#219. Ken Follett’s The Pillars of the Earth – Book 2

Księga Druga – Siejąc Wiatr (Book Two – Sowing the Wind)

Kolejna księga zabiera nas na drugą stronę medalu, gdzie poznajemy losy rodziny hrabiego z Shiring – Alieny i Richarda. Pierwsze rozdziały pozwalają nam zapoznać się z ich historią nim opowieść zabierze nas kilka lat w przód i pchnie w ramiona coraz bardziej napiętej fabuły.

W tej księdze mamy nową postać, którą możemy kontrolować: Alienę. W poprzedniej księdze mogliśmy ją zobaczyć, jeśli Jack zabrał Marthę, aby zobaczyła „księżniczkę”.

Nasza przygoda zaczyna się kilka tygodni po najeździe, gdzie dzieci hrabiego trzymane są w niewoli. Niegdyś przytulny pokój Alieny świeci pustką, podkreślając, że rodzina Hamleighów odebrała jej wszystko. William wzywa dziewczynę do siebie, a po drodze nasz były służący informuje nas, że ukrył broń na murach tak jak prosiliśmy dając nam cień szansy na ucieczkę.

234270_20180826083431_1

Nasz oprawca informuje nas, że mamy ruszyć tyłek i poszukać mu jedzenia (oczywiście mniej dyplomatycznie niż ja to teraz robię), co też czynimy. Udaje nam się porozmawiać z bratem, który uwięziony jest przy stajni. Daje on nam do zrozumienia, że tygodnie głodówki pozwoliły mu się wyślizgnąć z kajdanów i gotów jest do walki. Prosimy chłopaka, aby wstrzymał konie i nie dał się zabić.

Wracamy do Williama z bochenkiem suchego chleba, a ten wścieka się. Po chwili do pomieszczenia wpada Richard, który dostaje bęcki od syna Hamleighów. W całym zamieszaniu nasz wierny służący zostaje zabity, Richard kończy z częściowo uciętym uchem, a rodzeństwo zostaje uwięzione w stajni. Aliena szybko wydostaje się z więzów, odnajduje ukrytą broń i zabiera osłabionego brata do Winchester, gdzie uwięziony jest ich ojciec. W międzyczasie padamy ofiarą złodziei i tracimy konia, ale udaje się nam wypalić ranę brata ratując mu tym samym życie.

Docieramy do Winchester i tam udaje się zobaczyć ojca na chwilę przed jego śmiercią. Wygłodzony i umęczony mężczyzna wymusza na Alienie i Richardzie, aby przysięgli, że odzyskają hrabstwo z rąk Hamleighów. Dowiadujemy się również, że przekazał on sakiewkę z pieniędzy zakonnikowi chcąc zapewnić dzieciom jakiś start w ich wyprawie. Odnajdujemy duchownego, który zdążył sporą część pieniędzy przepuścić na kobiety i alkohol. Odczywiście musimy mu trochę pogrozić, aby oddał to, co zostało.

Rodzeństwo, zgodnie z wolą ojca, udaje się do ciotki i wujka, ale na miejscu znajdujemy tylko spaloną chatkę. Ostatecznie postanawiamy zacząć handlować wełną, aby uzbierać fundusze na naszą walkę z Hamleighami. Chociaż nasza pierwsza transakcja kończy się dla nas ze stratą, otrzymujemy propozycję od Philipa, aby przybyć do Kingsbridge i rozpocząć współpracę z zakonnikami.

Historia posuwa się pięć lat do przodu. W tle pierwszej sceny maluje się zarys katedry, który powoli zaczyna nam uświadamiać, jak niewiele brakuje, aby ją ukończyć. Wiele zmieniło się od tej pory: Jack został uczniem budowniczego Toma, a Alfred został głównym kamieniarzem. Mimo iż oboje dorastali razem to jednak widać walkę między młodymi mężczyznami. Tym razem jednak polem bitwy jest piękna Aliena. Aczkolwiek gra daje nam szybko do zrozumienia, że serce dziewczyny należy do Jacka.

W tym samym czasie dowiadujemy się, że hrabstwo Shiring zaprzestało pomocy w budowie katedry zwiększając dwukrotnie ceny za kamień i drewno. Oznacza to, że budowa może w każdej chwili zatrzymać się, a wielu ludzi stracić pracę.

