#074. Życie z Nowym Życiem

Chciałbym od razu przeprosić wszystkich moich bliskich i znajomych, którzy czytają mojego bloga, a których ja trochę ostatnio zaniedbałem. Nowe Życie, zwane też Smoczkiem (bo dźwięki smokopodobne wydaje) oraz Gremlinem (nie karmić po północy!) pochłonęło mnie doszczętnie. Wiadomo, dzieci to wysiłek, ale moje to szczególnie lubi się siłować. Dziwię się sobie, że udaje mi się po nocach zrobić tak prozaiczną rzecz jak napisanie notki.

Mój ostatni miesiąc – jak się pewnie domyślacie – był dosyć ekscentryczny, wesoły, ale i męczący. Poczynając od samego porodu, który zaczął się jak w filmach – nagle, niespodziewanie, postępując szybko. Tylko krzyków i jęków z naszej strony zabrakło. Musieliśmy się uprzeć, aby nas przyjęli do szpitala, bo położne były zdania, że lepiej będzie nam poczekać w domu. Gdybyśmy posłuchali, nasze dziecko urodziłoby się w domu, nie w szpitalu, bo po dotarciu do szpitala okazało się, że jesteśmy już w połowie drogi. Smoczyńskiemu śpieszyło się na świat do tego stopnia, że pojawił się po około jednej trzeciej doby od pierwszych skurczy w domu, dokładnie zaraz po tym jak zadzwonił budzik w moim telefonie. Wejście Smoka w pełnej krasie.

Normalnie ludzi wypuszczają po sześciu godzinach od porodu – nam kazano czekać dwanaście. Dwanaście przedłużyło się do półtorej doby. Dlaczego? Bo w sali, w której nas ulokowano, było tak ciepło i duszno, że wszyscy troje zgodnie odpadaliśmy powoli i każde z nas oddychało z trudem. Wypuścili nas dopiero po tym, jak posiedzieliśmy w klimatyzowanej poczekalni i – dosłownie – ochłonęliśmy. Nie tylko zresztą my. Powiększyło to naszą i tak dużą awersję do szpitali.

Wycieńczeni dwoma nieprzespanymi nocami uciekliśmy do domu i wszyscy troje wtuliliśmy się w siebie, aby odpocząć. Najwspanialsze uczucie na świecie – wyspać się przy noworodku. 😉

Pisałem, że się przeprowadziliśmy? No to przeprowadzamy się znowu. Było to postanowione od dawien dawna, a kontrakt na nowe mieszkanie podpisaliśmy dzień przed porodem. Wszyscy troje zgodnie potrzebowaliśmy przestrzeni i spokoju, więc wynieśliśmy się za miasto na wieś. Teraz przyzwyczajamy się do ciszy – po raz pierwszy od dłuższego czasu. Czuję się w końcu jak w domu – nawet nasz samochód ma swój osobisty kąt i w końcu mogę go parkować w zasięgu wzroku.

Muszę jeszcze tylko wywalczyć przeniesienie internetu, bo wychodzi na to, że BT pragnie mieć o sobie całą notkę w postaci tyrady, dlaczego nie poleciłbym ich najgorszemu wrogowi.

Cóż mogę jeszcze rzec? Jestem piekielnie zajęty i zmęczony, ale i diabelnie szczęśliwy, bo mam przy sobie najważniejsze dla mnie osoby. Każdy dzień jest na swój sposób szczególny właśnie z tego powodu. 🙂

Mefisto

#073. Chwila

Nie było mnie chwilę. Dosłownie chwilę, bo choć minęło wiele dni, ja mam wrażenie, że upłynęła ta jedyna nieszczęsna chwila. Godziny zlały się w jeden ciąg wspomnień, wrażeń i przeżyć, jak gdyby czas wyszedł zza wszelkie znane nam ramy zdrowego rozsądku. Tak, jakby można było zdjąć ubranie i rozpłynąć się w powietrzu, bowiem właśnie to ubranie sprawiało, że istniało się w tym świecie.

Grzmiało jak jasna cholera, pierwszy raz od dawna, bowiem nawet niebo przepowiadało to, co miało się wydarzyć. Każdy cal mojego ciała czuł to, drżał w niepokoju, podnieceniu, zatroskaniu i niecierpliwości. Powietrze przesiąknęło zapachem oczekiwania, a my trwaliśmy przy sobie godzina po godzinie, nieświadomi ile ich już upłynęło.

