#138. Wild Terra Online

wto

Na samym początku chciałbym podziękować za darmowy klucz, który otrzymałem. Dzięki temu mogłem zapoznać się z tytułem i opisać moje wrażenia z gry. 🙂

Wild Terra Online to nietypowa gra stworzona przez pochodzące z Rosji studio Juvty Worlds Ltd. Jest to pozycja z gatunku gier sandbox survival MMORPG, gdzie razem z innymi graczami (lub też przeciwko nim) budujemy swoje królestwo poprzez zbieranie wszelkiej maści surowców i przetwarzanie ich w celu tworzenia coraz wspanialszych konstrukcji.

Zaczynamy od wyboru serwera i tworzenia naszej postaci. Nie jest to skomplikowany proces, bowiem serwery dzielają się jedynie na PVP (Player vs Player – gracz kontra gracz) i PVE (Player vs Enviroment – gracz kontra środowisko). Oczywiście ja pokusiłem się na PVE z racji tego, że wolałbym coś w tej grze stworzyć, a nie użerać się z notorycznymi napadami. Wybór postaci ogranicza się do wybrania płci i nazwy naszego bohatera tudzież bohaterki.

20180301193644_1

Zostajemy zesłani wgłąb nieznanej nam krainy, na której – jak łatwo można zauważyć – zaczęli osiedlać się inni gracze. Towarzyszący nam na początku samouczek podrzuca nam zadania, które pozwalają – choć niekoniecznie zrozumiale (a czasem prawie w ogóle) – zapoznać się z mechaniką gry. Zasada działania jest jednak w miarę prosta: zbierasz rzeczy i używasz ich do przetrwania. Z kamieni robisz narzędzia, narzędziami zbierasz surowce, z których to tworzysz jeszcze lepsze przedmioty i efektywniej zbierasz materiały. Oczywiście wszystko w zgodzie z poziomem twoich umiejętności (typu kamieniarstwo, gotowanie) – im bardziej poziom zebrania/stworzenia czegoś przewyższa twoje umiejętności, tym trudniej jest ten przedmiot uzyskać.

Oczywiście naszym celem jest coś innego niż jedynie zbieranie i przetwarzanie przedmiotów. My chcemy stworzyć naszą bazę. Po stworzeniu czegoś, co nazywa się dominium, uzyskujemy kawałek terenu, który na bezpiecznych ziemiach jest niedostępny dla innych graczy (o ile nie damy im dostępu). Na serwerach PVP gracze mogą najeżdżać swoje dominium.

Następne zadania z samouczka będą wymagały od nas ogrodzenia naszego skrawka terenu i zbudowanie warsztatu.

Dominium można rozbudowywać (chociaż na początku jest to dosyć trudne). Na nim możemy stawiać ciekawe budynki, składziki, piece, kowadła… Cokolwiek gra zaoferuje, abyśmy mogli rozwijać nasze małe królestwo. Dominium ma jednak taką cechę, że ma określoną datę ważności, którą przedłuża się logując się do gry. Im bardziej ulepszony teren, tym dłużej nie trzeba się logować. Kiedy znajdziemy takie rozpadające się dominium, możemy np. zebrać warzywa (dzięki temu mogłem założyć swój ogród).

Samouczek ostatecznie kończy się, a nam pozostają losowe misje dziennie (które nijak się mają do naszego poziomu zaawansowania). Gra w tym momencie staje się trudna, bo choć przepisy i receptury przedmioty wyraźnie pokazują, co musimy zdobyć, to niełatwo jest te rzeczy znaleźć – w szczególności, jeśli nie wiesz, gdzie szukać. Z pomocą przychodzą inni gracze, którzy ochoczo udzielają informacji (przynajmniej na serwerze, na którym gram). Nierzadko też zdarzali się też gracze, którzy przychodzili pod bramy mego królestwa i zostawiali pod wrotami potrzebne mi materiały. Najbardziej chyba polubiłem rycerza, który wpadał do mnie co jakiś czas i podrzucał mi skóry jelenia – te były dla mnie trudniejsze do zdobycia, ponieważ mój poziom zaawansowania nie pozwalał mi na korzystanie z lepszych i efektowniejszych broni. Społeczność jest w tej grze akurat dużym plusem!

Grając na własną rękę (czytaj: bez samouczka) zawędrowałem na niebezpieczne ziemie, gdzie dozwolona była walka między graczami. Na tych terenach często znajdowałem godsend, czyli truchła zawierające rzadkie przedmioty bądź receptury. Często też nasi truposze mają ze sobą środek płatniczy jakim jest sól.