Aliena wychodzi z porpozycją, że odkupi wełnę od zakonników, aby sfinansować pensje robotników i jednocześnie zapewnić ekwipunek dla swojego brata, który walczy u boku króla Stephena, aby zyskać jego uznanie i odzyskać odebrane ziemie. Philip udaje się z dziewczyną do Shiring, aby porozmawiać z hrabią. Tam jednak czeka ich zaskoczenie, gdyż hrabią okazuje się William Hamleigh pod kontrolą biskupa. Zostajemy oskarżeni o stworzenie nielegalnego targu, więc nasz rezolutny kapłan leci do Lincoln, na pole walki, aby pomówić z królem na temat licencji.

234270_20180826122838_1

Król początkowo odmawia, ale po przegranej bitwie zmienia jednak zdanie i odtąd legalny targ na terenie klasztoru potraja przychód zakonu. Wszystko zdaje się iść w dobrą stronę: Tom realizuje się jako ojciec Jonathana, mimo iż robi to z boku, Jack i Aliena, recytując erotyk, robią krok w przód i zbliżają się do siebie.

234270_20180826125221_1

Nie trwa to jednak długo, bowiem William Hamleigh pojawia się znikąd niszcząc i mordując wszystkich na swojej drodze. Wykrada on zwłoki świętego, tratuje Toma sprawiając, że ten nie jest w stanie dłużej pracować. Dwóch mnichów zostaje zabitych (w tym Arnoldus, którego Jack obiecał pochować). Philip ogłasza, że Jack, wbrew jego woli, zostaje przyjęty do klasztoru. Aliena, zmuszona przez Williama do patrzenia, jak niszczy jej dorobek i morduje przyjaciół, załamuje się. Dziewczyna po kilku dniach powiadamia Jacka, że wychodzi za Alfreda, aby ten finansował misję jej brata. Zrozpaczony mężczyzna napada budowniczego i zostaje zamknięty w młynie.

Ellen, jego matka, pomaga mu uciec i opowiada o jego ojcu, który przybył z Francji. Chłopak postanawia się tam udać.

Dalej możemy obserwować nieudane małżeństwo Alieny i Alfreda oraz jej rosnący brzuch: dowód miłości między nią a Jackiem. Po zniszczeniu targu przychód zakonu zmalał, więc zwiększono tempo, aby wyrobić się z czasem. Niestety prowadzi to do zawalenia się części katedry. Ostatecznie Alfred i Aliena rozstają się, bowiem mężczyzna starał się jak mógł niczego nie wymagając w zamian, ale to nie zadowalało dziewczyny.

234270_20180826144748_1

Aliena z dzieckiem ruszają w pogoń za Jackiem, za prawdziwą miłością swego życia.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Mefisto

Reklamy

#218. Wędrowiec z Krańca Czasu cz.5 – Pierwszy kryzys

Pośród codziennego pośpiechu Japeś nie zauważył, że nadeszła zima. Dopiero białych puch pokrywający dobrze znane mu uliczki przypomniał młodzieńcowi o tym, że czas wciąż pędzi przed siebie ciągnac cały świat za sobą. Minął już rok odkąd Wędrowiec przybrał ludzką postać i żył ludzkim życiem, które, mimo jego starań, nie było ani trochę proste.

Chociaż w ciągu tego roku jego destrukcyjne zapędy zmalały, nie oznaczało to, że w stresujących sytuacjach lub chwilach nieuwagi nie zrobił czegoś, o czym później szumiał internet. O bogowie – dobrze, że chociaż w domu mógł wysadzać naleśniki i nikt nie zakładał mu fanklubów w internecie z tego powodu!

21.07.2019_01-32-52

Praca powoli stawała się udręką. Na każdym kroku znajdował się ktoś, kto oczekiwał od niego, że zrobi coś szalonego. I ilekroć Japeś starał się zachowywać normalnie, tym bardziej mu to nie wychodziło, a im bardziej mu to nie wychodziło, tym bardziej czuł się przytłoczony tym wszystkim. A tłum wiwatował!

W pewnym momencie po prostu pękł, udał się do dyrektora placówki i zagroził mu, że jeśli nie dostanie urlopu to zdzieli go mopem. Starszy mężczyzna, widząc desperację młodzieńca, ugiął się pod jego żądaniem i wysłał go na kilkudniowy urlop. Nawet nie wpominał o tym, że Japeś wcale nie musi mu grozić, aby dostać wolne – w końcu nawet jego umowa o pracę dawała mu ten przywilej, ale dyrektor doskonale wiedział, że tego chłopaka, uzbrojonego po zęby w mopa, lepiej nie wkurzać.

