#156. Hitman: Patient Zero

236870_20171226012537_1

Patient Zero z medycznej terminologii odnosi się do pierwszego udokumentowanego przypadku zachorowania w przypadku epidemii nowej, zaraźliwej choroby. Zdradza to zatem fabułę dodatkowego rozdziału przygód Agenta 47, który w tym wypadku ma za zadanie zmierzyć się z sektą będącą w posiadaniu niebezpiecznego wirusa.

Pierwsza misja wydaje się prosta: zabicie liderów sekty Liberation, którzy, pod przykrywką zwykłej organizacji, szykują śmiercionośny atak na Bangkok. Po wykonaniu zadania sprawa się jednak komplikuje, bowiem śmierć naszych celów uruchamia machinę zagłady i ciągnie nas do kilku innych lokacji, gdzie w najbardziej dogodny nam sposób eliminujemy wszystkich, którzy mają coś wspólnego z zarazą. Moim ulubionym zadaniem była elimimacja potejcnalnie zarażonych ludzi, których należało zastrzelić z karabinu snajperskiego tak, aby wpadli w krzaki.

Ostatnim punktem na naszej liście jest tytułowy pacjent zero, który po zarażeniu się wirusem stał się prawdziwą bombą biologiczną. O ile poprzednie zadania były łatwe, tak tutaj pojawia się nowy przeciwnik: wirus. Dodatkowym wymaganiem tego zadania jest zapobiegnięcie epidemii, a ta bardzo łatwo wyrywała się spod kontroli. Do tego stopnia, że misję przeszedłem wystarczającą ilość razy, aby ukończyć ją w około cztery minuty, bo na pamięć znałem już korytarze i cele misji.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Krótki, choć zadawalający, dodatek jest miłym akcetem przed zagraniem w kolejną część przygód tytułowego Hitmana. Polecam!

Mefisto

Reklamy

#153. Castlevania: Lords of Shadow 2 – Revelations

Revelations to dodatek do Castlevania: Lords of Shadow 2 i zarazem ostatnia (na tę chwilę) przygoda związana z rodziną Gabriela Belmonta. DLC wyszło w marcu 2014 i opowiada historię Trevora na dosłownie chwilę przed tym, kiedy przeniesiemy się do świata nowożytniego jako potężny Dracula.

20180508004048_1

Nasza przygoda jest krótka, ale zadowalająca. Naszym zadaniem jest odzyskać bronie potężnego Draculi i umieścić je w miejscach, w których ten będzie mógł je bez (większego) problemu znaleźć. Zleceniodawcą oczywiście jest Marie martwiąca się o Gabriela.

Do dyspozycji mamy wszystkie umiejętności Trevora, różniące się od tych znanych nam z poprzednich części gry. Moją ulubioną zdolnością było wezwanie astralnego wilka, aby dostawać się w trudno dostępne miejsca. Oczywiście nasz bohater zostawał w tyle i dobrze było, jeśli w okolicy nie było przeciwników, inaczej gra zabierała nas do szacowanego wampira, aby ratować mu tyłek.

Do wykonaniu zadania z odnajdywaniem zbroi, przyszedł czas na obudzenie Draculi. Jednak kiedy ten moment nastąpił, pojawił się porucznik Zobeka. Grę wieńczy pokonanie przeciwnika i przebranie się za niego. A dalej historia toczy się już z punktu widzenia Gabriela.

Seria Castlevania jest – moim zdaniem – jedną z lepszych gier w jakie ostatnio grałem. Fabuła trzyma napięciu, trudność zadań rośnie wraz z rozwojem akcji i chociaż czasem idzie sobie palce połamać podczas wciskania przycisków do kolejnej kombinacji, to jest to warte naszego wysiłku. Poznałem historię, która tak mnie pochłonęła, że teraz rozstaję się z nią ze smutkiem. Aczkolwiek nasza rozłąka nie będzie wieczna – wiem, że do tego tytułu na pewno wrócę!

Fanom wszelkich zręcznościówek i osobom o wielkiej cierpliwości z całego serca polecam ten tytuł!