Ciekawą rzeczą jest głód w grze: aby go zaspokoić, trzeba jeść różne produkty. Nie umrzemy od jedzenia jednego rodzaju pożywienia, ale aby nasze zdrowie się odnawiało, musimy konsumować aż pięć rodzajów jedzenia!

Moje pierwsze wrażenie co do tej pozycji jest takie: ciekawa, ambitna gra, trudna, czasem nużąca i w niektórych momentach przesadnie trudna i przez to męcząca, ale rozwija się i stara się ulepszać swoje niedoskonałości. Nie jestem za, ani przeciw Wild Terra Online – za wcześnie, aby to oceniać. Zawsze jestem zdania, że gra jest dobra do momentu, aż wkurzy cię ponad skalę. 😉

Gra oferuje wiele rzeczy, do których nie miałem jeszcze okazji dotrzeć. Obecnie staram się przetapiać metale i zrobić sobie przyzwoity ekwipunek, ale ze względu na niski poziom umiejętności, idzie mi to jak krew z nosa! Aczkolwiek nie śpieszę się i staram się poznać Wild Terra Online zanim wydam ostateczny wyrok. Dlatego też na pewno napiszę więcej niż jeden wpis na ten temat!

Mefisto

Reklamy

#137. Kącik Podróżniczy nr 1 – Clevedon

Dosyć często odwiedzane przeze mnie Clevedon, miasteczko liczące około 21 tysięcy mieszkańców, kryje w sobie kilka historycznych skarbów, którymi chciałbym się z wami podzielić. Sama nazwa Clevedon pochodzi ze staroangielskiego i znaczy cleve (cleave) – rozdzielać oraz don (hill) – wzgórze. Nazwa ma swoje uzasadnienie w tym, że mieści się między siedmioma wzgórzami.

Chociaż czasy największego rozwoju Clevedon przypadły na rok 1820, to najstarsze wzmianki o mieście przypadają na rok 1086, gdzie wspomniano o nim w Doomsday Book jako wieś z ośmioma mieszkańcami i dziesięcioma małymi farmami. Niedługo potem w 1320 Sir John de Clevedon zbudował Clevedon Court, który w 1709 przejęła rodzina Eltonów. Posiadłość została przekazana w 1960 National Trust i otwarta dla szerszego grona, mimo iż wciąż zamieszkują ją członkowie rodziny.

Rodzina Eltonów mocno zapisała się w dzieje miasta Clevedon, czyniąc z niewielkiej wioski skupionej wokół uprawy roli do wiktoriańskiego ośrodka wczasowego. Ich inwestycja w miasteczko nie ograniczała się tylko do szpitala, szkół i kościołów, ale także do poprawy rozwiązań kanalizacyjnych i urządzeń sanitarnych.

Jednym z prezentów rodziny Eltonów dla miasta jest wieża zegarowa w Clevedon. Choć nie tak imponująca jak Big Ben, jest miłym akcentem w sercu sklepowego trójkąta tego małego miasta. Obiekt ten został sprezentowany w 1898 przez Sir Charlsa Eltona z okazji diamentowego jubileuszu królowej Wiktorii.

IMG_20180525_115310

Wraz z rozwojem Clevedon powstawały hotele (na przykład Royal Pier Hotel), koleje, a także piękne molo, które po dziś dzień służy do przyjmowania podróżnych przybywających do miasteczka na statkach parowych. Rejsy odbywają się między miasteczkiem, Devon i Walią. Samo molo zbudowano w 1869 wykorzystując odpowiednio przerobione szyny, które pozostały po budowie kolei. W 1970 molo uległo częściowemu zawaleniu i dzięki staraniom Pier Preservation Trust udało się je ponownie otworzyć 27 maja 1989 – 120 lat po pierwszym otwarciu.

IMG_20180513_134050

Ozdobą tego miejsca jest również interesujący fort o nazwie Walton Castle. Niegdyś był wykorzystywany do celów łowieckich, dziś organizowane są w nim wydarzenia typu śluby, czy spotkania rodzinne.

W Clevedon mieści się kino Curzon, które otwarto w 1912, co czyni je najstarszym, wciąż czynnym obiektem w Anglii. Od czasu do czasu organizowane są tam pokazy starych oraz niemych filmów, na które sumiennie poluję. Równie sumiennie staram się wprosić na wycieczkę. Czas pokaże, czy skutecznie.

