#121. Celestian Tales – Old North

Screenshot at 2018-02-06 23-00-26

Korzystając z promocji natrafiłem na grę o nazwie Celestian Tales – Old North, którą – przyznam bez bicia – zakupiłem sugerując się tylko uroczą grafiką oraz faktem, że jest to pozycja z gatunku JRPG. Dopiero później dowiedziałem się o mieszanych uczuciach graczy, więc myślę, że uczciwie będzie wyrazić swoją opinię o tym tytule.

Tytuł został stworzony przez Ekuator Games – studio z Indonezji.

Zaczynając grę, mamy do wyboru sześć postaci. Nie wpływa to za bardzo na rozgrywkę, bowiem i tak fabuła dotyczy całej szóstki, i swobodnie można zmieniać członków naszej grupy. Jedyne na co wpływa, kim gramy, jest krótki prolog i małe wstawki między głównym wątkiem. Na mój pierwszy raz z grą wybrałem Isaaca Goldenlake’a, który Isaac’iem tak do końca nie jest.

Od początku.

Nasza postać nazywa się naprawdę Reed i jest kimś, kto określa się mianem commoner. Z angielskiego znaczy to po prostu zwyczajna osoba bez tytułu szlacheckiego. Jedno z tłumaczeń googla sugeruje, że znaczy to chudopachołek. Choć zabawnie brzmi, to znaczenie się zgadza.

Screenshot at 2018-02-04 00-42-09

Spotykamy go w momencie, gdy jego matka umiera, a on błaga kapłana o użycie magicznego, leczącego kryształu, aby ją ocalić. Kapłan jednak odmania, ponieważ kryształy zarezerwowane są tylko dla szlachty. Nasza rodzicielka umiera, my jesteśmy rozżaleni, a nasz przyjaciel Francis inforumuje nas, że w związku z wysokimi podatkami narzuconymi przez szlachtę i brakiem jedzenia, postanawia dołączyć do bandytów. Koniec końców i my na to przystajemy, bo jedzenia brak, a w brzuchu burczy.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Nasz los jednak postanowił się odmienić. Po drodze do kryjówki zbirów spotykamy prawdziwego Isaaca Goldenlake’a – szlachcica, którego poturbował dzik. Młodzieniec domaga się zaniesienia go do kapłana, aby udzielono mu pomocy, ale Reed po stracie matki i decyzji o zostaniu banitą, tylko się na to wkurza. Szlachetnie urodzony ginie od dźgnięcia sztyletem. Przeszukując jego ciało dowiadujemy się, że chłopak jest ostatnim ze swojej rodziny, która tonie w długach, a ostatnią wolą jego ojca jest to, aby dotarł do Lorda Levanta i został rycerzem. Jako, że zupełnie przypadkowo jesteśmy do szlachcia podobni, postanawiamy się w niego wcielić i wędrujemy do Levantine, gdzie czeka na nas zupełnie inne życie i zupełnie inna przygoda.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Zaczynamy jako giermkowie od trywialnych zadań typu sprzątnij stajnie, zabierz gnój do miasta… Nic ambitnego. Szybko jednak dowiadujemy się, że Sir Artur Durandal błaga Lorda Levanta o pomoc z tajemniczymi najeźdźcami o nazwie World Enders. Są to stwory na kształt lodowych olbrzymów, przed którymi drży cały świat z racji ich potęgi. My i nasza drużyna (czyli pozostałe postaci do wyboru) zostajemy przydzieleni jako dodatkowa pomoc do trywialnych zadań (jak zawsze).

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Gra oferuje miłą, choć krótką fabułę, zawierającą kilka ciekawych zwrotów akcji, ale nistety musi być jakieś „ale”. Nasza historia jest świetna, ale pełna luk i niedopowiedzeń, które zostawiają straszny niedosyt. Dostajemy tylko garść informacji, co jest dosyć drażniące, ponieważ wiele rzeczy jest ciekawie stworzonych, ale kiepsko opisanych, co w grze opartej głównie na czytaniu bardzo boli. Jestem świadom, że spora część wiedzy dostępna jest jedynie dla konkretnych postaci, ale to nie zakrywa większości powstałych dziur.

Sama mechanika gry jest raczej dobra – miałem jedynie problem z chodzeniem, ponieważ blokowałem się tylko na niewielkich przedmiotach. Zgaduję, że były to po prostu błędy, które trochę irytowały (no bo jak to tak zablokować się o coś, co jest góra wielkości stopy naszej postaci!), ale nie uniemożliwiały grę.