Mefisto

#150. Celestian Tales – Old North: Howl of the Ravager

Screenshot at 2018-02-06 23-00-26

Postanowiłem, pomimo nie do końca miłego zapoznania, nie rozstawać się z grą tak łatwo. Celestian Tales – Old North: Howl of the Ravager to najpewniej najdłuższy tytuł, jaki może mieć gra. Jest to również osobna opowieść, która przybliża nam postać Sir Severina Lerouxa: słynnego Ravagera.

Nasza przygoda zaczyna się w momencie, gdy Sir Severin w pojedynkę udaje się na ratunek wiosce, którą napadli bandyci. Jako steward Lerouxów, czuje się odpowiedzialny za tych wszystkich nieszczęśników zamieszkujących okolicę. Po udanej akcji przybywa do nas poseł proszący o udanie się do Levantine, gdzie czeka inny poseł z inną wiadomością.

Okazuje się, że Starożytny (Ancient) Szmaragdowy Król (Emerald King) postanowił się przebudzić, a to oznacza koniec ludzkości. Informowani jesteśmy o kilku innych problemach, które wyjaśniają między innymi czemu jesteśmy proszeni o pomoc (wszak nie na naszych terenach się to dzieje). Naszą misję mają wspomóc Sir Pierre – bojaźliwy nastolatek i Niena’ę – oschła elfka będąca naszym przewodnikiem.

Nasza przygoda, choć skupia się na Szmaragdowym Lesie (Emerald Forest), ciąga nas do znanych z podstawy gry lokacji, a także tych zupełnie nowych, jak chociażby miasto elfów, czy prowadzący do niego labirynt.

Padają również odpowiedzi na pytania, na które twórcy nie odpowiedzieli/nie mogli odpowiedzieć wcześniej, bowiem – jak podejrzewam – mogłoby to popsuć cały klimat rozgrywki. Przyznam szczerze, że choć obie gry mogą spokojnie funkcjonować jako osobne tytuły, to jednak fabuła bardzo mocno wiąże je ze sobą i myślę, że można zagrać najpierw w dodatek, a potem w podstawę – w ten sposób poznałoby się niesamowitą historię bez wkurzania się na luki w opowieści. Najwidoczniej twórcy nauczyli się nieco na swoich błędach.

Screenshot at 2018-02-12 23-28-56

Howl of the Ravager uratował ten tytuł, co mnie cieszy, bo zapowiada się on dosyć ciekawie. Tym bardziej wyczekuję na kolejną część – Realms Beyond – która ma wyjść zimą 2018. Liczę, że ta pozycja będzie jeszcze bardziej dopracowana, a tym samym jeszcze milej spędze przy niej czas.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Mefisto

#146. Castlevania: Lords of Shadow 2

239250_20181028004708_1

Castlevania: Lords of Shadow 2 to kontynuacja naszych przygód z Castlevania: Lords of Shadow i Castlevania: Lords of Shadow – Mirror of Fate. Została wydana w 2014 przez MercurySteam i Konami.

Przypomnę, że w pierwszej częściach gry mieliśmy okazję poznać Gabriela Belmonta, wybrańca niebios, którego los skazał na tułaczkę pośród mroku. Mogliśmy obserwować jego starania, jego upadek, a nawet mogliśmy wejrzeć w jego serce, gdzie czaiło się przewidziane od lat i nieskutecznie zwalczane zło. Mimo tego Gabriel, choć znany jako Dracul – Smok, nie budził negatywnych emocji. Jego złość do świata była uzasadniona: zbawił wszystkich, a nie mógł ani przywrócić Marie, swojej ukochanej z powrotem do życia, ani też umrzeć i dołączyć do niej.

Druga część przybliża nas jeszcze bardziej do postaci Gabriela, a także jego rodziny, która przewija się przez całą drugą część w różnych formach.

Zacznijmy jednak od początku!

Naszego głównego bohatera spotykamy już na ekranie ładowania, gdzie dzieli się krótkimi przemyśleniami odnośnie naszego obecnego zadania. To całkiem sprytna opcja przybliżenia nam postaci, bowiem odniosłem wrażenie, jakbym rozmawiał z Gabrielem. Fakt faktem był to krótki monolog z jego strony, ale zawsze coś!