Młodzieniec wrócił na piechotę do domu ciągnąc za sobą tego nieszczęsnego mopa. Jego myśli skupiały się jednak na ogarniającej go zewsząd presji ludzkiego życia. To wszystko zdawało się takie trudne! Dlaczego on nie może być taki jak inni? Dlaczego jego ciało kompletnie się go nie słuchało? Czy ludzie też siłowali się z własną cielesnością i po prostu mieli w tym więcej doświadczenia? Czy to on był skazany na jedno ludzkie życie bez żadnej kontroli nad czymkolwiek? Dlaczego każdy dzień był stertą nowych pytań bez żadnych odpowiedzi?

Dotarwszy do domu zauważył w swojej dłoni mopa, którego ani trochę chciał odwozić do pracy, więc zaszedł na najbliższą pocztę i wysłał go z powrotem do szpitala. Z początku pani z okienka była nieco zdziwiona, ale ostatecznie przykleiła kartkę z adresem i znaczek. Japeś miał tyle desperacji w spojrzeniu, że nie śmiała mu odmówić.

Wyobraźcie sobie teraz minę personelu szpitala, kiedy zaginiony mop dotarł do szpitala wraz z codzienną pocztą!

Wędrując uliczkami zastanawiał się dlaczego te wszystkie dziwne rzeczy działy się wokół niego. Jakby los uwziął się na niego i podrzucał mu pod jego koślawe nogi coraz większe kłody, a on, mimo starań, wywracał się i coraz mocniej obijał sobie twarz.

Z jego ust uciekło głośne, pełne bólu westchnięcie. Jednak ludzkie życie nie było takie fajne jakby się to zdawało.

Dzień miał się ku końcowi, więc ruszył w stronę domu. Kiedy jednak dotarł na swoją ulicę, dotarł do niego niesamowity zapach, a uszy i umysł opanowała wesoła muzyka. Chcąc nie chcąc ruszył w stronę parku, gdzie wciąż trwał festiwal jedzenia. Wieczorny mrok rozświetlały lampiony, a ludzie krążyli od stoiska do stoiska degustując przeróżne potrawy.

21.07.2019_01-39-08

Japeś postanowił zrobić to samo i wyruszył w swoją kulinarną wędrówkę opychając się wszystkim, co wydało mu się atrakcyjne. Spróbował nawet curry, które najpewniej wypaliłoby mu dziurę w żołądku, gdyby odważył się zjeść je do końca.

21.07.2019_01-37-24

Wędrowiec poczuł się dziwnie spokojny. Ta chwila błogiego relaksu zdawała się lekiem na jego problemy egzystencjalne. Prawdopodobnie był to jednak lek krótkotrwały, ale tym przecież mógł się przejmować później. Póki co wędrował od kuchni meksykańskiej do indyjskiej.

Pośród tej podróży wpadł na nią: dziewczynę, która tak jak on korzystała z wolnej chwili. Oboje spojrzeli na siebie zaskoczeni i rozbawieni. Spojrzenia przeszły w krótką rozmowę, krótka rozmowa w ciekawą dyskusję, a dyskusja w jej monolog. Słuchał słów lejących się z jej ust jak potok i chociaż był tak blisko niej czuł się jakby był gdzieś daleko. Ona opowiadała mu o swoim życiu, o swoich problemach, a on kiwał lekko głową i chłonął wszystko jak gąbka i wędrował myślami po fragmentach jej życia, które przed nim odsłoniła.

21.07.2019_01-45-43

Stoiska powoli zaczęły się zamykać, ona pożegnała się pośpiesznie i uciekła, a Japeś został tam, gdzie siedział wpatrując się w miejce, które jeszcze nie tak dawno zajmowała. Kiedy dotarło do niego, że poszła, zdał sobie sprawę, że nie zapytał jej o imię ani o numer telefonu…

Mefisto

#217. Bardzo długa notka

Nie wiem od czego zacząć notkę, więc zacznę ją od ostrzeżenia, że będzie długo. Raz, że ostatnia pamiętnikowa notka była dwa miesiące temu, dwa, że, jak zawsze, działo się więcej niż ustawa mogłaby przewidywać.