Czas leciał przed siebie, a my zawiśliśmy właśnie w tym momencie, w tej jednej chwili, podczas bóli i potów, i tego piekielnego oczekiwania w niecierpliwości. Przysiągłbym, że coś wewnątrz mojej głowy podpowiadało, że tak wygląda wieczność – w oczekiwaniu, zawieszeniu i niepewności.

Aż w końcu coś przerwało zaklęcie nieskończoności i znów wpadliśmy w ramiona czasu, który porwał nas w głąb siebie. Rzucani w odmętach godzin, dotrwaliśmy tej chwili, gdzie w naszych rękach złożone zostało nowe życie. Serce waliło mi tak mocno z podniecenia, że mało nie wyrwało się poza klatkę piersiową. A to małe serduszko wtórowało równie ochoczo! Po prostu w jednej chwili z nicości pojawiło się to maleństwo i zostało z nami.

Będę się pojawiał na blogu, ale może być mnie zdecydowanie mniej tutaj. Nie wińcie mnie za to – mam nowe życie do przeprowadzenia przez świat.

Mefisto

#072. Doktor śmierć

Jestem młody i nie myślę sporo o śmierci. To – wydawałoby się – dość odległy temat. W końcu ledwo wyszedłem z wieku nastoletniego i powoli wkraczam w dorosłość. Za wcześnie, aby myśleć o takich rzeczach. Mam tyle błędów do popełnienia, tyle trosk i radości do przeżycia. Jednym słowem – wszystko przede mną. Ilu z nas tak myśli?

A jednak ona jest i czai się za rogiem, czekając, aż nadarzy się moment, by zaatakować.

Przeprowadzka dla mnie i mojej połowy zaczęła się nieprzyjemnie.

Nie raz już pisałem o angielskiej służbie zdrowia i jej podejściu do tego, co człowiek ma najcenniejsze – do życia. Odnoszę wrażenie, że człowiek młody nie ma prawa chorować. No może co najwyżej na depresję, aby można było zarabiać na antydepresantach. Człowiek płaci spore podatki, idzie do lekarza, kiedy jest chory i doktor, poprzez magiczny rentgen w oczach mówi, że nic ci nie jest, że trzeba poczekać i samo przejdzie. Nie przechodzi? Weź paracetamol i poczekaj jeszcze. Po którymś błędnym kole człowiek idzie prywatnie i okazuje się, że czekanie pogorszyło sprawę, że proste badanie ujawniłoby winowację – przeczynę choroby i sposób walki z nią. A tak to trzeba na okrętkę, potrzeba mocniejszych leków, a niekiedy i siły wyższej, aby się z problemu wyzwolić. Nagle prosty problem okazuje się ciężki do zwalczenia, bo czas zrobił swoje, a i medyczna biurokracja ociera się o “Dwanaście Prac Asteriksa”.

Co na to publiczna służba zdrowia? “A może by tak dać temu jeszcze dwa tygodnie i pięć paczek paracetamolu”…

Po kolei. Moja połówka jest bardzo dobrym kierowcą, a jednak tego dnia udało się stuknąć lampę. Na szczęście tylko stuknąć i została tylko rysa oraz lekkie wgniecenie. Wiedziałem, że coś jest nie tak – moja połowa za dobrze prowadzi, by wyjeżdżając żółwim tempem z parkingu walnąć tak po prostu w lampę. I miałem rację.

O północy moja połowa padła na łóżku i tak została przez jakiś czas. Pamiętam błaganie o wodę, a potem serie wymiotów po zwykłej wodzie. Za pierwszym razem udało się to opanować. Za drugim już nie, więc zadzwoniłem na numer alarmowy z pytaniem, co robić. Na szczęście trafiłem na kobietę, która miała w sobie trochę empatii i na oświadczenie, że połówka zwraca nawet wodę, wysłała do nas pomoc medyczną.

Niedługo potem para ratowników medycznych wkroczyła w nasze progi. Moja połówka nic nie widziała w świetle, majaczyła… Nawet mnie ciężko było zrozumieć, co mówi miłość mojego życia, bo to nie miało po prostu sensu. Kolejna fala wymiotów zmiotła nas do szpitala.

