały przybiega dać mi całusa i ciągnie mnie na kanapę, gdzie ułożył karty, bo chce się pochwalić, że mu się udało…

No zdiagnozował, ale chyba nie moje dziecko…

Zawiodłem się i to po całości. A co „najzabawniejsze”: jak powiedzieliśmy, że mamy dość i pójdziemy prywatnie, to nagle wszyscy się nami interesują, nagle można sobie z tyłka diagnozę wystawić i udawać, że wszystko jest w porządku. Chyba bardzo łatwo można domyśleć się, jak bardzo jesteśmy tym wszystkim zmęczeni…

Jakby tego było mało: moja matka okazała się antyszczepionkowcem. Już wcześniej widziałem, że jest sceptycznie nastawiona do szczepionki do koronawirusa, ale myślałem, że tylko kwestia tej jednej szczepionki, wobec której miała obawy. A teraz się wyjaśniło, czemu to ojciec i dziadkowie brali mnie na szczepienia (za co im bardzo mocno dziękuję). Ponadto uważa, że Smoczyński ma autyzm przez szczepionki… Moja matka zawsze była dzbanem i tak już chyba zostanie. Przynajmniej ułatwia mi to ograniczanie kontaktu z nią do koniecznego minimum.

Nasi cudowni sąsiedzi też starają się nam umilać życie, ale z nich to już można się tylko śmiać (i to w sumie robimy 😂). Nie pisałem o nich za bardzo, bo nie chciałem się na nich skupiać, ale myślę, że pora podsumować ich pomysły z ostatniego roku.

Zacznę od tego, że mieliśmy okazję porozmawiać z właścicielką mieszkań po drugiej stronie budynku i ona określiła ich jako taki typ ludzi, co mają spinę ze wszystkimi. I właściwie to po nich to widać… 😂

Przez cały rok próbowali różnych sposobów, aby wyprowadzić nas z równowagi. Wracali późno w nocy i naparzali się z mebali w mieszkaniu (ale tylko w pomieszczeniu pod sypialnią). Próbowali zablokowywać nas autami (bo mają dwa), ale kończyło się na tym, że o ile nie stawali nam pod same zderzaki, to Całość dawała radę wyjechać (jak to mój wujek ujął: „jak ktoś umie prowadzić, to i z dupy wyjedzie”). Skończyło się dla nich to tym, że inni sąsiedzi zaczęli ich blokować. Nie wojuj chujowym parkowaniem, bo od chujowego parkowania zginiesz. 😂

Potem zasypywali nam śmietnik swoimi śmieciami, ale co to za problem pojechać je wywieźć skoro wysypisko aż 5 minut drogi od nas. Następnie zaczęli wracać późno do domu (chyba z pubu) i tłuki się niemiłosiernie, ale to też na nas nie robiło większego wrażenia, a potem zamknięto puby. Przez jakiś czas był spokój, aż jednego dnia wrócili z… akordeonem. Zaczęli wyć nim na całą okolicę, więc Całość poszła, nagrała ich z zewnątrz, powymieniała porozumiewawcze spojrzenia z sąsiadami (na zasadzie: no niezłych czubków mamy w okolicy), a ja potem rozesłaliśmy nagrania do odpowiednich istustucji. Efekt był taki, że sąsiad zapakował się z akordeonem i wrócił już bez niego. Jeszcze w życiu nikt tak bardzo nie chciał nam dowalić, że aż kupił akordeon. 😂

Od tamtej pory próbują wymyślić coś nowego, ale kompletnie im nie idzie, więc, jakby nie spojrzeć, mamy spokój (i okazjonalnie darmową rozrywkę 😂). Są z nich jednak straszni cholerycy: wystarczy, że na dworze wieje albo pada deszcz, a oni budzą się w nocy i napierdzielają z otoczeniem (player vs enviroment nabiera przy nich nowego znaczenia). Jak ktoś zaparkuje na ich miejscu (tzn. to miejsce nie jest ich, ale oni lubią tam stawać) to też mają niemiłosierny ból tyłka. Szkoda mi ich z jednej strony, bo jakby nie patrząc to ich zachowanie wskazuje na jakiś poważny problem z psychiką…