W życiu mamy strasznego pecha do ludzi. Pod nami mieszka para w wieku około 50 lat. Ona pracuje, on nie, ale to średnio istotne w tej historii. Ważne jest to, że przeszkadza im nasze dziecię, ale oczywiście nic nie powiedzą tylko nawalają muzyką, stukają, pukają i odwalają inne cuda na kiju – wiecie: dają nam znać jak na dorosłych i odpowiedzialnych ludzi przystało. Sam poszedłem, zapytałem i dostałem potwierdzenie, że przeszkadza, więc chcąc być dobrymi sąsiadami, wyciszyliśmy co się dało. Nawet zrezygnowaliśmy z korzystania z pokoju dziennego na jakiś czas, aby nie drażnić bojowych staruszków. I to tylko część rzeczy do naszych norm, których przestrzegaliśmy od początku, aby żyło się nam wszystkim miło.

Oczywiście sprawiło to tylko to, że jeszcze bardziej się zaczęli tłuc i wydłużyli swój repertuar do niemal 23. Wiadomo: jak ktoś stara się, aby było lepiej to musicie komuś zrobić na złość za to. Na szczęście Smoczyński ma mocny sen i szczerze wywalone na poczyniania naszych sąsiadów.

I żeby nie było – nie pozwalamy Smoczyńskiemu być głośno. Nie skacze po podłodze, nie tupie i nie robi wiele innych rzeczy, które dzieci normalnie mogłyby robić (za co dostaliśmy już ochrzan, że on ma do tego prawo i nie można mu nie pozwalać). Oni za to udowadniają mi, że najwięcej hałasu mają w głowach, bo najczęściej tłuką się, kiedy nasze dziecię siedzi na podłodze i składa kartonowe pudełka (ma nowe hobby) albo ogląda bajki, albo bawi się na łóżku, albo śpi, albo nawet go nie ma w domu.

Rozmawialiśmy o tej sytuacji z naszą family support worker (coś jak pracownik socjalny – wyjaśnię za moment dlaczego ją mamy) oraz health visitor (coś jak położna/pielęgniarka od dzieci, która wizytuje nas do 2 urodzin dziecka, a niekiedy dłużej). Health visitor była zdziwiona jak się dowiedziała, że my staramy się schodzić im z drogi, bo, cytując, „to jego dom i on ma prawo czuć się w nim dobrze, to oni muszą się dostosować”. Trochę tego nie popieram, bo chciałbym normalnie współżyć w ludźmi, ale jak widzę jak się oni zachowują mimo naszych starań to ciężko mi się z nią nie zgodzić…

Starałem się być miłym sąsiadem, ale skoro oni nie chcą to po prostu będę żył tak, abym się czuł dobrze. Szacunku się nie dostaje tylko się na niego zasługuje. Owszem – nie jestem bydlakiem i nie będę im teraz na złość robił, ale cytując family support worker: „zrobiliśmy więcej niż ktokolwiek by zrobił na naszym miejcu”, health visitor: „oni muszą się z tym pogodzić”, moja matka: „jak im się nie podoba to mogą wypie… wyprowadzić się”. 🙂 Oczywiście jeśli przyjdą ze mną porozmawiać to z miłą chęcią spróbuję rozwiązać ten problem, ale bądźmy szczerzy: raczej nie przyjdą…

Wróćmy jednak do tematu family support worker. Poprosiliśmy jakiś czas temu naszą health visitor o pomoc, bo Smoczyński ma swoje problemy (nie wiemy jakie, ale to może być i autyzm, i ADHD, i wszystko co ma podobne objawy – na razie czekamy na diagnozę), a wtedy też i my byliśmy przytłoczeni, bo tamten dom okazał się ruiną, agencja nas męczyła, nachodziła, zgubiła nasz jeden czynsz nawet, w pracy dręczyła mnie już-na-szczęście-eks-menadżerka, więc zaproponowano nam kogoś takiego, kto może pomóc nam wszystkim ze wszystkim.