Clevedon może też się poszczycić byciem pierwszym miastem, gdzie na dużą skalę zaczęło produkować penicilinę, która posłużyła się do ratowania życia żołnierzom podczas Drugiej Wojny Światowej.

Na tym skończę ten ogółowy i – mam nadzieję – niezbyt nudny opis tego spokojnego, a jednak napchanego historią miejsca w Anglii. Po kolei zwiedzam niektóre z wyżej wymienionych atrakcji, na temat których napiszę osobne notki i przybliżę piękno tych miejsc w jakiejś ładnej, opisowej (i zdjęciowej) formie.

Cóż, taki przynajmniej mam zamiar!

Mefisto

#136. Złote mądrości Połówki cz.1

Połówka jest personą tak wyjątkową, że za jej zgodą (tudzież moim ubłaganiem i ofiarą złożonej z mojej strony), wypisałem kilka pięknych i szczerych myśli (tudzież czynności) od miłości mojego życia.

Smoczyński ostatnio źle się czuje, więc kiedy położyliśmy go spać, Połówka na migi próbowała przekazać mi wiadomość. Najpierw wskazywała na mnie, na Smoczyńskiego, a potem udawała rozmowę telefoniczną. Pytałem się wtedy, czemu mam do naszego dziecka dzwonić. Potem do tego zaczęła wykonywać obrót ręką i wskazywała okno. Na sam koniec ustawiła dłoń poziomo i ukryła za nią drugą rękę zaciśniętą w pięść, powoli ją wysuwając. Byłem pewien, że chodzi o wschodzące słońce do momentu, aż rozdziawiła palce na wszystkie strony. Wtedy byłem przekonany o tym, że chodzi o Obcego i zacząłem się obawiać o syna… Chodziło w tym wszystkim o to, aby umówić Smoczyńskiego do lekarza następnego dnia. Połówka mogła mi to powiedzieć, bo kiedy ona machała kończynami, ja odpowiadałem jej szeptem…

Raz, kiedy poszliśmy dokonać nocnego karmienia i zmiany pieluchy u Smoczyńskiego, Połówka znowu się włączyła: „jeśli ziemia jest płaska to czemu on się turla”. Argument nie do przebicia!

Połówka ma też kiepską pamięć do dat. Głównie do moich i Smoczyńskiego urodzin. Do tego stopnia ma z tym problem, że już nawet matka Połówki nie wie, kiedy się wnuk urodził. 😉 Aczkolwiek raz miałem przyjęcie prawie niespodziankę (bo i tak musiałem przypomnieć) i dostałem tort zrobiony częściowo z użyciem farelki oraz napisam LOL.

Moja wspaniała Połówka chodziła też niegdyś na siłownię. Pierwszym osiągnięciem mojej miłości na siłowni było włamanie do panelu administracyjnego wifi. Nie mogłem oczekiwać niczego innego, naprawdę nie mogłem…

Jest jeszcze to: „podaj mi mąkę, jest w opakowaniu..  takim od mąki.” Precyzyjnie…

Równie precyzyjnie było przy skanie głowy, gdzie w formularzu było pole do wypełnienia „obszar skanu”. Pielęgniarka powiedziała, że mamy wpisać „głowa”. Moja Połowa wpisała nazwę miasta. Skan głowy był widać bardzo potrzebny. Ale przynajmniej personel medyczny miał ubaw! 🙂

Połówka ma też (ostatnio) manię wycierania mokrych rąk o mnie. Raz, po umyciu podkładki na szafkę, podeszła do mnie i wytarła ją o moje plecy. Innych razem wytarła łapy o moje krocze, a na moje protestujące warknięcie „zboczeniec” odpowiedziała „ja zboczeniec? a czyje to krocze”. Mistrzostwo świata w byciu złodupcem… 😛

Pracuję dwa dni w tygodniu z domu. Był koniec dnia, już zwijałem laptopa, aż tu zadzwonił telefon. Stwierdziłem, że odbiorę, zrobię kilka minut ekstra. Połówka zgarnęła Smoczyńskiego z pokoju, abym mógł spokojnie konwersować. I tak sobie gadam, i gadam, i widzę Połówkę idącą z synem mym do łazienki. Chcąc go zająć, aby nie zakłócał rozmowy… spuściła wodę w toalecie. Pracowałem w pokoju obok, więc szum wody było dokładnie słychać. Nawet wymowna cisza po drugiej stronie mnie w tym utwierdziła… Połówka broniła się tym, że chciała dobrze. 😀 A ja wyszedłem na pracoholika, który bierze pracę nawet tam, gdzie król chodzi piechotą!