Studia idą mi całkiem dobrze: dostałem właśnie najgorszą ocenę na tem rok (74%)! 😂 Wiąże się to z tym, że odpuściłem sobie z powodu naszego wyjazdu do pediatry (a jechaliśmy prawie do Londynu) i wolałem się przygotować na rozmowę z lekarzem. Znowu mam jednak trzy dwie prace do oddania na raz i czuję się zmaltretowany, bo mi ten fakt umknął i nie jestem na to psychicznie przygotowany. 😂 Jestem za to zadowolony z programowania w javie i z projektowania stron internetowych, bo to jest coś, co lubię i jeszcze w miarę mi wychodzi, a przy okazji uzupełniam braki w wiedzy, których zawsze chciałem się pozbyć, ale szukanie odpowiedzi na, szczerze mówiąc, nieznane sobie pytanie, nie jest proste. 😀

Powoli siadam do pisania kolejnej części przygód Wędrowca. Mam już całą fabułę ułożoną w głowie, więc teraz zostaje przelać pomysł do komputera. Nie mam pojęcia ile mi to zajmie (patrząc na ilość zajęć najpewniej sporo czasu 😂), ale zbliżam się do momentu, w którym powinienem wcielić pomysł w życie. 😀

Co do mojej tablicy korkowej, ale nie korkowej (o której to wspomniałem w tej notce) to zbieram powoli przypinki, dorobiłem się półeczki (w sumie to nawet kilku, tak jakoś wyszło 🤷‍♂️) oraz całkiem fajnej lampki. Czekam jeszcze na kabel, aby ją podłączyć. Szukam też jakiś fajnych naklejek inspirowanych grami, aby ozdobić półeczkę naprzeciwko mnie. Jeśli dobrze pójdzie to przy następnej notce wstawię zdjęcia z postępem prac. 😀

Przeszedłem Cyberpunka! Ale tak nie do końca, bo z kilku możliwych zakończeń udało mi się zrobić tylko jedno. Przy innych gra się wykrzacza. Chyba poczekam na patcha do gry (albo nawet na kilka) i zagram jeszcze raz, bo pod względem fabuły to gra jest naprawdę wciągająca, ale fakt, że co chwilę się wywala lub zacina zmęczyło nawet i mnie. Domyślam się, że wydawanie gier w dobie pandemii i pod presją emocjonalnie niestabilnych czubków (CD Projekt zaczęło nawet otrzymywać groźby śmierci, jeśli nie wypuszczą gry) jest ciężką sprawą, ale gra jest mega, grafika jest przecudowna. Trzeba ten diament tylko doszlifować. 😉

Całość sprawiła sobie nowy telefon – Samsung Galaxy S21. O dziwo obyło się bez jojczenia, które normalnie występuje przy przegrywaniu danych, bo telefon okazał się powyżej oczekiwań. 😀 Spodobał mi się, więc sobie też zamówiłem. 😀 Zbliża się wiosna (o ile już do nas nie przyszła), więc przydałoby się zacząć wychodzić fotografować kwiatki (bo wiadomo, jestem stereotypowy biseks i skaczę z kwiatka na kwiatek – instagram to potwierdza 😂).

To będzie chyba największy telefon w moim życiu, ale duży ekran mi się przyda: wygodniej będzie mi czytać podręczniki od matmy na nim. 😛 Właściwie to tablet miałem niewiele większy od niego… 😮 Trzeba będzie powiększyć kieszenie.

W ostatnim czasie reorganizujemy też przestrzeń w domu. Powodem tego jest głównie stos klocków LEGO, które trzeba gdzieś ulokować. 😂 Deski ze starego, połamanego łóżka przerobiliśmy na półki (całkiem solidne półki), Całość wymieniła biurko, bo potrzebuje więcej miejsca na swoją pracownię i przyznam, że w zaczyna się u nas robić całkiem przyjemnie. Żeby jeszcze tylko taki bałagan się nie robił to by było cudownie… 😛 To chyba znak, że nam już zdrowo odbiło od ciągłego siedzenia w domu, ale przynajmniej mamy zajęcie. 😂

Myślę, że to wszystko, czym chciałem się z Wami podzielić. Trochę tego było, ale cóż… Nasze życie będzi prawie tak samo szybko, jak Smoczyński, kiedy usłyszy, że pizza przyszła. 😀

Trzymajcie się ciepło i bądźcie zdrowi!

Mefisto

#365. Untitled Goose Game

Untitled Goose Game to kolejna dziwna gra w mojej niebywale długiej kolekcji dziwnych gier. Stworzona została przez studio House House i wydana przez Panic we wrześniu 2020.