W ambulansie standardowo kroplówka, paracetamol i wywiad. Moja połówka dalej majaczyła, ale trochę mniej, bo upewniała się, że jestem obok. W międzyczasie słuchałem, jak ratownicy dyskutują, co powiedzieć, aby nas przyjęto od razu na oddział zamiast czekać kilka godzin w poczekalni. Nie wiem, co powiedzieli, ale przyjęto nas i miłość ma spoczeła za zasłoną imitującą osobą salę, izolując się od bolesnego dla oczu światła. Do tej pory nie mieści mi się w głowie, jakim cudem ktokolwiek mógłby odesłać półprzytomną osobę do poczekalni na kilka godzin męki i oczekiwania…

Początkowo nie było źle: połówka zaczęła powoli kontaktować, gorączka zaczęła spadać. Pielęgniarka przyniosła paracetamol w tabletkach. I się zaczęło. Połówka zwróciła wszystko, co się dało i wpadła w gorsze majaki oraz dużo większą gorączkę. Do tego połowa zaczęła błagać mnie, abyśmy wyszli, bo czuje się lepiej. Wstawała i upadała na mnie, a ja załamywałem się pod ciężarem nieprzytomnego ciała. Nikt z personelu nie zareagował do momentu, aż sam poprosiłem o pomoc, chociaż mieli doskonały widok na ten cały cyrk, bo łóżko stało naprzeciw biurka lekarzy i pielęgniarek.

Dostaliśmy kolejny paracetamol i znowu chlust. Po raz kolejny poleciałem po pomoc i przyszła do nas lekarka, która się wystraszyła i podała antybiotyk w kroplówce. Moja połówka zaczęła kontaktować, porozmawialiśmy i w końcu mogła się zdrzemnąć.

Później przyszedł inny doktor, który odprawił swoje szamaństwa – włącznie ze świeceniem iphonem po oczach – i nic nie stwierdził. Właściwie to stwierdził, że niedługo nas wypiszą.

Niestety mojej połowie się pogorszyło.

Pobrano krew, zrobiono kilka badań, prześwietleń i trafiliśmy na inną salę, ze starszymi ludźmi, gdzie z reguły zostaje się na dłużej. Tam znowu dano połówce paracetamol i znowu się zaczęło. Na szczęście był tam pielęgniarz, który był z agencji i, widząc co się dzieje, podszedł do nas i pomógł mi ułożyć połówkę na łóżku. Moja miłość pytała, ile musi zapłacić za opiekę i upierała się, że czuje się na tyle dobrze, aby wyjść już do domu. Ja w międzyczasie pokazałem kopię wyników badań, które znalazłem w telefonie – odnośnie leczonej infekcji bakteryjnej i to nie jednej, a kilku na raz. Pielęgniarz spojrzał na nie i kazał pilnie pokazać lekarzowi. Sam zadzownił do niego, ale pan doktor (ten od szamaństwa) nie raczył pojawić się za prędko.

Od tej pory wszystkie przeciwbólowe przemycałem ukradkiem do plecaka i stan zdrowia mojej połowy zaczął się normalizować. Żałuję, że nie zrobiłem tego wcześniej, niestety zawsze przy tym były pielęgniarki, a one nie pozwalały ich nie wziąć – nawet jeśli pacjent ma pusty żołądek, a przecież na pusty żołądek się ich nie bierze.

W końcu zjawił się doktor. Pokazałem wyniki, ale on się wykręcał, jak mógł. “A bo po polsku są”. To przetłumaczę. Zresztą nazwy drobnoustrojów są po łacinie i są rozumiane przez Anglików (inaczej pielęgniarz też miałby z tym problem). Jak doszło do tego, że bakterię przechrzcił na wirusa to mnie zatkało. I to wybrał do tego bakterię z końcówką -bacter w nazwie. Odetkało mnie chwilę później, jak już sobie poszedł. Przy takim specjaliście miałem najczarniejsze z myśli w głowie.