To by było (na razie) tyle. Więcej „smaczków” będę wstawiał z czasem. 😉

Mefisto

#135. Kącik Techniczny nr 1

Każdy początkujący gracz musi stanąć przed trudnym wyborem, jakim jest kupienie komputera nadającego się do gier. Z racji tego, że wybór komponentów jest ogromny, czasem jest to niesamowicie trudna sztuka.

Nie jestem ekspertem, który powie wam, jaki konkretny model jest najlepszy na rynku, ale mogę dać kilka porad czym się kierować przy wyborze elementów waszego gamingowego potwora. Zaznaczam, że nie biorę odpowiedzialności za ewentualne rozczarowanie, bo to są tylko porady (a jak wiadomo porada można być kijowa).

Przede wszystkim – nim zaczniemy kupować części – trzeba jasno określić budżet i cel naszego komputera (przykładowo: wydajność, dobra grafika, itd.). Pozwoli nam to wybrać najlepsze części za dogodną cenę (bo ta potrafi bywać zdradliwa).

Naszym pierwszym krokiem zawsze będzie wybranie płyty głównej. Jej nazwa nie wzięłą się znikąd – jest ona szkieletem całej naszej konstrukcji. Bez względu na to, czy zamierzacie kupić drogi komputer, który ma starczyć na lata, czy zamierzacie stopniowo go ulepszać, w płytę główną warto zainwestować więcej jako punkt bazowy całego przedsięwzięcia. Lepsza płyta główna sprawniej i efektywniej wykorzysta swoje podzespoły.

Kolejna rzecz, w którą warto na początku wyłożyć pieniądze, jest zasilacz. Przy jego wyborze trzeba się kierować tym, jaka jest sprawność zasilacza. Poprzez sprawność zasilacza (bądź też jego klasę) mam na myśli zużycie prądu (a dokładniej jego straty) i efektywność zasilacza, jeśli chodzi o zużycie komponentów komputera. Jeśli chodzi o zużycie prądu to standardem od 2004 roku jest 80PLUS, gdzie zakłada się, że zasilacz przynajmniej 80% pobranego prądu wykorzysta, a reszta będzie ewentualną stratą cieplną. Przed rokiem 2004 standardem było, że nawet 50% pobranego prądu była tracona. Jeśli chodzi o zużycie komponentów komputera to ważna jest moc zasilacza. Do gamingu polecam przynajmniej 600W – większość kart graficznych wymaga właśnie tyle mocy. Od razu uspokajam: komputer nie będzie zużywał aż tyle prądu. Słaby zasilacz może doprowadzić do uszkodzenia płyty głównej, dysku, czy procesora. Dzieje się tak, ponieważ słabsza jednostka będzie bardziej obciążona, przez co może dojść do napuchnięcia kondensatorów i efektem będzie niewłaściwa praca przetwornicy zasilacza (co np. przyczynia się do dostarczania nieprawidłowego zasilania do komponentów i ich uszkodzeń – w ten sposób można uszkodzić dyski talerzowe).

Idąc dalej wybieramy procesor i chłodzenie dla niego. Jakkolwiek procesor można kupić tańszy i wymienić z czasem na lepszy, to chłodzenie warto kupić lepszej jakości. Z czystym sumienie mogę polecić Arctic Cooling, które pasuje pod większość procesorów, jest do tego bardzo wydajne i nawet przy sporym obciążeniu, efektywnie chłodziło procesor. Przy wyborze procesora warto posiłkować się stronami takimi jak: cpubenchmark.net, a w przypadku porównywania konkretnych modeli: cpu.userbenchmark.com.

Jeżeli potraficie wymieniać pastę termiczną na procesorze, to polecam zainwestować w GC-Extreme (od Gelid Solutions) albo trochę tańszą MX-2 (od Arctic Cooling).

Następny wybór winnien paść na kartę pamięci. W moim przypadku wybrałem jedynie 8GB ramu o przyzwoitej (jak na te czasy) prędkości. W planach miałem dokupienie drugiej kości z czasem, jak będę miał na to pieniądze. I nigdy tego nie zrobiłem, bo mój zestaw spisuje się na tyle dobrze, że nie jest mi to po prostu potrzebne. Na start polecam coś między 8-16GB, a kupno dodatkowej pamięci zalecam tylko w przypadku, kiedy pierwotna ilość pamięci nie wystarcza.