W tym tytule wcielamy się w rolę gęsi. Wyjątkowo upierdliwej gęsi, która przybywa do mieszkańców wsi/miasteczka ze swoim planem zajęć. Na każdej dostępnej lokacji mamy bowiem listę zadań do wykonania, aby móc przedostać się do następnego miejsca pełnego przygód. Oczywiście nasze zadania nijak podobają się krzątającym się po danym miejscu postaciom, ani też nie mają większego sensu: po prostu nasza gąska chce miło spędzić czas i iść dalej przed siebie.

Chociaż wydawałoby się, że ta gra nie ma zbytniego celu (poza wkurzaniem komputerowych postaci i odstresowaniem gracza), to jednak przemieszczając się z lokacji na lokację, docieramy do głównego powodu, dlaczego nasza gąska wybrała się do miasteczka. Chodzi nam bowiem o podprowadzenie złotego dzwonka – nie pierwszego, zresztą, w karierze naszej bohaterki (lub bohatera – ja tam pod pierz nikomu nie zaglądam).

Główna gra jest dosyć krótka, bo daje nam raptem pięć lokacji (poza tą początkową, gdzie uczymy się grać), ale przepełniona możliwością skradania się, podprowadzania przedmiotów, gęgania na stawiające nam się postacie i doprowadzanie ich do obłędu poprzez podkradanie rzeczy wprost spod ich nosa albo powodowanie, że robią sobie przez nas krzywdę. Nie będę ukrywał, że tą grę stworzyli sadyści dla prawdziwych sadystów. Ale to było to, czego w ostatnim czasie potrzebowałem! 😂

Untitled Goose Game ma jednak bardzo dużą zaletę: pomaga wyrzucić z siebie całe zło i przerzucić je na postacie z gry. Trzeba jednak pamiętać, że naszą gąską steruje się przy pomocy myszy, więc jak któryś raz nie uda się nam wbiec w drzwi, to to zło jednak może do nas wrócić…

Jeśli chcecie pograć w coś niezobowiązującego to zdecydowanie polecam tą grę. 😉

Mefisto

#364. Walentynki

Są takie momenty, kiedy chciałbym rzucić monetą i pozwolić losowi decydować o mnie, o tym, co mam zrobić, czy co wybrać. Najbardziej jednak chciałbym w takich momentach, aby ta moneta zawisła w powietrzu i dała mi znać, że najlepiej to wszystko zostawić w spokoju. Oczekuję niemożliwego i czasem wkurza mnie to, że tak się nie stanie. Że z niebios nie zejdzie jakaś mistyczna postać, aby zwolnić mnie z obowiązku… jakikolwiek by on nie był.

I tak dotarło do mnie to, że odkąd pamiętam to cały czas pędzę. Jak gdyby jutra nie było. Jakby goniła mnie śmierć na rowerze, a ja desperacko biegnę przed siebie, bo nie w taki sposób chciałbym umrzeć. Chociaż ci, którzy mnie znają, pewnie powiedzieliby, że jestem najbardziej wyluzowaną osobą na świecie, to ja sam dobrze znam tego mnie: zamkniętego tam głęboko w środku, wyglądającego przez swoje małe okienko na świat. Tego mnie, który potrafi wybaczać niewybaczalne, który potrafi mieć takiego kija w tyłku, że sam muszę zapytać siebie, o co mi chodzi, a moje wewnętrzne ja odpowiada mi pretensjonalnie „domyśl się”, który czasem po prostu ma dość i coraz częściej zasłania uszy, zamyka oczy i wstrzymuje oddech. Tego, który lubi jak kot leżeć na słońcu, a następnego dnia czekać na deszcz.

Stwierdziłem, że rzucę monetą. Może nie prawdziwą, ale taką wymyśloną. Oczyma wyobraźni widziałem trajektorię jej lotu, prędkość z jaką upadnie i obliczyłem prawdopodobieństwo wypadnięcia oczekiwanej przeze mnie opcji. Los jednak zadecydował inaczej, więc chcąc nie chcąc biorę się za pisanie.