Turowy system walk to moja ulubiona część gier z gatunku JRPG, ponieważ zawsze masz wystarczająco sporo czasu, aby przemyśleć, jak bardzo schrzaniłeś w poprzedniej turze i jak dawno temu był ostatni zapis gry…

Moja ocena na temat Celestian Tales – Old North jest taka: to gra warta uwagi, ale nie za pełną cenę. Niestety niedosyt, który czuję, jest zbyt duży, aby z czystym sumieniem polecić ten tytuł. To dobra gra, ale ma swoje wady, które zaniżają jej wartość i powodują pewien rodzaj rozgoryczenia.

Nie skreślam jednak tej pozycji całkowicie: mam do przejścia jeszcze dodatek, który – mam nadzieję – nadrobi braki podstawki. Wyczekuję też na kolejną część gry, Celestain Tales – Beyond Realms, mając nadzieję, że twórcy nauczyli się na swoich błędach i nie powielili ich i w tym tytule.

Mefisto

Reklamy

#120. Bunt kaczek cz.3 – co dzieje się przed porodem

Byliśmy na początku trzeciego trymestru, kiedy przeprowadziliśmy się do nowego mieszkania. Przeprowadzka jest sama w sobie męcząca, ale przeprowadzka z osobą ciężarną u boku to prawdziwe wyzwanie. Po pierwsze: wszystko jest na twojej głowie. Po drugie: musisz pilnować, aby „ciężarówka” nie próbowała się przemęczać pomagając ci.

Jednakże udało się. Mieliśmy na to trochę ponad miesiąc i odrobinę pomocy z zewnątrz. Od tego momentu mogliśmy się skupić na przygotowaniach na jak najlepsze przyjęcie dziecka.

Najważniejsze w przygotowaniu do narodzin dziecka jest odpowiednie podejście. Ekscytacja, radość, oczekiwanie, niepewność, strach… Nim nadejdzie wielki dzień w rodzicach kłębi się wiele uczuć – tych dobrych i tych złych. W końcu cieszymy się z nadejścia dziecka i boimy – w szczególności za pierwszym razem – odpowiedzialności, jaką niesie rodzicielstwo.

Powiem wam, że najlepszym uczuciem w tym wszystkim jest bezgraniczna miłość do istoty, której niewyraźne kształty widzisz na skanie. Zastanawiasz się, jak będzie wyglądać, po kim będzie miało nos, po kim oczy, a po kim nieopisany apetyt na wszystko… I niesamowicie kochasz tą rozmazaną plamę na ekranie, która wywija kończynami, jak gdyby trenowała sztuki walki, kochasz każdą falę na brzuchu, którą robi, każdą czkawkę, podczas której brzuch trzęsie się jak galaretka.

Na skany wyczekiwaliśmy z niecierpliwością. W końcu to była możliwość zobaczenia się z dzieckiem, obserwowania, co robi, ale najważniejsze: upewnienia się, że nic złego się nie dzieje. Ze względu na kilka komplikacji zdrowotnych, byliśmy pod opieką dwóch lekarzy, w tym jednej pani doktor „od skanów”. Pani doktor troskliwie badała i upewniała się, że nasza fasolka rośnie do rozmiaru gruszki, melona, a koniec końców arbuza. To tak obrazując terminologię rozmiaru dziecka z książek i stron internetowych o ciąży. Generalnie podczas skanów istotne było to, aby upewnić się, czy dziecko rośnie odpowiednio do swojego wieku, gdzie umiejscowione jest łożysko, czy łożysko pracuje prawidłowo, czy dziecko się rusza, czy serce bije (a u dzieci bije jak dzwon!), czy nie przejawia żadnych nieprawidłowych zmian lub chorób…

Mieliśmy też wizyty z inną lekarką, a ta z kolei upewniała się, aby regularnie badano nam krew. Zleciła też ona określenie płci dziecka. To, że Smoczyński to „model z antenką” zaskoczyło nas, bo w naszych rodzinach zawsze pierwsze rodzą się dziewczynki i przygotowywaliśmy się na Smoczyńską w rodzinie. Los bywa zaskakujący i zmienia wszystkie plany!

Poza tym regularnie widywaliśmy się z położną, która sprawdzała ułożenie dziecka, czy badała ciśnienie. Smoczyński już na zaś ustawił się głową do dołu, więc odeszło nam martwienie się o to, że pozycja będzie zła.