Spotkaliśmy B., która była wielką pomocą, kiedy musieliśmy się przenieść. Potem przekazała nas do N., która ma nas pod skrzydłami cały czas. N. szybko zauważyła, że Smoczyński ma problem i my to widzimy, ale nikt nas za bardzo nie słucha. Przynosiła nam specjalne zabawki dla niego, zabierała nas na grupy zabaw i powoli potwierdzała przypuszczenia, że naszę dziecię ma jakiś problem. Posłuchaliśmy jej o poszliśmy do lekarki, a ta poobserwowała Smoczyńskiego i stwierdziła, że rzeczywiście trzeba nam pomocy specjalisty. Czekamy teraz na skierowanie do pediatry, aby kontynuować diagnozę. Czekamy też na wizytę u logopedy, aby pomóc małemu z mową, bo ja zdechnę jak się nie dowiem, co to jest ten „babałaj” (coś z japońskiej piosenki, ALE CO?).

Przy okazji wraz z health visitorką załatwiła nam miejsce w grupie, gdzie są „dzieci ze specjalnymi potrzebami”, bo tam mogą nam pokazać jak bawić się z dzieckiem, aby go rozwijać. Chociaż N. powiedziała, że jest pod wrażeniem naszych postępów, bo mimo wyraźnych trudności Smoczyński nie odstaje dużo od swoich rówieśników. Może tylko mało mówi, ale to jest ciężka rzecz, kiedy brakuje mu odpowiedniej ilości koncentracji. Staram się walczyć o jak najlepsze wsparcie dla niego, bo wiem, że brak odpowiedniej pomocy ma bardzo dużo konsekwencji w przyszłości…

Ostatnio jednak trochę nadrobił zaległości w mowie i powiedział swoje pierwsze zdanie: „daj jeść”. No dziecko Połówki po prostu – wiecznie głodne! 😂

Skoro wciąż jesteśmy w temacie mojego dziecka to wychowałem sobie posłusznego buntownika. 😀 Żeby to zobrazować: ostatnio ubzdurał sobie, aby nam uciekać z sypialni, kiedy śpimy. I oczywiście leci do pokoju dziennego, zamyka bramkę zamontowaną po to, aby nie uciekł z tegoż pokoju i się tam bawi. No człowieki kochane! On zwiewa nam do pokoju przygotowanego specjalnie dla niego, gdzie jest w miarę bezpiecznie. 😀 I oczywiście śmieje się swoim złowieszczym śmiechem, jakby conajmniej kota w tyłek ugryzł, jak gdyby złamał wszystkie pieczęci i uwolnił Krakena, jakby otworzył wrota piekieł, aby dokonać ostatecznego zniszczenia świata, a on tylko zwiał do pokoju bezpieczniejszego niż sama sypialnia. No mistrz po prostu! 😂 Ale przynajmniej złapany na gorącym uczynku nie protestuje tylko wraca do sypialni.

Smoczyński popsuł też swój telefon. Wciąż rosną mu zęby, więc okazjonalnie gryzie wszystko, co się da. Ostatnio dziabnął też telefon i poszedł ekran… A myśmy mu smarowali dziąsła paluchami – jakby ugryzł to by odgryzł. 😱

Kupiliśmy nowe mebelki… Jednym z nich jest nowe, duże biurko dla mnie. 🙂 I wygodne krzesło, na którym i tak siedzę jak jakaś konstrukcja klocków z tetrisa… Ale nowością biurka nie nacieszyłem się długo – moja podkłada pod mysz się stopiła i zostawiła ślad. 😱 Nawet nie wiem od czego to się stało!

Złożyłem też aplikację o pożyczkę na studia. Było z tym sporo problemów, bo z jakiś powodów mogłem starać się tylko połowę kwoty. Zadzwoniłem na infolinię i tam mi powiedziano, że to normalne. 😮 Musiałem tylko zaznaczyć, aby automatycznie zwiększono kwotę pożyczki przy zmianach wprowadzonych przez uniwersytet i poinformować uniwersytet, aby zmiany te wprowadził. Zrobiłem to i dostałem info, że jak tylko moja pożyczka pojawi się w ich wspólnym systemie to to zrobią. Ostatnio mi wyskoczyło, abym potwierdził, że jestem Europejczykiem, więc muszę wysłać im moje dokumenty (ID i akt urodzenia). Po tym powinno być już wszystko! 🙂

Udało mi się też w końcu dogadać z instruktorem jazdy i od września będę się uczył jeździć. 🙂 Żałuję, że nie udało się tego załatwić wcześniej, ale na wakacje zawsze są tłumy chętnych. Mam tylko nadzieję, że będę lepiej jeździł niż w grach… 😛 Jeśli nie to bójcie się wszyscy wy, którzy znajdziecie się przede mną na drodze! 😂