Kolejną rzeczą jest wybór karty graficznej. W tym miejscu wybór jest przeogromny, bowiem karty mamy dostosowane do np. pracy biurowej, zwykłego użytkowania komputera (przykładowo do przeglądania internetu), gier, filmów… Wiadomo, że wybierając kartę graficzną do gier zapłacimy stosunkowo więcej (aczkolwiek nie są one najdroższe – spotkałem się z kartą do obróbki grafiki i kosztowała ponad 11 tys. funtów). Osobiście polecam kupienie lepszej karty, bo, choć rynek rozwija się nadzwyczaj szybko, to dobra karta spełnia swoje zadanie jeszcze kilka lat po premierze (sam kupiłem swoją ponad dwa lata temu i spokojnie mogę grać w najnowsze tytuły). Jeżeli jednak nie zależy wam na jak najlepszej grafice, spokojnie można wybrać coś tańszego, co również pozwoli wam pograć w grę i przy okazji nie odchudzi tak mocno portfela.

Na sam koniec zostawiam dyski, gdzie również mamy przeogromny wybór: dyski SSD, dyski talerzowe, hybrydy… Z mojego punktu widzenia: jeśli masz dużo pieniędzy, to inwestuj w SSD. Prędkość jest niesamowita, są odporne na uszkodzenia związane z przepięciem. Ich cena jest jednak zawrotna (2TB za ponad czterysta funtów). Jeżeli masz ograniczone fundusze to polecam: mały dysk (typu 64 lub 120GB) na system i dysk talerzowy na dane/gry. Jest to wolniejsza opcja niż sam dysk SSD, ale pozwala przyśpieszyć niektóre procesy systemu, co może przełożyć się bezpośrednio na grę. Mój komputer opiera się na tym i – muszę przyznać – jestem bardzo zadowolony.

W ten sposób udało ci się zaplanować zakup części do swojego – być może – wymarzonego komputera. Mam nadzieję, że ten troszkę upośledzony poradnik nakreślił sposób w jaki można dobierać części do swojej maszyny kierując się zarówno wydajnością sprzętu jak i budżetem. Na sam koniec dam ostatnią radę: przy wyborze swojego sprzętu warto przeczytać kilka poradników. 🙂

Mefisto

#134. Castlevania: Lords of Shadow – Reverie & Ressurection

Pełen wrażeń po grze Castlevania Lords of Shadow, przysiadłem do dwóch dodatków o nazwie Reverie  i Ressurection. Oba zostały wypuszczone w 2011, w niedługim odstępie czasu. Po raz kolejny stałem się Gabrielem Belmontem.

Narratorem naszej powieści staje się sam Gabriel. Wyjawia nam on mrok swego serca, obwinia Stwórcę o całą sytuację z pierwszej części gry. Nie odzyskał ukochanej, ani nie mógł do niej dołączyć. Błąkał się po świecie bez celu do czasu, aż Laura, młoda wampirzyca, wezwała nas do zamku Carmilli.

Na miejscu wyjawia nam, że pokonanie Carmilli osłabiło pieczęć więzienia Zapomnianego (Forgotten One) – potężnego demona, który powoli zmierza w stronę świata, aby raz jeszcze spróbować go podbić. Gabriel nie jest zainteresowany ratowaniem czegokolwiek, ale dziewczyna przemawia mu do rozsądku.

Reverie opiera się na wędrowaniu przez zamek, aż odnajdziemy wejście do więzienia demona. Nim jednak wkroczymy do innego wymiaru, Laura ostrzega nas, że tylko mroczne istoty mogą tam wejść. Wampirzyca, za cenę swojego życia, przemienia nas w nieśmiertelną istotę, a my wędrujemy w stronę naszego przeznaczenia.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Ressurection zaczyna się od krycia się przed potężnym demonem. Jeden jego cios może zmieść nas z powierzchni ziemi. Jakby tego było mało, przemiana w wampira wręcz pali nas od środka. Skutecznie udaje się nam go unikać do momentu, gdy natrafiamy na pierwszą bramę i Zapomniany używa swojej mocy, aby otworzyć wrota. Atakujemy mając ku temu okazję i udowadniamy demonowi, że jednak można go zranić.