Później pamiętam już tylko strzępy – podano obiad, którym najpierw ja karmiłem moją połowę, potem ona mnie. Chowałem po kieszeniach przeciwbólowe i trzymałem moją połowę za rękę. Przeniesiono nas do osobnej sali, podejrzewając coś zaraźliwego (o czym dowiedziałem się później). Pomysł pielęgniarek oczywiście, nie lekarza. Udało mi się nawet wybłagać kilka tostów dla mojej połowy. Pielęgniarka, którą o to prosiłem przyniosła też kilka tostów dla mnie i ciepłą herbatę. Po całym dniu stresu było to jak zbawienie.

I przyznam szczerze, że ze zmęczenia padłem. Kojarzę, że przyszła pielęgniarka zbadać moją połowę, pamiętam nawet, że sam biegałem za kimkolwiek, kto mógłby zmienić kroplówkę. Wszystko to pamiętam jak przez sen, istny koszmar, który wyssał z nas obojga blisko tydzieści godzin życia i pewnie kilka przyszłych lat życia w zapasie.

Nad ranem przyszedł inny lekarz. Również pokazałem wyniki, a on skwitował najprościej, że gdyby to była jego zmiana wczoraj, podałby mojej połowie antybiotyk na podstawie antybiogramu. Później przyszła starsza stażem pielęgniarka, która przyniosła przeciwbólowe. Wpierw jednak upewniła się, że połowa zjadła śniadanie, ponieważ “paracetamolu nie można brać na pusty żołądek”.

Niedługo potem nas wypisano z zapasem, a jakże, przeciwbólowych na kilka następnych lat.

Nie muszę mówić, że połówce się pogorszyło? Tym razem jednak ratowałem ją prywatnie. Nie, nie paracetamolem.

Nie wiem, co stałoby się, gdybym nie mógł być z moją połową w szpitalu. Nie chcę nawet myśleć o tym, co człowiek samotny musi przejść, kiedy pakują na umór przeciwbólowe, jakby to było rozwiązanie wszystkich chorób świata. Zabicie bólu nie zabija problemu – problem trzeba wpierw znaleźć, aby ukręcić mu łeb. Inaczej pacjent, nawet w majakach, będzie upierał się, że czuje się dobrze i uciekał w te pędy ze szpitala.

Mefisto

#071. SWTOR – The War for Iokath

Po sporej przerwie w końcu zabrałem się za grę Star Wars: The Old Repulic. Z radością zabrałem się za kolejny dodatek, a raczej za jego pierwsze rozdziały, bowiem twórcy powoli wdrażają nas w kolejną przygodę. Mam nadzieję, że spodoba Wam się recenzja w formie opisu/opowieści.

Uwaga: opis zawiera spoilery.

Continue reading

#070. Jeśli trafię to piekła to zakręcę tam ogrzewanie

W tym miejscu miała być wesoła, pełna energii notka, ale ostatnimi czasy, pomimo iż uparcie próbuję być zadowolony, co chwila pojawia się coś, co zdziera mi uśmiech z twarzy.

Zacznijmy od upałów. Ostatni tydzień to była dla mnie i mojej połowy gehenną. Nogi spuchnięte, zawroty głowy, cera czerwona jak u pomidora i to nie z powodu opalenizny… Nie mogłem chodzić. Kierownik akurat w czasie upału chciał, abym przyszedł do pracy zamiast pracować z domu. Po co? Nie wiem. On też nie wiedział. Na zalecenie lekarza nie poszedłem.

Przez upały padła mi płyta indukcyjna, na której gotowałem, bo było szybko i tanio pod względem energetycznym niż jakbym używał gazowej. Gazowa kuchenka jest stara i nigdy nie czyszczona, więc każde gotowanie to ryzyko wybuchu.

Wczoraj, chcąc napisać wesołą notkę, odkryłem, że z powodu upałów uszkodziła mi się pamięć w telefonie i… wszystkie moje zdjęcia odeszły do cyfrowej krainy wiecznych łowów. Tylko zdjęcia. Tymczasowe pliki mają się świetnie – nawet, jeśli to Dakann w sukience (tylko skąd on się u mnie wziął). Tyle dobrego, że część zdjęć odzyskałem – tylko część, bo reszta jest uszkodzona. Czeka mnie przeglądanie i usuwanie plików. Jakbym miał mało do zrobienia…

A dlaczego miałem napisać wesołą notkę? Bo udało mi się kupić dysk SSD w sklepie charytatywnym za całe sześć funtów. Nowy. Nowe kosztują ponad pięćdziesiąt funtów, a ja ostatnio myślałem nad zakupem takiego…

Tyle dobrego, że chłodzenie w komputerze mam przednie, bo gdyby padł to, przysięgam, dorwałbym tego, co mnie taką pogodą pokarał i wrzucił do zamrażarki, aż do odwołania.