Równocześnie z dbaniem o Smoczyńskiego, dbaliśmy o uwicie mu przytulnego gniazdka. Obie babcie ochoczo kupowały mu ubranka w takich ilościach, że spokojnie mogliśmy przeznaczyć nasze fundusze na zakup innych potrzebnych rzeczy. Chociaż nie powiem, że zrobiły to trochę źle, bo kupiły ubranek na zaś w różnych rozmiarach i mam teraz trzy kurtki zimowe, które muszę oddać, bo dopiero teraz zaczynają na Smoczyńskiego pasować (a mamy już prawie lato).

Pierwszy istotny zakup to fotelik do samochodu. Bez niego nie wypuściliby nas ze szpitala. Wybraliśmy praktyczny zestaw z wózkiem, gdzie fotelik można było przymocować do ramy wózka. Osobiście polecam ten układ, w szczególności, jeśli macie mały bagażnik w samochodzie.

Kolejny, równie ważny, zakup to łóżeczko. Chociaż na niewiele nam się zdało (o czym napiszę później), to jednak warto je mieć. Wybraliśmy ten model (link) ze względu na bliskość jaką oferuje.

Następnym ważnym zakupem są wszelkiej maści butelki (nawet, jeśli planuje się karmienie piersią, dobrze jest mieć ich kilka), pieluszki, kremy, maści, płyny do kąpieli… Jednym słowem tzw. wyprawka. Na różnych stronach można znaleźć kompletne listy potrzebnych rzeczy, które warto przejrzeć i stworzyć własną, zawierającą te przedmioty, które na pewno nam się przydadzą. Razem z wyprawką kompletuje się torbę szpitalną, czyli zbiór rzeczy potrzebnych po porodzie. Najbardziej podstawowe rzeczy to pieluchy i ubranka dla dziecka (w tym rękawiczki, aby sobie twarzy nie zdarło przypadkiem), butelki, mleko, delikatne chusteczki do wycierania tyłka (na opakowaniu powinno być napisane, czy można je stosować u noworodka). Oczywiście trzeba też pamiętać, że rodzice też powinni zabrać ze sobą trochę ubrań, płyn do kąpieli, ręcznik… Wierzcie lub nie, ale przy porodzie się zmachacie i przyda się odświeżyć pod prysznicem oraz zmienić odzienie.

O zakupie pluszaków, czy zabawek nie będę wspominał, bo mnie połówka nie powiem za co powiesi. 🙂 Już wiecie na co pójdzie dodatkowy pokój w nowym domu…

Jedną z ważnych rzeczy w ciąży są ćwiczenia. Proszę się nie martwić, nie są one wykańczające, ale ich wykonywanie pozwala uniknąć pewnych dolegliwości. Tutaj macie link do dokładnego opisu. Niejednokrotnie też czytałem, że umiarkowanie aktywny tryb życia w ciąży jest wskazany, bo wspomaga to poród. Wydaje mi się, że może być w tym sporo prawdy. 😉

U nas dominowały spacery, rozciąganie, lekkie ćwiczenia typu przysiady (w miarę możliwości z szacunku dla kręgosłupa i wielgachnego brzucha z przodu). Pisałem już o tym w innym wpisie, ale pod koniec ciąży byliśmy na tyle sprawni, aby wdrapać się na szczyt Cabot Tower (32 metry wysokości) w Bristolu.

Dzięki wytrwałości i wielkiej miłości dotrwaliśmy do spodziewanej daty porodu. Tego dnia oglądaliśmy mieszkanie, do którego przeprowadziliśmy się później. Kobieta z agencji na wieść o tym, że termin mamy na tamtem dzień, poinformowała nas, że jest byłą położną i w razie czego wie co robić. 😉 Smoczyński akurat postanowił się polenić i urodził się sześć dni później. Gdyby poczekał dzień dłużej, urodziłby się dokładnie miesiąc przed urodzinami połówki!

Ale o porodzie napiszę już oddzielną notkę!

Mefisto

#119. Notka informacyjna

Wyprowadzka potrafi dać się we znaki. Smoczyński bardzo przeżywa zmianę miejsca do tego stopnia, że miewa koszmary (no cóż, nie winię dziecka, że nie rozumie tego, co się teraz dzieje – ja sam tego nie rozumiem).

Postanowiłem połowicznie zawiesić bloga. Oznacza to, że Kącik Techniczny i wpisy o naszych lokalnych wyprawach przeciągną się najprawdopodobniej do sierpnia/września. Niedzielne wpisy, których mam napisanych na zaś, będą pojawiać się z raczej niezmienioną częstotliwością, ale głowy za to nie daję.