Połówka przekonała mnie do założenia profilu na stronie mowned, gdzie można stworzyć listę swoich telefonów, które się miało. Zrobiłem listę i wspominaliśmy sobie tamte czasy, pogadaliśmy o telefonach i o ludziach. W sumie to głównie jaraliśmy się emo, ale to takie w naszym stylu. 😂

Jeśli chodzi o gry to jestem wkurzony. Gram sobie obecnie w Kingdom Come: Deliverance i jest to gra ciekawa, ale zbugowana aż po ostatnią linijkę kodu. Grałem sobie przez 53 godziny (nie pod rząd oczywiście 😂) i nagle zniknął mi zapis gry, a sama gra się nie włączała… Jak mi się udało ją odpalić to pograłem chwilę od początku, a potem coś znowu się wykrzaczyło i gra bez względu na ustawienia graficzne wisi mi na 14fpsach, a jest zbyt dynamiczna i podczas walki nic nie widzę. Nie było żadnej aktualizacji, czy czegokolwiek co mogłoby to popsuć. Z tego, co czytałem to sporo graczy tak ma i trzeba to po prostu przeczekać. To tak jakbym miał ciche dni z grą. 😯

No i chcąc nie chcąc muszę się z tą grą na razie pożegnać – przynajmniej aż jakaś aktualizacja wyjdzie…

Wróciłem do Dragon Age Inquisition, bo tak jakoś wyszło, że jej nie skończyłem i o niej zapomniałem. Gra się chyba na mnie mści, bo co chwilę wpadam w jakąś dziurę, z której nie mogę wyjść, wpadam w tekstury, przeciwnik zrzuca mnie z samej góry i większość czasu tarabanię się na górę… No człowieki kochane! Ja chcę tylko w spokoju pograć! 😂

Ze spraw blogowych: mam trochę bajzel w moich pomysłach, ale postanowiłem małymi kroczkami wziąć się za ich realizację. Pierwsza rzecz: chcę spróbować zrobić mapę lokalnych podróży i wstawić ją zamiast linków. Trochę tak smutno to wygląda, a ja chcę mieć wesołego bloga (skąpanego w ciemnych barwach, bo mnie oczy od jasnego koloru bolą). 😀 Mapa będzie nietypowa, więc mam nadzieję, że WordPress mi na to pozwoli, bo jak nie to będę musiał kombinować.

Druga rzecz: marzy mi się nowy wygląd bloga. 🙂 Oczywiście ciemny, bo oślepnę. 😂 Ale nad tym jeszcze pomyślę, bo muszę najpierw sam uzgodnić ze sobą, co bym chciał, a to dosyć trudne…

Powoli kończę też sprzątanie nowego biurka (nawet nie wiecie jaki ja tutaj mam chaos), więc niedługo skończą mi się wymówki do rysowania. I obiecuję sobie, że będę rysować pół godziny dziennie dla relaksu. Jeśli dobrze pójdzie to może nawet wezmę się za jakieś poważniejsze rysunki, skończę grę paragrafową albo zajmę się rysowaniem komiksów… Chciałbym mieć tyle motywacji to robienia czegoś, ile mam do obiecywania sobie, że to zrobię… 😛

Jako, że ta notka ma już z kilometr, zostawiam Was z wesołym Totoro! 😉

totoro

Mefisto

#216. Kącik Podróżniczy nr 11

BRISTOL AQUARIUM

map

Obiecaliśmy Smoczyńskiemu wizytę w oceanarium i słowa dotrzymaliśmy. Chociaż napotkaliśmy się z przeciwnościami losu, udało się jednak zawitać do Bristol Aquarium, czyli niezwykłego miejsca pełnego morskich żyjątek i nie tylko!

Jako że przy oceanarium nie ma parkingu, zatrzymaliśmy się przy College Green i podreptaliśmy na piechotę mijając autobusy oraz ciężarówki. Właściwie to zatrzymywaliśmy się co chwilę, bo Smoczyński musiał się za każdym wielkim pojazdem obejrzeć.

Udało się nam jednak sprawnie dotrzeć do oceanarium, zakupić bilety i wyruszyć w podwodną podróż.