Walentynki. I tutaj pojawia się pustka w mojej głowie. Bo co można by napisać o tym dniu, skoro ostatni raz styczność z tematem miałem w liceum? Jako dziecko patrzyłem na ten dzień jako coś uroczego, bo dwoje ludzi się kocha i to jest takie miłe, jako zbuntowany nastolatek widziałem to jako objaw choroby komercyjnego świata, a jako dorosły patrzę na to ze zdziwieniem, bo dlaczego ludzie muszą sobie wyznaczyć dzień w roku, aby być dla siebie miłym, obdarowywać się prezentami, spędzać razem czas, skoro to powinno być częścią prozy życia.

Zdarzały się jednak momenty w moim życiu, kiedy walentynki były czymś miłym. Jako bardzo zagubiony i zmęczony sam sobą nastolatek dałem walentynkę chłopakowi, który mi się podobał. Oczywiście anonimowo. Pamiętam jego uśmiech, kiedy ją przeczytał i mój wewnętrzny strach, aby się przyznać, że to ode mnie. No bo on był w moim typie, ale ja doskonale wiedziałem, że ja nigdy nie byłbym w jego typie. Ostatecznie moją walentynkę przywłaczyła sobie jakaś dziewczyna, a ja mogłem się kopać sam ze sobą w myślach za brak jaj, ale z drugiej strony, czy faktycznie miałbym jakąś szansę? Pozostał mi jednak w pamięci ten jego uroczy uśmiech, kiedy przeczytał ode mnie wierszyk. Mój wierszyk.

Pamiętam też sytuację z podstawówki, kiedy chciałem dać walentynkę koleżance z klasy, którą bardzo lubiłem, ale jako nienormalne dziecko, zamiast podejść i podać lub w wersji stealth wrzucić jej ją do plecaka, ja po prostu rzuciłem w nią tą karteczką i uciekłem (i nie wiem do dziś dlaczego to zrobiłem!). Zostaliśmy po tym przyjaciółmi, a ona mi co roku to wypominała.

W liceum dawałem walentynki wszystkim znajomym. W końcu przyjaźń to też rodzaj miłości. Wysyłałem też je osobom, które praktycznie żadnych nie dostawały, aby nie czuły się zapomniane i pominięte. W końcu samotnego nastolatka taki dzień potrafił dobijać podwójnie, a napisanie czegoś miłego nie kosztuje nic poza odrobiną czasu.

Zebrało mi się na wspomnienia, bo chciałem sobie przypomnieć, dlaczego nie przepadam za walentynkami i dotarło do mnie, że nic do nich nie mam. Po prostu wyrosłem z nich tak jak wyrosłem ze Świętego Mikołaja i innych bajek, w które wierzą dzieci. Ale kiedyś potrafiły one być magiczne, bo dla dziecka, dla nastolatka znaczyły one, że jest tam gdzieś ktoś, kto się o nas troszczy, kto o nas pamięta. I to był ten sens tego dnia, który mi w całym biegu życia umknął.

Mefisto

#363. Dragon Age: Inquisition – Game Of The Year Edition

Workspace 1_2019_01_02_12

Dragon Age: Inquisition to ciekawy tytuł stworzony przez BioWare Edmonton i opublikowany przez Electric Arts. Premiera przypadła na listopad 2014 i od tamtej pory gra czekała na mnie cierpliwie przez kilka lat.

Nasza przygoda zaczyna się w świecie Thedas pełnym chaosu po piątej pladze (opisanych w Dragon Age: Origins i Dragon Age: Awakening) oraz po rebelii magów (opisanej w Dragon Age II). Poznajemy naszą postać, która cudem przetrwała coś, co zniszczyło Świątynię Prochów (Temple of Ashes), pochłonęło wiele żyć po stronie magów i templariuszy toczących ze sobą boje od roku, zabiło Justynię V (Justinia V) – „Boską”, głowę Zakonu wyznającego Stwórcę i umieściło znamię na naszej dłoni reagujący na wyrwę w niebiosach (po angielsku Breach, po polsku tłumacze nazwali ją Wyłomem).

Workspace 1_2019_01_02_08

Stworzony przeze mnie mag zostaje pojmany przez Kasandrę (Cassandra) – Poszukiwaczkę Zakonu, która badała sprawę rebelii magów. Informuje nas ona o tym, że nasze znamię reaguje wraz z Wyłomem, a im dłużej to trwa tym bardziej nas to zabija. Po tym uroczym fakcie udajemy się do mniejszej szczeliny, gdzie dowiadujemy się, że nasz tajemniczy znak potrafi je zamykać. Stajemy się więc jedyną nadzieją dla tego świata, a niektórzy nazywają nas Heraldem Andrasty.