Z pewnością będę odwiedzał wasze blogi, chociaż pewnie nie tak często, jakbym chciał.

Życzcie nam powodzenia, abyśmy szybko uporali się z wyprowadzką! 😉

Mefisto

#118. Joe Dever’s Lone Wolf

20180227192108_1

Chciałbym napisać, że zagrałem w grę, ale czuję się jak po przeczytaniu książki. Książki, która wciągnęła mnie między swoje karty i pozwoliła zmieniać jej treść tak, abym tworzył swoją niepowtarzalną historię.

Lone Wolf w zasadzie jest grą paragrafową (gamebookiem), gdzie wcielamy się w postać tytułowego Lone Wolfa – Mistrza Kai z Sommerlund. Seria składa się z 29 książek, które bazując na naszej wyobraźni, opowiadają historię Samotnego Wilka. Książki zawierają dokładny opis reguły gry, a każda decyzja zabiera nas na inną stronę, gdzie czeka na nas przygoda ozdobiona ilistracjami Gary’ego Chalka.

Od 1999 roku Project Aon przekłada książki na wersję HTML dzięki czemu (a także dzięki pozwoleniu twórcy – Joe Devera) można zagrać w nie pod tym linkiem. Książka w tej wersji jest dosyć wygodna w użytku.

Ja zamierzam jednak skupić się nad adaptacją powieści w formie gry video, która wyszła pod nazwą Joe Dever’s Lone Wolf, stworzoną przez Forge Reply srl, a wydaną przez 505 Games. Z tego, co wyczytałem, nasza historia dzieje się między czwartą, a piątą księgą.

Po moim wstępie nie powinno was zaskoczyć to, że większość gry będzie polegać na czytaniu tekstu. Gra jest ciekawą interpretacją czytanych powieści, jednocześnie dając nam poczucie grania w grę komputerową. Fabuła podąża za naszymi wyborami, podczas których rozwiązujemy zagadki, walczymy z przeciwnikami, szukamy sposobu na osłabienie wrogów przed walką, czy chociażby zupełnego ominięcia zatargu. Aczkolwiek zacznijmy od początku.

Pierwsze strony powieści wprowadzają nas w naszą przygodę. Oczywiście zaczynamy od tworzenia postaci, która ogranicza się do Samotnego Wilka (Lone Wolf): Lorda Kai z Sommerlund. Nasza rola w tym, aby wybrać odpowiednie umiejętności, które pozwolą nam zmierzyć się z każdą przeszkodą. Kiedy już to zrobimy i zatwierdzimy nasz wybór, gra zapyta się nas, czy to nasza historia. Piszę to w formie ostrzeżenia, ponieważ przypadkiem nacisnąłem „nie” i musiałem wszystko wybierać od początku.

Po tym dowiadujemy się, co stało się z Zakonem Kai, do którego należymy. Mroczni Lordowe (Dark Lords) wycięli go w pień i tylko nam udało się uniknąć przykrego losu, zabierając ze sobą najpotężniejszy artefakt Sommerswerd – miecz, dzięki któremu możemy ciskać promieniem światła w swoich wrogów. Najefektywniejszy jest w trakcie słonecznego dnia. Dużą zaletą tej broni jest to, że nasi przeciwnicy nie mogą jej dotknąć.

Dalej możemy przeczytać, że miasteczko Rockstarn, które jest pod naszym władaniem, zostało zaatakowane przez Giaki, czyli pokracznych sługusów Mrocznych Lordów. Pośpiesznie udajemy się na miejsce i stajemy przed wyborem jak dostać się bezpiecznie i niezauważenie do miasta. Z pomocą przychodzą nasze umiejętności: ja wybrałem wsparcie zwierzęcych sojuszników, którzy pomogli mi z przeprawą.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

W miasteczku mamy szansę stoczyć pierwszą walkę z wyżej wymienionymi Giakami. Są to najsłabsi przeciwnicy, zatem walka nie powinna być trudna. Potyczka odbywa się na zasadzie turowej, gdzie mamy ograniczoną ilość czasu, aby wykonać nasze ruchy. Chociaż trwa nasza tura, nie oznacza to, że jeśli będziemy bezczynnie stać, przeciwnicy nas nie zaatakują.

Najlepszym sposobem walki jest szybka decyzja o rozlokowaniu ataków na konkretnego przeciwnika, dzięki czemu wykorzystamy maksymalnie potencjał naszej Wytrzymałości i Mocy Kai. Jeżeli wybierzecie umiejętność kamuflażu, bardzo skutecznie będziecie atakować i zadawać zwiększone obrażenia, a także świetnie wyjdzie wam unikanie ataków. Wada: nie można jednocześnie użyć innej Mocy Kai.