20180503233659_1

Przygoda jednak zaczyna się w zamku Draculi, który niegdyś należał do Carmilii. Majestatyczna, ale i upiorna budowla zdaje się rozciągać w każdą stronę świata, rozsiewając naokoło mroczną aurę.

Zakon, będący niegdyś częścią Gabriela, przeprowadzał kolejny atak na potężnego wampira. Na ich nieszczęście bardzo nieskutecznie. Oczywiście, aby trochę wyrównać szanse, przytargali ze sobą machinę bojową wzorowaną na tytanach z pierwszej części. Ale skoro im daliśmy radę to mamy przegrać teraz?

Machina koniec końców upada, a my, w opadającym kurzu po pokonanym kolosie, walczymy z kolejnym przeciwnikiem jakim jest Roland de Ronceval – złoty paladyn. Kiedy nasz przeciwnik zostaje pokonany robi ostatnią rzecz, jaka została mu w tej sytacji: wyciąga krzyż i modli się. Dracula wyśmiewa go, bowiem to właśnie on jest wybrańcem niebios. Gabriel chwyta za krzyż i modli się wraz z paladynem powodując potężną eurpcję światła, która zmiata wszystkich dookoła. Wszystkich poza naszym głównym bohaterem.

Ostatnim wspomnieniem z prologu jest moment, kiedy spotykamy Trevora. Aczkolwiek nie jest nam teraz dane wiedzieć, co wydarzyło się tamtego dnia.

Po wielu setkach lat Dracula przebudza się w niewielkim kościele w swoim zamku. Ludzkość, pozbawiona groźnego przeciwnika, zeszła z wojennej ścieżki i popędziła z rozwojem przed siebie, przez co nasza przygoda rozpoczyna się w czasach nowożytnich. Zamek wampira został przerobiony na miasto – aczkolwiek pewne jego części pozostały dla nich niedostępne, o czym będzie powoli się przekonywać wraz z rozwojem historii.

Gabriel, osłabiony po wiekach głodówki, owija się jakimś materiałem i wyrusza na pierwszy od dawna spacer. Spotykamy jednak chłopca, będącego wizreunkiem młodego Trevora, kierującego nas w boczną uliczkę, gdzie jakaś mroczna istota mało co nie pozbawia nas życia. Z pomocą jednak nadciąga nieznana nam postać, która zabiera nas do Zobeka – naszego ukrytego nemesis z pierwszej części. W jego „kryjówce” pożywiamy się jaką rodziną, aby odzyskać trochę sił.

20180504003945_1

Zobek dzieli się z nami informacją o powrocie jeszcze gorszego zła: Szatana. Naszym celem staje się teraz przeszkodzenie w jego powrocie. Nasz były przeciwnik zachęca nas do walki z Szatanem poprzez obietnicę podarowania nam Zabójcy Wampirów (Vampire Killer) – krzyża bojowego, który ma być w stanie zabić Gabriela i zakończyć jego klątwę. Dracula, zwabiony taką ofertą, przyjmuje zadanie.

Nasza przygoda dzieli się teraz między szukaniem akolitów Szatana, a krążeniem po zamku za wizją młodego Trevora i duchem Marie, aby powoli odzyskiwać swoje bronie i moce. Wszystko po to, aby przygotować się do ostatecznego starcia.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Spotykamy wiele postaci z przeszłości, które na swój sposób próbują namieszać i utrudnić nam zadanie. Pośród naszych potyczek poznajemy Victora Belmonta – ostatniego z naszego rodu, który poświęca się dla nas, aby wyciągnąć przedostatniego akolitę z ukrycia. W międzyczasie zbieramy fragmenty Lustra Przeznaczenia (Mirror of Fate) dla młodego Trevora i walczymy z manifestacją naszej mrocznej duszy i krwi.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Przed ostatecznym pojedynkiem zostajemy „zesłani w przeszłość”, aby odzyskać utracone wspomnienia. Wracamy do momentu, kiedy po pokonaniu złotego paladyna, spotykamy Trevora, znanego teraz jako Alucard. Przedstawia on nam swoje ostrze: Crissaegrim – wykute z kawałka Zabójcy Wampirów. Miecz ten może wprowadzić Draculę w sen na tyle głęboki, aby wszyscy, włącznie z Szatanem, myśleli, że on nie żyje. Stan ten oczywiście uszkodził jego pamięć, więc nikt, poza Alucardem, o tym nie pamiętał.