Workspace 1_2019_01_12_03

Nasze zadanie polega teraz na zamykaniu szczelin. Kolejną zamykamy w ruinach świątyni, aby ustabilizować Wyłom, a tym samym zabijące nas znamię. Oczywiście nasza postać pada nieprzytomna i budzi się w Azylu, aby od razu przeżyć scenę w stylu „za cholerę nie rozumiem elfów”. No bo jak pojąć sytuację, kiedy elfka coś nam przynosi, przeprasza i wybiega. Ona tam bombę zostawiła, czy co?

Główne zadania kierują nas do świątyni, a tam mamy scenę, gdzie Kanclerz Roderyk (Rodrick) jest rozgramiany słownie przez Kasandrę, a ostatecznie zostaje powołona Inkwizycja, aby uporządkować świat, który popada w coraz większy chaos.

Workspace 1_2019_01_12_04

Mimo małego zwycięstwa, dowiadujemy się od naszych przyszłych doradców Józefiny (Josephine), Leliany i Cullena, że potrzebujemy więcej poparcia, dlatego musimy udać się do Zaziemia (Hinterlands), gdzie czeka na nas Matka Giselle z ofertą pomocy. W międzyczasie ratujemy wszystko i wszytkich, zbierając zadania po drodze. Wszystko po to, aby zdobyć wystarczająco przychylności i zyskać wsparcie magów lub templariuszy.

Postanowiłem zbratać się z magami (w końcu i ja mag, więc jakaś podstawa do rozmów już jest). W sieci intryg poznajemy maga Doriana, który pomaga nam w naszej misji mającej na celu pertraktacje z magistrem z Tevinter. Dorian jest dosyć specyficzną postacią, bo jest pierwszym towarzyszem-gejem w serii Dragon Age. Jego charakter jest za to równie dziwaczny, co większości obywateli Tevinter. Mogę rzec, że ktoś ich pompką napomował i zapomniał spuścić powietrze – zobrazujcie sobie teraz, jak ktoś zachowywałby się po czymś takim.

Workspace 1_2019_01_11_18

Zostajemy przypadkiem wysłani w przyszłość – mroczną, pozbawioną nadziei, gdzie rządzi Przedwieczny (Elder One). Świat demonów zszedł się z Thedas i stworzył najczarniejszą opcję, jaka mogła być. Wszystko dlatego, że nasza postać zniknęła na rok. Jednakże nasz dzielny bohater i jego rezolutny mag Dorian wracają do czasów nim pradawny nemesis doszczętnie zmiażdżył ludzkość, bogatsi w nową wiedzę o naszym wrogu oraz w sojuszników – magów.

Dzięki nowemu przymierzu udaje się zamknąć Wyłom, a Azyl zatraca się w świętowaniu swojego zwycięstwa. Nie trwa to jednak długo bowiem atakują nas Czerwoni Templariusze (czyli tacy, którzy najadli się czerwonego, skażonego plagą lyrium, przez co zamienili się w marionetki posłusze Przedwiecznemu). Na czele tej urocznej armii jest oczywiście nasz główny wróg. Biegamy w szale, zabijamy złych templariuszy i ratujemy, kogo się da. Potem podjąłem decyzję, aby wszyscy uciekali tajnym przejściem, a my idziemy ustawić ostatni trebuszet, aby spowodować lawinę.

Dopada nas Przedwieczny i nawet się przedstawia. Corypheus. Uświadamia on nas, że znamię na naszej ręce to jego dzieło, ale jest to dzieło przypadku, bowiem podnieśliśmy artefakt, który przyznawał moc otwierania bram do otchłani, czyli domu demonów i wszelkich dziwnych dusz. Nasz nemesis ma o to do nas pretensje, tym bardziej, kiedy się okazuje, że tej mocy nie da się ukraść.

Workspace 1_2019_01_12_08

Ocierając się o śmierć powodujemy lawinę i wędrujemy przez śnieżne pustkowia, aż dotrzemy do tymczasowego obozowiska Inkwizycji. To, że przeżyliśmy, uznane jest za kolejny cud i daje nadzieję tym, którzy nas popierają. Przy pomocy elfa Solasa odnajdujemy zamek – Podbiebną Twierdzę (Skyhold).