Przeczesując miasteczko, napotykamy kilka osób: w tym Leandrę, która, wraz z rozwojem fabuły, okaże się przyczyną naszych problemów. Dowiadujemy się od niej, że niektórzy mieszkańcy zdołali ocalić się od zagłady, ponieważ dziewczyna spytnie uszkodziła mechanizm windy do kopalni. Aczkolwiek, aby dostać się do ocaleńców, musimy znaleźć trzy części mechanizmu.

Nasze poszukiwania pozwalają nam na podjęcie decyzji np. w momencie, gdy natrafiamy na oddziały wroga. Na ogół nasze spotkania kończą się walką, ale często mamy szansę na zaatakowanie ich z zaskoczenia i ułatwienie naszej potyczki. Do tego można wykorzystać wszystko: nasze moce Kai, umiejętności, otoczenie… Można też poszarżować na przeciwnika licząc się z tym, że walka będzie odpowiednio trudniejsza (chociaż zdarzały się wyjątki, gdzie szarża była zaskoczeniem i wróg zdążył oberwać na dzień dobry).

Podążąjąc za fabułą, udaje nam się spotkać z kupcem, który sprzedaje nam swoje zapasy i naprawia oraz ulepsza broń. Ponadto możemy się u niego (za niewielką opłatą) zregenerować, bowiem medytacja między wrogiem nie zawsze dochodziła do skutku.

Wtedy też odkryłem interfejs gry: mapę, ekwipunek, statystyki postaci… Praktycznie w ogóle nie różni się fukcjonalnością od tradycyjnych interfejsów.

Udało mi się dotrzeć do kopalni, gdzie dowiedziałem się, że ojciec Leandry został porwany. Po brawurowej akcji ratowniczej rozwścieczony rodzic wini swoją córkę o to, co działo się w miasteczku, bowiem, używając niebezpiecznych Kostek Shianti (Shianti Cubes), stworzyła swój prototyp, po który przybyli Mroczni Lordowie. Naszym kolejnym zadaniem było odzyskanie prototypu, ale aby tego dokonać, potrzebowaliśmy kolejnej tego typu kostki. Chociażby dlatego, że była ona nie tylko niebezpieczną bronią, ale i kluczem do pradawnych zamków stworzonych przez Shianti.

Klucz ten, dosyć wyjątkowy moim zdaniem, był niemałym wyzwaniem, ponieważ części kostki należało rozłożyć tak, aby pasowały one do wnęki w zamku, inaczej kostka stawała się niestabilna i uderzała w nas z niesamowitą siłą. Chociaż była to niekiedy ciężka zagadka logiczna, udało mi się odblokować każdy zamek bez zabijania się.

Nasza szalona podróż zaprowadziła nas do krainy Mrocznych Lordów, gdzie rzucano w nas przeciwnościami losu, decyzjami do podjęcia, zagadkami logicznymi i zamkami do Kostek Shianti. Im dalej, tym trudniej, a im trudniej, tym ciekawiej! Pod koniec nawet opanowałem wytrychy do tego stopnia, że i zwykłe skrzynie nie miały przede mną tajemnic (chociaż z początku były one moim najgorszym oponentem).

Grę przeszedłem i mój wyrok jest prosty: Lone Wolf jest wymagający, ale to uczciwa cena za godziny rozgrywki, gdzie siedzisz przyklejony do ekranu i czytasz historię, którą sam tworzysz. Każda decyzja to nowa ścieżka do podążenia, a każda porażka to kolejna szansa na rozegranie wszystkiego inaczej – z jeszcze większą precyzją. Z każdym kolejnym przeciwnikiem coraz bardziej doskonaliłem taktykę przeciwko nim, aby coraz sprawniej piąć się ku zwycięstwo. Dałem radę i bardzo się cieszę, bo zyskałem niesamowite doświadczenia i otwarte wrota, jeśli chodzi o dalsze historie naszego Mistrza Kai.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Bardzo mi się ta gra spodobała, dlatego zainteresowałem się też oryginałem. Kto wie – może zrecenzuję kiedyś jedną ze ksiąg? Chociaż tutaj historia będzie na pewno dłuższa!

Mefisto

 

#117. Niepokonani!