Musimy jednak skryć się, kiedy brama zostaje otwarta, a Zapomniany odzyskuje swoją moc i wyrusza do Zaświatów (The Underworld). Znowu zaczynamy śledzić demona tak, aby on nie zauważył nas. Podłoga to lawa (serio), więc musimy dodatkowo uważać.

Kolejne starcie zaczyna się przy wrotach do rzeczywistego świata, gdzie Zapomniany znów pozbywa się swej mocy, aby ta rozpracowywała bramę. Potyczka trwa na tyle długo, aby kolejne drzwi otworzyły się, tworząc drogę dla demona. Gabriel jednak się nie poddaje i kiedy moc wraca do Zapomnianego, on skacze ku niej wykorzystując ulepszenia znalezione podczas naszych wędrówek i pochłania energię, która dawała naszemu przeciwnikowi przewagę. Używamy jej, aby zniszczyć doszczętnie naszego nemesis.

Gabriel znów ocalił świat, jednak da się zauważyć, że wiele się w nim zmieniło. Opuszczając Zaświaty zniszczył swój Krzyż Bojowy – Vampire Killer – ruszając w dalszą podróż…

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Chociaż te dwa dodatki nie zajęły mi sporo czasu, to bawiłem się przy tym przednio, odkrywając kolejne fragmenty historii Gabriela. To była nie tylko niesamowita opowieść, ale też i zapowiedź następnych przygód wciągających nas w wir zdarzeń, na które tylko my możemy mieć jakiś wypływ.

Polecam każdemu, kogo Castlevania wciągnęła tak jak mnie, bowiem razem z Reverie i Ressurection gra stanowi pełną całość i pozwala nam zrozumieć, co stało się z Gabrielem w kolejnych tytułach.

Mefisto

#133. Na wesoło!

Kolejne cztery tygodnie minęły jak z bicza strzelił, ale ilekroć mam coś do zrobienia to czas pędzi jak nienormalny.

Zacznę od wesołej wieści: zdaliśmy mieszkanie. Wysprzątane, wyczyszczone, dziury w ścianach po półkach zaklejone i zamalowane. Nasz były wynajmujący spotkał się z nami na dosłownie dwie minuty, zabrał klucze i zostawił nas z facetem z agencji, który miał sprawdzić mieszkanie. Ten zauważył kilka otarć (część udało się doczyścić), ale generalnie powiedział, że jesteśmy dobrymi najemcami, bo mieszkanie jest lepiej wyczyszczone niż było na początku. Nawet sobie pogawędziliśmy o byłym wynajmującym, bowiem ten przywitał nas czerwonymi ślepiami – wiadomo od czego… Aż nam się przypomniało jak innym razem, również z czerwonymi oczyma, naprawiał klamki w drzwiach i zamontował je na odwrót.

Na szczęście były właściciel zgodził się oddać cały depozyt. Pierwszy raz miałem okazję skorzystać z jednej z rządowych firm/agencji, które ubezpieczają depozyt. Dostaliśmy link, gdzie w formularzu, który częściowo wypełnił były właściciel, podaliśmy swoje dane do przelewu i po kilku dniach otrzymaliśmy przelew. Nawet wygodna usługa. No i Połówka ma teraz spory zapas gotówki na wyjazd do Polski na kolejną turę leczenia (a ja wybieram już dodatki do Simsów – to już taka nasza tradycja :P). Znowu zostanę na dwa tygodnie ze Smoczyńskim! Biegającym Smoczyńskim! Coś czuję, że żywy z tego nie wyjdę!

Stan mojego zdrowia się nie poprawia. Co gorsza nie wiadomo co to jest, a podejrzenie zaczyna padać na chorobę autoimmunologiczną, która ujawniła się jeszcze nim Smoczyński się urodził (właścicie to pierwsze objawy miałem prawie 5 lat temu, ale wtedy „byłem za młody, aby chorować”). Jak już zrobią senty test krwi to może będę coś wiedział. Mam tak poharatane ręce od pobrań krwi, że wyglądam jak po ataku wściekłej pielęgniarki…

Smoczyński niedawno miał szczepienie z okazji ukończonego roku. Było trochę gorączkowania, ale odbyło się to bez większych ekscesów i na ogół był wesoły jak zawsze. W te gorsze dni siedział przytulony do nas, bo w końcu przytulenie się do rodzica to najlepsze lekarstwo. Dosłownie i w przenośni. 🙂 W te lepsze dni taranował wszystko na swojej drodze trenując nową umiejętność: bieganie niczym pocisk. Obecnie próbuje połączyć tą umiejętność z wskakiwaniem (nie wchodzeniem) na meble. Od czasu do czasu czaruje też przy użyciu kolan Połówki… 😛