Mefisto

#069. Farm for your life

266390_20170519223347_1

Nie miałem ostatnio czasu przysiąść do jakiegoś “większego” tytułu, więc, korzystając z przecen na Steamie, zakupiłem Farm for your life. Twórca gry – Hammer Labs – przewiduje na tę grę 5-6 godzin, aby przejść Tryb Opowieści (Story Mode). Zgodzę się – to da się zrobić. Tylko, tak jak w moim przypadku, na ogół się nie chce.

Zacznijmy od tego czym jest Farm for your life. Przyrównałbym tą grę do jednej z wielu gier farmowych dostępnych na Facebooku – z tą różnicą, że omijają nas zdradzieckie mikrotransakcje, aby móc delektować się zaawansowaną fabułą i skomplikowanym interfejsem sterowania. Tak, to irionia, moi drodzy. Farm for your life jest prozaicznie śmiesznie i proste. Do obsługi wystarczy nam działająca myszka i zapas cierpliwości.

This slideshow requires JavaScript.

Nasza przygoda zaczyna się od stworzenia postaci. Kiedy tylko uda nam się zdecydować, jak ma wyglądać cyfrowa wersja nas samych, gra raczy nas widokiem farmy naszej i naszego dziadka. Na wstępie dostajemy proste zadania typu podlej rośliny, zbierz plony, zetnij trawę dla naszej nowonabytej krowy, wydój ją. Wszystko odbywa się na zasadzie “kliknij na właściwy przedmiot i użyj go na innym przedmiocie poprzez kliknięcie”. Mówiąc w skrócie nasz wysiłek umysłowy ogranicza się do myślenia o tym, gdzie należy kliknąć.

266390_20170519224930_1

Po tym krótkim samouczku zaczyna się akcja właściwa. Jakaś niesamowita wichura, czy inny kataklizm posłał w zapomnienie naszą wspaniałą farmę. Nie oznacza to jednak, że mamy się poddawać! Dziadek ma plan, aby ją odbudować!

This slideshow requires JavaScript.

Wymieniamy się na produkty z pobliskim handlarzem, aby zakupić narzędzia i oczyszczamy teren z gruzu i roślin. Następnie, za pomocą szpadla, tworzymy małe poletko i sadzimy kukurydzę, którą można potem pohandlować. Pod wieczór nachodzą nas szabrownicy, którzy chcą okraść nas z warzyw, więc robimy najlepszą rzecz, jaką można zrobić, aby ochronić swoje plony: bierzemy (przykładowo) kukurydzę i ciskamy nią w szabrownika w celu ogłuszenia go.

Zaraz po szabrownikach pojawiają się zombie, którzy atakują nas i dziadka. Niestety, dziadek zostaje przemieniony w zombie i ucieka do lasu. Nas uratował nieznany chłopak, który ogłuszył nas warzywem. Twórca miał chyba ciche marzenie stworzyć grę o warzywach używanych w celach bojowych.

Po krótkim wyjaśnieniu, że przypałętała się jakaś zaraza zombie, grupa ocaleńców, czyli my, chłopak, który nas uratował i dziewczyna, która handluje wszelkimi dobrami, postanowiliśmy zbudować sobie bazę. Fundusze na ten cel (czyli wszystko, czym można handlować w grze: złom, elektronika, naycznia, warzywa, nasiona, zwierzęta itd.) miała nam dostarczyć restauracja, którą zasilałaby nasza skromna farma oraz inni ocaleńcy, gotowi poświęcić ostatnią szklankę w zamian za ciepły posiłek.

266390_20170519231238_1

Nazwany przeze mnie roboczo chłopak, który nas uratował zapewnia ulepszenia dla restauracji, czy też “sprzęt wojenny”, czyli między innymi miotacz kukurydzy i katapultę dyń. Nie uwierzę, że to z przypadku się wzięło – naprawdę.

This slideshow requires JavaScript.