Życie pisze najlepsze scenariusze. Gdybym zrobił film o życiu mojej rodziny, to pewnie sklasyfikowano go pod wszystkie możliwe gatunki, a kilka zapobiegawczo by stworzono, aby objąć bezmiar możliwości losu…

Zacznę od wyjaśnienia wpisu, który wpadł tutaj dosyć niedawno. Właściciel mieszkania zmienił zdanie i kazał nam wyprowadzić się wraz z końcem umowy, bo zamierza wynająć mieszkanie rodzinie, a nie przedłużać nam umowę o kolejny rok. Udało się dostać od niego wypowiedzenie w dwóch sztukach (bo jedno było „nielegalne”) i w urzędzie poprosiliśmy o pomoc, bo nam, wedle angielskiego prawa, przysługuje.

To będzie trzecia przeprowadzka w ledwie ponad rok. Nie muszę chyba pisać, co ja już od tych wyprowadzek dostaję…

Na szczęście znaleźliśmy lokum, które jak tylko zobaczyliśmy, to od razu je wybraliśmy. Jest to trzypokojowy domek niedaleko centrum Nailsea w bardzo dobrej cenie jak na jego wielkość. Domek jest sporo większy od obecnego mieszkania (trzy pokoje, schowek na piętrze i pod schodami, salon, łazienka, kuchnia oraz jadalnia). No i mamy ogródek, w którym można się skryć w cieniu drzewa albo urządzić grilla (co bardzo cieszy połówkę). Okolica wydaje się spokojna, a my mamy tylko jednego sąsiada obok – z drugiej strony są garaże (w tym jeden dla naszego czterokołowego członka rodziny).

Od rodziny dostałem też trochę grosza, aby mieć na przeprowadzkę i depozyt, co jest bardzo pomocne, bo trzeba kupić pralkę i lodówkę do nowego domu. Wciąż trwają rozmowy na temat zmywarki, ale ją raczej kupimy trochę później. Połówka za to znalazła już grilla do kupienia… (szybka bestia)

Szkoda mi tylko Smoczyńskiego, którego zmiana mieszkania na pewno zirytuje. Taki mały, a już w swoim życiu ma drugą przeprowadzkę na głowie.

Ale nagroda za naszą wytrwałość musiała na nas spaść: okazało się, że mam w swojej kolekcji monetę wartą kilka tysięcy funtów. Jakkolwiek życie mnie skopie, to los wynagrodzi nam nasze krzywdy. Smoczyński będzie miał na osiemnastkę wyjątkowy prezent. 😉 Znalazłem też kilka jednopensówek, których wartość wynosi do ośmiuset funtów – w tym dwie z 1971 z napisem „new penny”. Jest to szczególna data dla Wielkiej Brytanii, ponieważ w 1971 wprowadzono dzielenie się funta na 100 pensów. Do 15 lutego 1971 dzielił się na 240 pensów lub 20 szylingów.

Chociaż w naszym życiu panuje chaos, to jednak staramy się na niego reagować w pozytywny sposób i szukamy sposobów ukojenia zszarganych nerwów. Zabawne, że naszym najlepszym rozwiązaniem na walkę z obłędem jest wpadanie w jeszcze większe aczkolwiek kontrolowane przez nas szaleństwo.

Postanowiliśmy wszyscy troje walczyć, ale nie przejmować się. Nie takie piekło nam już los zgotował! Dlatego pomiędzy oglądaniem mieszkań i pakowaniem naszych gratów staraliśmy się relaksować i odwiedzać okoliczne miejsca, aby poznać ich historię. Próbowaliśmy też zrobić grilla, ale grill okazał się ognioodporny. Spaliliśmy całe opakowanie od grilla, ale sam węgiel miał nas w poważaniu…

(szaszłyki stały się jadalne po wizycie w piekarniku i smakowały prawie jak z grilla)

Odwiedziliśmy molo w Clevedon (o czym napiszę osobną notkę), gdzie Smoczyński patrzył z zaciekawieniem na fale, pospacerowaliśmy po zalesionych miejscach w okolicy podziwiając naturę nietkniętą kosiarką. Nawet udało się nam załapać na zdjęciu przejazd pociągu!

Wpadliśmy też do muzeum w Weston-Super-Mare, gdzie spotkaliśmy kawałek historii tego miasta i histerycznie śmiejącą się lalkę (o czym także wspomnę w osobnym wpisie, aby tego nie rozciągać nadmiernie).