Smoczyńskiemu nie spodobał się fakt, że od tych wszystkich żyjątek dzieli go grube szkło. Wiadomo: tyle wody, tyle rybek, a on po drugiej stronie zmuszony jedynie do patrzenia. Szybko jednak pogodził się ze swoim losem i wpatrywał się w wodne żyjątka. Momentami zdawał się niezainteresowany, ale to tylko dlatego, że niektóre okazy bardzo mocno zlewały się z otoczeniem lub odpoczywały ukryte pośród roślinek.

W oceanarium znalazły się też okazy trujących żab, pająki, a nawet roślinność przywieziona z różnych zakątków świata. Były też rafy koralowe i podwodny tunel, gdzie rybki spokojnie pływały nam nad głowami. Warto też zerknąć na „wklęsłe akwarium”, gdzie możemy usiąść na szybie i poczuć się jak byśmy byli w środku oraz na „żłobek”, gdzie pływają malutkie okazy rybek, a w tym młode koniki morskie.

I tak: była Dory i był Nemo. 😀 Dory pływała jakby miała motorek pod płetwami!

O różnych porach dnia można natrafić na różne atrakcje, a w tym karmienie rybek pod czujnym okiem pracowników. Smoczyńskiemu przypadła do gustu płaszczka, która domagała się przysmaków. Myśmy przybili z nią tylko piątkę przez szybę i poszliśmy obserwować żółwia, który stał pod miniwodospadem i moczył sobie głowę. 😀

Oceanarium nie jest duże – da się je przejść w godzinę. Bilet jest ważny przez cały dzień (aż do ostatniego wejścia czyli do 17), więc można wyjść i wrócić jeszcze raz, np. na atrakcję zaczynającą się o konkretnej godzinie, a w międzyczasie pokręcić się po innych ciekawych miejscach znajdujących się w okolicy.

Wypad nam się bardzo podobał. Smoczyńskiemu chyba najbardziej – w końcu tyle nowych, rybich kumpli spotkał! Żałuję jedynie, że nie spojrzałem jakie tam są atrakcje to może załapalibyśmy się na więcej niż jedną. Dlatego też będziemy musieli wybrać się jeszcze raz, co na pewno naszemu wodnemu Smokowi przypadnie do gustu. 🙂

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Mefisto

 

#215. The Long Dark – Episode 1 & 2 (redux)

305620_20190705205301_1

Ta gra napawa mnie smutkiem i radością jednocześnie. Smutkiem, bo wciąż są tylko dwa epizody. Radością, bo są cholernie dobre po tym, jak je zrobiono od nowa. Panowie. Panie. Panie. Panowie. Oto redux The Long Dark!

W ten tytuł miałem przyjemność już zagrać w formie sandboxa, a potem przeszedłem dwa pierwsze epizody. Niedawno zebrałem się i zagrałem po raz kolejny, ale nie doczytałem i nie wiedziałem, że zrobiono na nowo tylko dwa pierwsze epizody do momentu, aż sama gra mi o tym powiedziała.

Twórcy spotkali się z lekką krytyką pierwotnej wersji historii (bo w sumie opierała się ona na przynieś, odnieś, idź dalej). Postanowili więc ją poprawić i, o bogowie, wyszło im to świetnie. Jak wcześniej byłem zakochany, tak teraz jestem już nieuleczalnie chory z miłości.

Nie zmieniono ogółu historii, ale dodano nowe elementy, które nadały opowieści większą spójność. Przynieś, odnieś, idź dalej wciąż egzystuje w tej grze, bo koniec końców celem gry jest wędrować przed siebie, ale zamiast latać na każdej lokacji po drewno, jedzenie i medykamenty, szukamy teraz nadajników, wisiorków, czy odpowiedzi na wiele pytań… Mamy nawet kilka misji pobocznych!