Mając trochę więcej czasu, staramy się lepiej gotować, dzięki czemu i Smoczyński podżera domowej roboty sosy, zupy i co tam nam do głowy wpadnie. A że żarłok (po Połówce :P) to zasysa wszystko z prędkością światła. Albo i szybciej. Swoją drogą kupiliśmy mu smoczek (link), do którego można wkładać owoce i teraz wesoło sobie ciumka ulubione jabłka i winogrona. Raz udało mu się otworzyć smoczek i wytarzać w przeciumkanej zawartości. Wyglądał, jakby kogoś zamordował z uroczym uśmiechem na twarzy… 😉

Swoją drogą dostałem takie zapytanie: co nie zmieniło się w Smoczyńskim od czasu jego narodzin. Bez zmian jest wciąż jego krótki, kaczy puszek na głowie (o, i zdradziłem część nazwy Buntu Kaczek ;)).

W wolnej chwili (lub też w akcie desperacji po ostatnich miesiącach w zabieganiu) udaliśmy się do naszego Cichego Zakątka, a ten z radością przywitał nas przepysznymi jeżynami! Wykopałem z plecaka siatkę i uzbieraliśmy ich nawet sporo. Smoczyński miał wyjątkowo smaczny mus z owoców oraz kompot, a my z Połówką mieliśmy bardzo dobre ciasto! 🙂

Ze świata komputerów: niedawno 25-te urodziny obchodził Debian (jedna z dystrybucji systemu Linux). To więcej niż ja mam! Niesamowite, że dzięki oddaniu ludzi dokładających swoją cegiełkę do linuksowej społeczności ten system wciąż istnieje, rozwija się i osiąga rzeczy, o których twórcy nie myśleli 25 lat temu (jak na przykład fakt, ile gier wychodzi co miesiąc na różne dystrybucje Linuksa).

Dowiedziałem się też o istnieniu strony internetowej, która ma za zadanie uświadamiać, czymś są DRM (Digital Rights Management) i dlaczego są one złe w świecie gier. Już sama nazwa strony – FCK DRM – powala. Jestem jak najbardziej za takimi akcjami. Tutaj macie link do strony.

Przygotowuję Kącik Techniczny na swój wielki debiut we wrześniu. Będzie się pojawiać (mam nadzieję) w każdą pierwszą środę miesiąca. Co do notek o lokalnych podróżach to musimy nadrobić nasze krótkie wypady. Niestety, ale ostatnio nie ruszamy się z domu, bo mieliśmy za dużo na głowie. Aczkolwiek Kącik Podróżniczy (bo tak nieoryginalnie będzie się nazywał) też będzie mieć premierę we wrześniu – w drugą środę miesiąca. Mam tylko nadzieję, że nie zapomnę dodać tych notek…

Pracuję też w tej chwili nad gamebookiem. Potem zrobię kontynuację gamebooka za pomocą RPG Makera. Na razie odstawiłem rysowanie, bo jestem trochę przemęczony, ale już mam plan, która seria z Pamiętników będzie na pewno ozdobiona rysunkami. :>

Ostatnio miałem trochę wolnego od gier. Tzn. nie tak, że nie grałem. Do tego musiałbym być jeszcze poważnie chory, a najpewniej martwy. 😛 Powodem tego jest fakt, że mam 12 gier do opisania. To daje mi notek na pół roku przy średniej ilości 2 notek z gier na miesiąc. Moim celem jest teraz chociaż opisać je, aby były gotowe na swój wielki dzień. Za szybko gram w gry, nie nadążam z opisywaniem! 😀

W tym czasie razem ze Smokiem naparzaliśmy w Saints Row: The Third. Nagrałem kilka migawek z różnych błędów, które się wydarzyły, ale to tyle z mojej strony. Wpisu o tej wybitnej grze nie będzie póki co. 🙂 Oto najciekawszy bug gry, pozostałe są na moim kanale na Youtube.