Właściwie, patrząc na ilość zwiedzonych przeze mnie miejsc, postanowiłem stworzyć serię wpisów o różnych miejscach w Anglii i ich historii. Daleko nie wędruję – jak to ujął mój ojciec: jestem żeglarz, co wokół zarzuconej kowticy pływa. Ale jeśli już to robię, to wędruję w przedziwne miejsca, które najczęściej znajduję przypadkiem. Wpisy będą pojawiać się raz w miesiącu, w drugą środę miesiąca. 😉

Porozmawiałem też z pewną osobą, która poleciła mi miejsca warte obejrzenia. Moja lista powoli powiększa się o kolejne pozycje. 😉 Ponadto wymyśliłem sobie, aby zrobić listę (albo mapę) budek telefonicznych w Anglii, bo wręcz uwielbiam je fotografować. Takie moje dziwne hobby. 😉

Z racji faktu, że truskawka się poddała, adoptowaliśmy stratowaną miętę i małego pomidorka, który nie jest już mały, bo zaczął bardzo szybko rosnąć (jak Smoczyński). Okazało się, że mięta była zarażona mączniakiem i trzy pędy poszły do śmiecia. Czwarty wytrwał kilka dni dłużej i również przegrał z chorobą. Bok choy urósł, wyrosły nasiona, a potem zaczął umierać. Ale przynajmniej mamy nasiona.

IMG_20180425_180601

Wiem, że mamy dziwne hobby, ale w domowych warunkach prawie wyhodowaliśmy ziemniaka i w sumie to nas zachęciło. 😉 A skoro będziemy mieć ogródek… W sklepie Ikea widziałem już papryczki i mandarynki do hodowania… 😛 A mama Połówki (brzmi jak mama Muminka) wysłała nam już kilka opakowań nasion do zasadzenia w ogródku.

Przez to całe zamieszanie Kącik Techniczny stanął w miejscu, mimo iż pierwsza notka jest praktycznie gotowa. Zamierzam uporządkować to w miare szybkim czasie, mimo iż piorytet bierze teraz życie codzienne i pakowanie. Aczkolwiek myślę, że czerwiec to już zdecydowanie początek nowej serii. 🙂 Czuję się natchniony, aby cieszyć się życiem i robić to, co lubię!

Przeżyliśmy też scenę jak z horroru. W jednym z pokoi sufit został ciekawie przystrojony. Czym? Pajączkami. Małymy, rudymi, wrednymi pajączkami. Było ich ponad pięćdziesiąt. Usuwanie ich zajęło tylko godzinę. A może aż godzinę, bo cholery skakały jak opętane! Wszystko przez to, że pod oknem skoszono trawnik i nastąpiła wielka ucieczka wszelkich żyjątek. A wystarczyłoby nie kosić trawy…

Chociaż miałem dość,  to jednak cieszę się. Chciałem mieć ogródek i będę miał. I może nawet dobry los podaruje mi i mojej rodzince odrobinę spokoju. Na razie czekam z niecierpliwością na pierwszy czerwca, kiedy dadzą nam klucze i zaczniemy zapełniać kolejną kartę naszej historii! Trafił się nam udany dzień dziecka! 🙂

Mefisto

#116. Drugie urodziny bloga

No i stało się! Blog skończył dwa latka! (jeszcze pół i będzie sięgał głową ponad stół)

Dokładnie dwa lata temu pojawił się na tym blogu pierwszy wpis (który możecie przeczytać tutaj). Zakładając bloga szukałem sobie zajęcia, aby zabić trochę czasu i powalczyć z nadmiarem negatywnego myślenia. Ale przede wszystkim chciałem się dzielić tym, co lubię, a gry są moją pasją. Cieszę się, że blog nie umarł, że nie poddałem się swoim słabościom i dalej trwam w pisaniu. To działa terapeutycznie. I wyrabia regularność!

Rok temu napisałem, że chciałbym napisać kolejną urodzinową notkę i oto stało się: mamy kolejny rok życia Diabła, połówki (dlaczego z małej litery?) i Smoczyńskiego. Nauczyłem się tego, że jeśli masz odwagę złapać swoje życie za fraki, to napisze ci ono najpiękniejszy, choć niekiedy szalenie męczący scenariusz. Szarpię się z losem do upadłego i przeżywam moją własną historię najlepiej jak umiem. Nie będę bohaterem z gry, nie zbawię świata, ale przynajmniej nie będę się nudził. Może i czasem na to pomarudzę, ale koniec końców przeżywam przygody, które zostaną w mojej pamięci na zawsze – chociażby poprzez wpisy na tym blogu.