Workspace 1_2019_01_12_11

W tej twierdzy oficjalnie stajemy się liderem Inkwizycji, wybrańcem Stwórcy i tak dalej, na barkach którego spoczywa los całego świata. Z naszej nowej bazy szukamy wszelkich możliwości i informacji o Corypheusie, a Varric nam je dostarcza: przyprowadza nam bohatera Dragon Age II – Hawke’a. Oczywiście Kasandra mało co nie zrobiła z krasnoluda dywanu po tym, jak dowiedziała się, że Varric wiedział, gdzie znajdował się jego przyjaciel, mimo iż cały czas twierdził, że nie wiedział. Podobny żart wyciął jej później przez co biedna Kasandra myślała, że biorę ślub z Dorianem. 😀 To była najlepsza scena w całej grze!

Wraz z Hawkiem i jego przyjacielem Stroudem – Szarym Strażnikiem (Grey Warden) – rozwiązujemy zagadkę znikających Strażników, którzy okazują się podatni na wpływ Corypheusa. Oczywiście wiąże się to z wpadnięciem do Pustki (Fade), zabiciu masy demonów, odzyskaniu części wspomnień, aby zrozumieć, co dokładnie wydarzyło się w Świątyni Prochów, a na koniec zdecydowanie, czy to Hawke, czy Stroud ma zostać w Pustce i zginąć, aby kupić nam trochę czasu na ucieczkę.

14610667932804448256_20190823003722_1

Kolejne kroki kierujemy już w stronę ataku na siły naszego wroga. Pomaga nam w tym Morrigan – wiedźma, którą można było spotkać w pierwszej części gry. Dzięki naszym staraniom (nie do końca idącym wedle naszych planów) udaje nam się pokonać siły Corypheusa i zmusić go do zmierzenia się z nami twarzą w twarz, aby ostatecznie rozwiązać problem wiszącej zagłady nad Thedas.

14610667932804448256_20190827201344_1

Do tego tytułu, w zestawie Game Of The Year Edition, dołączone były dodatki, które pozwoliły mi ekspolorować świat i rozwiązywać pojawiające się problemy. Dodatek Intruz (Trespasser) jest warty wspomnienia, bowiem jest on ostatecznym końcem gry. Nasza historia przesuwa się dwa lata w przód, gdzie stawiamy się na naradzie mającej na celu ustalenie losów Inkwizycji. Narady zostają jednak przerwane (no może nie do końca przerwane – one dalej trwają, ale nasza postać rozwiązuje kolejne problemy), a my ruszamy w pogoń za jednym z naszych towarzyszy. Mam szczerą nadzieję, że ten wątek będzie kontynuowany w kolejnej części Dragon Age!

Jestem, jak zawsze zresztą, zrozpaczony, że skończyłem już grać. Żałuję, że nie ma więcej dodatków, żałuję, że nie ma już więcej misji pobocznych, ani czegokolwiek, co można by było zbierać. Jednak ten żal jest efektem kawałka sporej i dobrej fabuły, godzin spędzonych na wykonywaniu zadań, rozwijaniu swojej postaci, rozwijaniu relacji z postaciami pobocznymi… I mógłbym tak wymieniać w nieskończoność. No i jest jeszcze to: skakanie. W tej części dali skakanie. Domyślacie się chyba, że połowa misja to skakanie niczym kozica górska po skałkach, aby podnieść przedmiot i iść dalej?

Albo można było skakać z murów w Podniebnej Twierdzy! Jestem ciekaw, co myśleli sobie moi żołnierze: „o, patrzcie, inkwizytor znowu wyskoczył z okna”, „o, inkwizytor spadł z muru – czy on nie wie, że tutaj obok są schody”. 🙂

Owszem – była masa bugów w grze, kilkanaście razy gra się po prostu wywaliła. Podczas przechodzenia przez Eluviany potrafiła zgłupieć… To są jednak dosyć „normalne” rzeczy – w końcu nie wszystko może być idealne, a ostatecznie też nagraniami bugów można zalewać YouTube. 😉

Podobało mi się. Bardzo mi się podobało! Dlatego cieszę się, że BioWare potwierdziło Dragon Age 4! Mam tylko nadzieję, że dokończą ten tytuł i wydadzą go w przeciągu kilku następnych lat (ach ci twórcy – zawsze się z nami, graczami, drażnią).

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Z całego serca polecam zagrać w ten tytuł – w szczególności, jeśli ktoś grał w poprzednie części i je polubił.

Mefisto