Gra zabiera nas w z powrotem w „teraźniejszość”, gdzie towarzyszący nam ochroniarz Zobeka okazuje się być Alucardem. Zgodnie z planem pozwalają, aby rytuał został ukończony, a Szatan przybył na ziemię, aby po raz kolejny ponieść klęskę. Zobek, dowiedziawszy się o naszym planie, jest wielce niezadowolony (wszak to on oberwał solidnie od Szatana w pierwszej części). Przybiera więc swoją prawdziwą formę i stacza z nami pojedynek, który oczywiście przegrywa z kretesem.

Naszym następnym celem jest Szatan, bardzo niepocieszony, że Gabriel żyje. Początki naszej potyczki to właściwie gonienie naszego nemesis, aby spuścić mu zasłużony łomot. Niestety nasz przeciwnik przejmuję kontrolę nad Alucardem i staczamy walkę z własnym synem. Czego jednak zdaje się Szatan nie wiedzieć to to, że ani Dracula, ani jego syn nie mogą się nawzajem zabić. Koniec końców wygrywamy walkę, uśmiercając po raz kolejny naszego przeciwnika przy użyciu Zabójcy Wampirów.

Przyznam szczerze, że kiedy zacząłem grać w serię gier Castlevania to po prostu zassała mnie ona na dobre. Prosta, ale emocjonująca opowieść o Gabrielu Belmoncie zajęła mi wiele godzin, podczas których z zapartym tchem w piersiach (a niekiedy przekleństwem bojowym na ustach) przedzierałem się przez kłody rzucane pod nogi przez okrutny los, współczując głównemu bohaterowi z całego serca jego przeznaczenia. On jednak stawał mu naprzeciw i za to go podziwiałem oraz szanowałem.

Rozstanie, jakie spotkało mnie w Castlevania: Lords of Shadow 2 było wręcz bolesne. Koniec gry wszak nie wyjaśnił, czy Dracula kiedyś jeszcze powróci, czy znalazł już upragniony spokój i wraz z Marie kroczy pośród wieczności.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Twórcy jednak nie pozwolili mi się tak po prostu rozstać z serią i wydali dodatek, w którym wcielimy się w postać Alucarda przygotowującego się na powrót Draculi. O tym jednak rozpiszę się w ostatnim już wpisie z tej serii gier.

Mefisto

#144. SWTOR: Nathema Conspiracy

Screenshot at 2018-07-08 22-49-59

Chwilę mi to zajęło, ale w końcu przysiadłem do, jak się okazało, ostatniego rozdziału tej krótkiej opowieści. W ramach przypomnienia wspomnę, że we wszechświecie panuje spisek przeciwko nam, Theron okazał się zdrajcą, a ja obiecałem mu lot przez asteroidy będąc przyczepionym za kostkę do statku. Czy jednak słusznie?

Screenshot at 2018-07-08 22-31-51

Hylo Visz (kobieta przewodnicząca przemytnikom, która dołączyła do nas jeszcze w trakcie walk z Arkannem) poinformowała nas, że jej ludzie odkryli dziwny sygnał z opuszczonej, imperialnej stacji nasłuchowej. Tam odkrywamy, że przedziwny mężczyzna, mający (jak zawsze) wielki żal do nas, podsłuchiwał nas cały czas, planując naszą zagładę. Na jednym z nagrań spotykamy (nagiego) Therona, który oferuje swoją pomoc w zamian za możliwość przyłączenia się do wielkiego spisku.

(widać ktoś już go gorzej sponiewierał niż ja miałem to w planach)

A na czym ten spisek polega? Na przebudzeniu Zildroga. W tym momencie gry niewiele o nim wiemy, ale, znając mordercze możliwości poprzednich maszyn-bogów, jesteśmy nastawieni na najgorsze.