Wciąż podążamy tym samym szlakiem: zorza powoduje brak prądu, rozbijamy się samolotem, idziemy do Milton, tam spotykamy Szarą Matkę (Grey Mother), pomagamy jej, ona pomaga nam, idziemy dalej, spotykamy myśliwego, pomagamy mu, nawalamy się z niedźwiedziem, idziemy dalej… Z niedźwiedziem bitka była tak intensywna, że dostałem szlaban na spotykanie się z nim, bo byłem za głośny.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Jest jednak zasadnicza różnica: pojawiają się szczegóły, których nie było kiedyś: rozbity autobus z przestępcami jadącymi do innego więzienia, ich udział w tragedii w Milton, niesamowicie trudny dla nas wybór, kiedy odnajdujemy jednego z nich. Mamy postać Methuselah pojawiającą się znikąd, aby działać na nas jak głos naszego sumienia, rozważająca na temat naszego postępowania, ale nie oceniająca nas, bo każdy wybór jest tak samo zły i dobry w określonych warunkach. A czasem wybór jest tylko i wyłącznie kwestią naszego przeżycia i nie ma w nim miejsca na moralność…

Jestem oczarowany tym, jak świetnie poszło im przerobienie pierwszych dwóch epizodów. Historia jest świetna, poruszająca… Dlatego chyba tak rozpaczam, że nie ma kontynuacji. Każdy, kto czytał dobrą książkę wie jaki to ból, kiedy opowieść się kończy, a kolejna jeszcze nie jest wydana.

Czekam z niecierpliwością na kolejne kawałki opowieści. Mam nadzieję, że nastąpi to już niedługo!

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Mefisto

#214. Kącik Techniczny nr 11

Czy wiecie czym jest skalpowanie procesora (po angielsku: delidding)? Ja do nie dawna też nie wiedziałem, a ostatnio miałem okazję zobaczyć to na własne oczy.

Procesory Intela od 3-ciej generacji i nowsze (tańsze) procesory AMD mają na rdzeniu położoną pastę termoprzewodzą. Oznacza to, że po jakimś czasie pasta wysycha, a wtedy procesor zaczyna osiągać wyższe temperatury. Skalpowanie pozwala nam wymienić starą pastę, aczkolwiek niesie za sobą ryzyko, że możemy uszkodzić rdzeń i popsuć procesor lub też stracić gwarancję (jeśli takową jeszcze mamy).

Pierwszym krokiem jest zakupienie sprzętu: gilotyny do skalpowania procesorów, imadła do ściśnięcia procesora po zabiegu, silikonu, aby skleić później procesor w jedną całość, przezroczysty lakier do paznokci oraz odpowiednią pastę termoprzewodzącą.

Procesor umieszcza się w gilotynie i kręci kluczem, aż IHS (srebrna pokrywa na procesorze) puści. Na PCB (zielonej płytce) będziemy mieć odsłonięty rdzeń, z którego należy usunąć resztki starej pasty. Trzeba to zrobić delikatnie, ponieważ jedna rysa i procesor może przestać działać.

Kolejny krok to zapezpieczenie elementów na PCB przez pomalowanie ich lakierem.

Następnie nakładamy pastę. W moim przypadku był to płynny metal, bo jest ma lepsze możliwości wewnątrz procesora i jest polecany przy skalpowaniu.

Na koniec, przy użyciu silikonu, przyczepiamy IHS z powrotem do PCB i wsadzamy go do imadła, aby tym razem go ścisnąć. Chociaż producenci silikonu i płynnego metalu rekomendują odczekanie 2 godzin, warto im dać więcej czasu (u mnie było to niemal równe 24 godziny).

IMG_20190731_233314.jpg

Operacja się udała – pacjent przeżył i osiąga troche niższe temperatury niż przed zabiegiem (wcześniej skakły nawet do 80 stopni, teraz maksymalnie 68). Chociaż trochę się martwiłem (pomimo planu B w postaci kupienia nowych komponentów) to jednak nie był to trudny zabieg. Wymaga on jednak sporo precyzji, bo jak już napisałem wcześniej: jedna rysa i koniec zabawy…

Mefisto

#213. Azjatyckie Łakocie cz.9

Pośród półek ze słodyczami udało mi się znaleźć Shin-chanowe chrupki. Jako, że Shin-chana uwielbiam to chrupki sprawiły radość nie tylko moim oczom, ale i sercu. 😀 Dziękuję temu, kto je wymyślił i temu, kto sprowadził je do Anglii.

W smaku są całkiem dobre – lekko czekoladowe, ale bez przesady. To właśnie lubię w słodyczach znalezionych w chińskim sklepie – nie są one w żadnym stopniu przesadzone. Po prostu są w sam raz.

Smakują trochę jak płatki śniadaniowe. Z tego tytułu pewnie zjem je kiedyś z mlekiem.

Cóż mogę rzec – zdecydowanie polecam! W szczególności, że w środku są naklejki z motywami z Shin-chana… :>

Mefisto