Pisząc, że nie będę bohaterem popełniam mały błąd. Na swój sposób jestem bohaterem tego bloga – postacią, która występuje tutaj jak w opowiadaniu. Z taką różnicą, że istnieję też poza liniami tekstu, jestem prawdziwy, można mnie dotknąć (aczkolwiek proszę tego nie robić). Razem ze mną bohaterami są połowka (znowu z małej!) i Smoczyński. We trójkę patrzymy na świat z naszej perspektywy – bez nich nie miałym tyle motywacji, aby cieszyć się chwilą i pisać o tym. Dziękuję Wam, moje pyszczki, za życie pełne wrażeń!

Podziękować też muszę wszystkim czytelnikom bloga, a także moim najaktywniejszym komentującym: Anoia’i, Celtowi oraz Nisi, którzy od samego początku zostawiają tutaj ślad po sobie! Dziękuję Wam bardzo mocno!

Wierzę, że te dwa lata to dopiero początek mojego pamiętnika. W sercu czuję dziwną siłę, aby pisać i dobrze się przy tym bawić!

To teraz zostaje starać się, aby dotrwać trzeciego roku… 😉 No i może zacząć pisać Połówka (z wielkiej litery), bo to w końcu też osoba… 😉

A na sam koniec: urodzinowe ciasto w garnku! 😉

IMG_20160723_142057

Skład: rodzynki, galaretka, reszta ciasta 😉

Mefisto

#115. Kingdoms and Castles – pierwsze wrażenie

Screenshot at 2018-05-20 00-23-26

Twoje królestwo, twój zamek, twoi poddani i najeźdźcy, którzy chcą ci to odebrać… Oto Kingdoms and Castles – urocza, prosta, a zarazem zajmująca gra polegająca na rozbudowie i obronie swojego miasta i zamku. Tytuł ten stworzyło i właściwie wciąż tworzy studio Lion Shield, bowiem pozycja ta znajduje się w ramionach tzw. Early Access.

20180114230028_1

Moje pierwsze królestwo powstało na spokojnych ziemiach – aby nauczyć się mechaniki gry wybrałem opcję bez przeciwników, bo choć odpieranie najazdów nie wiedząc, co się robi, to kusząca opcja, to jednak postawiłem na odrobinę strategii i nauki tego, jak budować swoje państwo. Tak to się robi, politycy!

Wpierw zaczynamy od budowy zamku – w końcu władca włości musi mieć gdzie swój szanowny zad usadowić. Główną ideą gry jest to, że aby budować budowle to trzeba mieć drogę przy miejscu budowy. Także każdą nową budowlę poprzedzała sieć dróg, po których nasi mieszkańcy mogli się poruszać. Potem mogłem spokojnie stawiać domy, aby ludzie mieli gdzie mieszkać oraz studnie, aby nie podpalali się za często. Szybko też zacząłem organizować pożywienie i nakazałem moim ludkom uprawiać rolę, aby mieli co jeść. W końcu głodni mogliby zjeść i mnie!

W niedługim czasie stawały kopalnie, targowiska, domy dla bogatszych, a nawet kościoły oraz pomniki króla i królowej. Znalazł się nawet pomnik małego rogacza, więc i książę Smoczyński wystąpił w grze. 😉

20180115023027_1.jpg

Ulepszyłem drogi do kamiennych i zacząłem inwestować w akwedukty (które akurat do niczego szczególnego mi się nie przydały). W międzyczasie wydobywałem żelazo i ulepszałem narzędzia, przez co moi poddani pracowali wydajniej. Podatki też nakładałem niskie zwiększając je tylko wtedy, kiedy było to niezbędne do dalszego rozwoju i mój lud kochał mnie ponad życie. Tak to się robi, politycy!

Chociaż długo nie grałem (raptem cztery godziny), to bawiłem się przednio! Rozgrywka była banalnie prosta, ale pozwoliła mi zrozumieć jak mam grać, aby się rozwijać. Następną mapę zacznę już z najeźdźcami i – jak się okazało po przejrzeniu listy aktualizacji – z portami i kupcami. Jestem niezmiernie ciekaw, ile wytrzyma moje piekielne państewko, gdy u bram stanie wróg. 😉

20180115155624_1

Jedyną przykrość, którą sprawił mi Steam to to, że coś się zwiesiło i większość screenshotów się po prostu nie zapisała. Mam nadzieję nadrobić to przy kolejnej mapie, aby pokazać wam stopniowy rozwój mojego królestwa.

A ja tymczasem wracam budować ostoję dla wszystkich istot mniej lub bardziej piekielnych. Trzymajcie za mnie kciuki!

Mefisto