Ciągiani przez los trafiamy na planetę Nathema, gdzie rozpoczynamy wyścig z czasem, aby powstrzymać naszego przeciwnika. Spotykamy Therona, który wyjaśnia nam, że odkrył podsłuch dawno temu i – chcąc nas chronić – zgodził się na współpracę, aby poznać plany naszego tajemniczego nemesis i pokierować nas bezpośrednio do niego.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Udaje się nam powstrzymać kolejne zagrożenie, chociaż dzieje się to za cenę dwóch najpotężniejszych broni, jaką dysponowali Alianci. Może to i lepiej? Czas pokaże…

Nasza postać postanawia rozwiązać sojusz i wrócić do wspierania działań Imperium (tym razem jednak wybrałem ich). Doczytałem, że dalsza historia będzie dotyczyć działań między Imperium, a Republiką, a kontynuacja ma mieć miejsce jesienią tego roku. Cóż, z niecierpliwością czekam! W szczególności, że będzie to też rozwijać sprawy sercowe naszej postaci (jeśli wybraliśmy do romansów którąś z dostępnych postaci).

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Mefisto

#140. Castlevania: Lords of Shadow – Mirror of Fate

(To uczucie, kiedy zapominasz zrobić screenshot menu, aby mieć coś na nagłówek i musisz tylko z tego powodu zainstalować grę z powrotem…)

282530_20180929182200_1

Seria gier Castlevania tak mnie wciągnęła, pochłonęła i zawładnęła mną, że nie mogłem odpuścić sobie żadnej części. Mirror of Fate to kolejny epizod przygód Gabriela Belmonta, aczkolwiek tym razem widziany z innej perspektywy.

Tytuł wydany w marcu 2014 przypadł mi do gustu nie tylko ze względu na ciekawą fabułę, ale i intrygujący format w jakim został przedstawiony. Nawiązuje on do klasycznego stylu serii gier Castlevania i ma on formę platformówki.

Nasza przygoda dzieli się teraz na prolog i trzy akty, a każdy z nich opowiada o zupełnie innej historii zmierzającej jednak w tym samym kierunku. Wpierw spotykamy Gabriela, który będąc główną postacią w tej serii gier, w tym tytule spada na dalszy plan. Akcja dzieje się na około rok przed wydarzeniami z pierwszej części gry. On i Marie spędzają wspólnie noc nim nasz bohater wyruszy w podróż. Dalej prolog skupia się na opisaniu nam mechaniki gry, ale jego zakończenie zdradza nam coś, co pozwala zrozumieć resztę opowieści: Gabriel i Marie doczekali się dziecka, które zostaje przekazane pod opiekę zakonu, aby pewnego dnia wypełnić swoje przeznaczenie.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

W Akcie Pierwszym spotykamy Simona Belmonta będącego nie dzieckiem, a wnukiem Gabriela. Mając sześć lat stracił on rodziców w wyniku rzezi urządzonej przez potężnego wampira Draculę. Chyba domyślacie się, kto mógł nim zostać…

Nie gramy jednak dzieckiem, a dorosłym mężczyzną, który po latach starań postanowił zemścić się na potworze. Wyruszamy więc do zamku Draculi, przebijamy się przez zagadki i hordy nieprzyjaciół, jednocześnie będąc prowadzonym przez tajemniczą, niemą istotę. Akt Pierwszy kończy się jednak kiedy, wspólnie z nieznanym nam mężczyzną, pokonujemy Draculę. Aczkolwiek nie na zawsze…