Zamierzam na dniach przetestować nagrywanie i zabrać się za Yooka-Laylee. Najpewniej będzie to raptem kilka, kilkanaście minut, bo pewnie zje mnie trema, czy coś… 😉

Swoją drogą piszę o tym, bo dzięki temu pamiętam, co mam zrobić! Te notki to taka lista rzeczy do zrobienia dla mnie. 😀 Bo zwyczajne listy na mnie nie działają…

Przyznam się też, że zrobiłem listę pomysłów na bloga, które mniej lub bardziej będę realizował. Pierwszym z nich będzie po raz kolejny posprzątanie na podstronce Gry, aby posegregować niektóre tytuły (jak np. Castlevania) na serie, a pod nimi będą wymienione pozycje, które przeszedłem. No i uzupełnienie ikonek gier, bo trochę ostatnio zjadło mnie lenistwo i po prostu mi się nie chciało. 😛

Połówka zakupiła ostatnio trzy używane dyski talerzowe i jeden o wielkości 1 TB trafił do mnie. Pozostałe dwa są praktycznie nowe, a mój trafił się uszkodzony. Dysk idzie do reklamacji, ale ja w ramach pocieszenia dostanę dysk SSD 1 TB! W końcu! Jakby tego było mało to do dysku dołączona jest gra także jestem bardzo szczęśliwy i zmotywowany do dalszych działań. 🙂

Jeszcze Połówka ostatnio potwierdziła, że zgadza się na Playstation 4, bo znalazłem grę, którą współtworzyło Studio Ghibli… 🙂 Także mam tak przeogromny zaciesz na twarzy, że chyba mi kąciki ust pękną. 😀

Na sam koniec zdradzę wam mój niecny plan: mamy zamiar z Połówką (chociaż Połówka jeszcze o tym nie wie) zabrać Smoczyńskiego do lasu, założyć mu butki i wypuścić na wolność… No dobra, za rączkę się z nim tam przejść. 😉 Byłby to pierwszy raz samodzielnego chodzenia poza domem. Napiszę wam, czy mu się podobało… 😉

Mefisto

#132. Beholder 2 Beta

881000_20180809072253_1

Szukając przecen na gry, natrafiłem przypadkiem na ciekawą wiadomość jaką jest fakt, że Warm Lamp Games przygotowuje kolejną i – jak się okazuje – ciekawą opowieść, w której my, wcielając się w Evana Redgrova, dostajemy się do ministerstwa i sprytem lub podstępem pniemy się po stopniach władzy.

Obecnie dostępna jest wersja beta gry – dodana automatycznie do konta Steam, jeśli posiadasz pierwszą część Beholdera lub do ściągnięcia z ich strony (link do strony, bezpośredni link do gry).

Spotykamy naszą postać w jego pierwszym dniu w pracy w mieście Helmer. Zostaliśmy przeniesieni. Spotykamy tam bardzo miłego i uczynnego George’a Hemnitza – naszego przełożonego. Przeprowadza on nas przez tutorial i pomaga nam stawiać pierwsze kroki w Ministerstwie.

Przy okazji dowiadujemy się również, że nasz ojciec, wielka szycha w Ministerstwie, został zabity. Powody jego śmierci pozostaną nieznane do momentu wyjścia pełnej gry.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Wracając jednak do naszej pracy. Musimy kierować ludzi do odpowiednich oddziałów, w których mogą wnieść prośbę, skargę, poprosić o informację albo donieść na kogoś. Za poprawne wskazanie oddziału, powodu wizyty i pokoju, w którym przyjmują otrzymuje się niewielką nagrodę pieniężną, a przy każdych 5 pomyślnych skierowaniach dostajemy także 100 punktów reputacji.

Pierwszy dzień mija spokojnie – zapoznajemy się z pracą i współpracownikami. Kiedy jednak znajdziemy się w domu po ciężkim dniu pracy, odwiedza nas stary znajomy ojca, który przyznaje się, że załatwił nam przeniesienie i oczekuje od nas, abyśmy byli tam jego uszami. Od tego momentu wpadamy w sieć intryg: publiczna egzekucja George’a niosąca za sobą możliwość awansu, o który mamy walczyć z innymi pracownikami. Możemy pracować ciężko, ale możemy też pozbyć się pretendentów do stanowiska podrzucając im różnorakie, nielegalne przedmioty.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Chociaż udostępniony jest jedynie kawałek gry to już wiem, że na pewno ją kupię. Beholder wciągnął mnie na tyle, że przeszedłem go przynajmniej dziesięć razy i czuję, że będzie tak samo będzie w przypadku kolejnej części opowieści w tym dziwnym, totalitarnym świecie. W szczególności, jeśli ma takie wymagania systemowe:

Screenshot at 2018-08-09 18-02-57

Premiera wypada na koniec 2018. Czekam z niecierpliwością!

Mefisto