Restauracja działała w dość prosty sposób. Na samym początku uczyliśmy się przepisu. Do tego trzeba naszą ostrą jak katana myszką przeciąć w locie konkretne warzywo lub warzywa potrzebne do przepisu. Przecięcie odpowiedniej ilości warzyw powoduje nauczenie się przepisu oraz przyznanie nam gwiazdki, która przekłada się na czas wykonania potrawy.

Kiedy nauczyliśmy się gotować, wystarczyło poczekać na klientów. Ci zbiegali się jak wygłodniałe koty i ustawiali w kolejce, czekając na ich kolej. Każdego klienta musisz zaakceptować lub odrzucić (bo na przykład nie potrafisz jeszcze ugotować potrawy, którą oni chcą). Zaakceptowany klient siada na wolnym miejscu i czeka, aż przygotujesz mu posiłek. Przygotowanie jedzenia to kwestia wybrania dania i wrzucenia warzyw tak, jak pokazuje dymek nad garnkiem. Klient zjada, odchodzi, a my sprzątamy po nim.

266390_20170521225254_1

Z czasem pojawiają się ocaleńcy, którzy, za talerz strawy i namiot do mieszkania, zobowiązują się nam pomóc (w kuchni albo na farmie w zależności, gdzie się ich przydzieli). Przełomowym momentem jest pojawienie się dziwnego naukowca i jego dziwnych pomysłów odnośnie tej mini apokalipsy zombie. Tylko czy uda mu się znaleźć rozwiązanie?

266390_20170527193628_1

Gra posiada również poboczne aspekty, jak zdobywanie złotych (lepszych) narzędzi do rozbijania większych złóż surowców oraz złotego kurczaka, który w sumie nie robi nic nadzwyczajnego (albo ja do tego nie doszedłem). Można też biegać po ciemnym lesie między zombie i zbierać surówce (drewno i kamienie) do rozbudowy bazy.

Czy polecam tą grę? Zdecydowanie, jeśli lubi się tego typu “mini gry”. Farm for your life nie jest wymagające i zapewniło mi sporo relaksu. Bawiłem się przy nim przednio i bardzo spodobała mi się idea zombie kradnących warzywa. Zapewne w wolnej chwili wrócę do gry jeszcze nie jeden raz, bo, pomimo jej powtarzalności, nie znudziła mi się ani trochę.

Mefisto

#068. Przeprowadzkowy armagedon cz.3

Strasznie nie lubię przeprowadzek, bo ciągną się jak krew z nosa, a nawet gorzej. Ale oto zdałem klucze kilka dni temu i dostałem depozyt w całości, więc można by rzec, że wszystko poszło sprawnie.

W tym wpisie jednak chciałbym odbić trochę (ale tylko trochę) od motywu przeprowadzki i opisać Wam moich nowych przyjaciół. Właściwie przyjaciół mojej maskotki mewy, którą zakupiłem w sklepie charytatywnym (na zasadzie: wziąłem do rąk i robiłem maślane oczy do mojej połówki, aż stwierdziła, że mogę ją kupić).

Pluszowa mewa zajęła zaszczytne miejsce na oknie, na młynku do kawy, aby obserwować niczego sobie widok. Za oknem, na dachach, siedziały (żywe) mewy, więc miała towarzystwo. No właśnie. Mewy zauważyły nową koleżankę w oknie i obserwowały ją uważnie. Moja połówka – w ramach żartu – poruszała pluszową mewą albo przestawiała ją w inne miejsce. Raz pluszak stał na głowie, raz siedział z doniczką na głowie, a niekiedy wracał na młynek i znowu się nie ruszał.

Mewy – sztuk dwie – zaczęły ją regularnie odwiedzać, a z czasem i nawoływać. Uspokajały się po dłuższej chwili, chyba, że pluszowa mewa “poruszyła się”. Niedawno były silne wiatry, a i tak dały radę dotrzeć na dach i obserwować swoją pluszową koleżankę. Aż mi żal ich było, jak skulone stały na dachu, ale z drugiej strony podziwiam oddanie z jakim dotrzymują towarzystwa pluszowej zabawce.

Przychodzą codziennie po kilka razy. Upewniają się, że ich koleżanka ma się dobrze. Czuję się dziwnie obserwując mewy, które posiadają więcej empatii niż przeciętny człowiek.

Mefisto