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

W Akcie Drugim poznajemy wampira Alucarda budzącego się do (nie)życia. Mężczyzna jest zagubiony i niezbyt pamięta, co się stało. Ruszamy przez zamek i spotykamy Simona, za którym podążamy aż do Draculi. Walka z perspektywy Alucarda jest nieco ciekawsza, bowiem Gabriel przejmuje kontrolę nad Simonem i zmusza nas do walki z nim. Ostatecznie udaje się przełamać czar (bez zabijania go) i pokonać naszego nemesis.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Akt Trzeci pokazuje nam perspektywę Trevora – syna Gabriela. Jest on załamany, bowiem zakon wyjawił mu prawdę: jest on synem samego Draculi i tylko on może go powstrzymać. Z ciężkim sercem opuszcza on rodzinę i udaje się do mrocznego zamku, aby spotkać się ze swoim przeznaczeniem. Po raz trzeci pokonujemy korytarze twierdzy (chociaż za każdym razem nieco inaczej), aby ostatecznie ponieść klęskę. Lustro Przeznaczenia ukazuje zarówno Trevorowi i Draculi prawdę o ich przeznaczeniu. Gabriel dowiaduje się, że ma syna, którego właśnie zabił. Mimo podzielenia się z nim swoją wampirzą krwią, ten pozostaje martwy. Nasz bohater umieszcza go w grobie opisanym jako „Alucard” i ze złości rozpoczyna rzeź, która pozbawiła Simona matki.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Przyznam szczerze, że choć tą grę zrobiono zupełnie inaczej to wciąż bawiłem się przy niej przednio. Pomimo pozmienianych klawiszy odpowiadających za np. atak (co mnie nie raz zirytowało) to jednak szybko odnalazłem się w nowej rzeczywistości i sprawnie pokonywałem przeszkody na mojej drodze z pomocą znanym nam z wcześniejszych części gry artefaktów. Najciekawsze były zagadki logiczne i elementy zręcznościowe, nad którymi spędziłem więcej czasu niż nad czymkolwiek innym.

Zdawałoby się, że postać Gabriela, ukazana teraz jako tyrana, mogłaby odpychać, ale ja polubiłem go jeszcze bardziej. Nie dlatego, że wręcz uwielbiam wampiry, ale dlatego, że zaakceptował swoje przeznaczenie, a mimo to miał odruchy godne tego starego, dobrego Gabriela jak na przykład żal po stracie syna. Mirror of Fate przybliżyło mnie też do kolejnej części, gdzie mogliśmy zagłębił się w tą dziwną relację między Gabrielem a Trevorem. Ale o tym napiszę w kolejnej notce!

Na koniec mały bonus. Steam mi się zawiesił i masowo robił screenshoty, więc skleciłem gifa z dokładnie 136 screenshotów. 🙂 Uwiecznił moją walkę z jednym z krążących po zamku przeciwników. Standardowo dostałem w dziub na dzień dobry. 😀

myimage

Mefisto

#138. Wild Terra Online

wto

Na samym początku chciałbym podziękować za darmowy klucz, który otrzymałem. Dzięki temu mogłem zapoznać się z tytułem i opisać moje wrażenia z gry. 🙂

Wild Terra Online to nietypowa gra stworzona przez pochodzące z Rosji studio Juvty Worlds Ltd. Jest to pozycja z gatunku gier sandbox survival MMORPG, gdzie razem z innymi graczami (lub też przeciwko nim) budujemy swoje królestwo poprzez zbieranie wszelkiej maści surowców i przetwarzanie ich w celu tworzenia coraz wspanialszych konstrukcji.

Zaczynamy od wyboru serwera i tworzenia naszej postaci. Nie jest to skomplikowany proces, bowiem serwery dzielają się jedynie na PVP (Player vs Player – gracz kontra gracz) i PVE (Player vs Enviroment – gracz kontra środowisko). Oczywiście ja pokusiłem się na PVE z racji tego, że wolałbym coś w tej grze stworzyć, a nie użerać się z notorycznymi napadami. Wybór postaci ogranicza się do wybrania płci i nazwy naszego bohatera tudzież bohaterki.

20180301193644_1

Zostajemy zesłani wgłąb nieznanej nam krainy, na której – jak łatwo można zauważyć – zaczęli osiedlać się inni gracze. Towarzyszący nam na początku samouczek podrzuca nam zadania, które pozwalają – choć niekoniecznie zrozumiale (a czasem prawie w ogóle) – zapoznać się z mechaniką gry. Zasada działania jest jednak w miarę prosta: zbierasz rzeczy i używasz ich do przetrwania. Z kamieni robisz narzędzia, narzędziami zbierasz surowce, z których to tworzysz jeszcze lepsze przedmioty i efektywniej zbierasz materiały. Oczywiście wszystko w zgodzie z poziomem twoich umiejętności (typu kamieniarstwo, gotowanie) – im bardziej poziom zebrania/stworzenia czegoś przewyższa twoje umiejętności, tym trudniej jest ten przedmiot uzyskać.

Oczywiście naszym celem jest coś innego niż jedynie zbieranie i przetwarzanie przedmiotów. My chcemy stworzyć naszą bazę. Po stworzeniu czegoś, co nazywa się dominium, uzyskujemy kawałek terenu, który na bezpiecznych ziemiach jest niedostępny dla innych graczy (o ile nie damy im dostępu). Na serwerach PVP gracze mogą najeżdżać swoje dominium.

Następne zadania z samouczka będą wymagały od nas ogrodzenia naszego skrawka terenu i zbudowanie warsztatu.

Dominium można rozbudowywać (chociaż na początku jest to dosyć trudne). Na nim możemy stawiać ciekawe budynki, składziki, piece, kowadła… Cokolwiek gra zaoferuje, abyśmy mogli rozwijać nasze małe królestwo. Dominium ma jednak taką cechę, że ma określoną datę ważności, którą przedłuża się logując się do gry. Im bardziej ulepszony teren, tym dłużej nie trzeba się logować. Kiedy znajdziemy takie rozpadające się dominium, możemy np. zebrać warzywa (dzięki temu mogłem założyć swój ogród).

Samouczek ostatecznie kończy się, a nam pozostają losowe misje dziennie (które nijak się mają do naszego poziomu zaawansowania). Gra w tym momencie staje się trudna, bo choć przepisy i receptury przedmioty wyraźnie pokazują, co musimy zdobyć, to niełatwo jest te rzeczy znaleźć – w szczególności, jeśli nie wiesz, gdzie szukać. Z pomocą przychodzą inni gracze, którzy ochoczo udzielają informacji (przynajmniej na serwerze, na którym gram). Nierzadko też zdarzali się też gracze, którzy przychodzili pod bramy mego królestwa i zostawiali pod wrotami potrzebne mi materiały. Najbardziej chyba polubiłem rycerza, który wpadał do mnie co jakiś czas i podrzucał mi skóry jelenia – te były dla mnie trudniejsze do zdobycia, ponieważ mój poziom zaawansowania nie pozwalał mi na korzystanie z lepszych i efektowniejszych broni. Społeczność jest w tej grze akurat dużym plusem!

Grając na własną rękę (czytaj: bez samouczka) zawędrowałem na niebezpieczne ziemie, gdzie dozwolona była walka między graczami. Na tych terenach często znajdowałem godsend, czyli truchła zawierające rzadkie przedmioty bądź receptury. Często też nasi truposze mają ze sobą środek płatniczy jakim jest sól.

Ciekawą rzeczą jest głód w grze: aby go zaspokoić, trzeba jeść różne produkty. Nie umrzemy od jedzenia jednego rodzaju pożywienia, ale aby nasze zdrowie się odnawiało, musimy konsumować aż pięć rodzajów jedzenia!

Moje pierwsze wrażenie co do tej pozycji jest takie: ciekawa, ambitna gra, trudna, czasem nużąca i w niektórych momentach przesadnie trudna i przez to męcząca, ale rozwija się i stara się ulepszać swoje niedoskonałości. Nie jestem za, ani przeciw Wild Terra Online – za wcześnie, aby to oceniać. Zawsze jestem zdania, że gra jest dobra do momentu, aż wkurzy cię ponad skalę. 😉

Gra oferuje wiele rzeczy, do których nie miałem jeszcze okazji dotrzeć. Obecnie staram się przetapiać metale i zrobić sobie przyzwoity ekwipunek, ale ze względu na niski poziom umiejętności, idzie mi to jak krew z nosa! Aczkolwiek nie śpieszę się i staram się poznać Wild Terra Online zanim wydam ostateczny wyrok. Dlatego też na pewno napiszę więcej niż jeden wpis na ten temat!

Mefisto