#067. To już rok!

To niesamowite, jak szybko czas leci. Szybciej, niż można by się spodziewać. Rok temu, dokładnie dwudziestego pierwszego maja założyłem tego bloga, a na następny dzień dodałem pierwszy wpis. To miał być blog o wszystkim (co lubię) i chyba jest, bo w końcu od czasu do czasu zamieszczam po trochu moich jęków, po trochu recenzji, a po trochu moich myśli i zdarzeń z życia. Myślę, że w jakiś sposób mi to wyszło – na pewno w kwestii jęczenia, bo to wychodzi mi – jak zawsze – najlepiej.

Przez cały rok przewinęło się przez niego tyle osób, dzieląc się swoimi spostrzeżeniami na temat różnych rzeczy. Również i ja wpadłem na blogi, które zdążyły powstać i zniknąć podczas tego roku. Zabawne, że – choć jestem typem lenia i osoby, która nigdy nie dociąga nic do końca – udało mi się wytrwać rok.

Mam nadzieję, że będę trwał dalej i wytrwam do następnego roku, a potem do kolejnego i tak dalej, aż do momentu, kiedy nadejdzie jakiś sensowny koniec. Pisanie notek jest dla mnie jak pisanie autobiografii – staram się, aby każdy wpis był nasycony moim podejściem i to, jak widzę świat. Nie chcę być sztywny w tym, co robię – wystarczy mi, że kiedyś sztywno będę leżeć w trumnie…

Korzystając z okazji chciałbym podziękować wszystkim, którzy weszli i zatrzymali się na chwilę. Nie zważam na to, czy weszliście tu celowo, czy przypadkiem, czy po prostu jakaś tajemnicza siła wessała Was na tę stronę. 😉 Dziękuję wszystkim, którzy zdecydowali się zostawić po sobie ślad w postaci komentarza/y. Dziękuję wszystkim, którzy mnie wspierali i podtrzymywali na duchu w gorszych momentach. Każdy ma swój wkład w tworzenie tego bloga.

Mam nadzieję, że przyjdzie mi napisać podobną notkę za rok. Trzymajcie kciuki, aby tak było. 🙂

Mefisto

#063. Balrum

Przez długi czas nie wiedziałem, jak się zabrać za opisanie tej gry. W końcu jest w niej tyle aspektów, o których można wspomnieć, a zarazem wydaje się ich za mało (och, to już chyba mój standardowy niedosyt).

Balrum to gra wydana przez Balcony Team pierwszego marca 2016. Zakupiłem ją niemal od razu po premierze – głównie dlatego, że spodobała mi się old-schoolowa grafika. Właściwie to nie wiem, czemu mnie tak urzekła. Prawdopodobnie dlatego, że w tamtym okresie miałem dosyć gier z “super” grafiką, gdzie fabuły były znikome ilości, co bolało moje przygodowe serce.

Balrum dał mi i brak takiej grafiki, i irytację, ale także i długie godziny rozgrywki, które koniec końców dały mi sporo radości.

Continue reading

#050. Wydajność gier okiem pingwiniarza

Wydajność gier to temat rzeka w świecie graczy, w szczególności dla świata Linuxa, który od kilku lat jest małymi kroczkami wdrażany do świata wirtualnej rozrywki. Nie wiem czemu powoduje to tyle boleści wśród użytkowników innych platform – w końcu to tylko szansa dla jakiejś części społeczności, aby dołączyć do grona graczy eksplorujących fabułę kolejnej opowieści albo bezmyślnie tłuc co popadnie – zależy, co gra zakłada. “Specjaliści” zakładali i wciąż zakładają ile czasu zajmie Linuxowi upadek w świecie gier. W końcu rozgrywka ma około 5-15% spadek wydajności na pingwinowym systemie (porównując go do Windowsa).

Chciałbym dzisiaj wyjaśnić, co stoi za tym spadkiem klatek na sekundę, które w dwudziestym pierwszym wieku są wyznacznikiem dobrej zabawy, a dla bardziej hardkorowych odmian graczy synonimem wyższości.

1. Gry nie są robione na Linuxa, są portowane z Windowsa.

Oczywista sprawa dla kogoś, kto siedzi w temacie. W uproszczeniu: łatwiej i taniej jest stworzyć “program” (dokładniej nakładkę tłumaczeniową), który opiera się na tłumaczeniu Linuxowi, co robi gra (zasada działania przypomina WINE). Napisanie gry od podstaw, aby działała konkretnie pod dany system byłoby czasochłonne i pieniądzożerne, a jak wiadomo twórcom gier zależy na zyskach, a nie wolontariacie.

Sposób ten działa, a jego “koszt” minimalizuje się wraz z rozwojem firm przeportowujących gry.

W tą nakładkę wlicza się wszystko: grafika, audio, połączenie z siecią… Każdy z osobnych elementów może wpłynąć na wydajność gry, w szczególności, jeśli port jest kiepskiej jakości (takie rzeczy się, niestety, zdarzają).

2. Sterowniki graficzne.

Prawdą jest, że producenci kart graficznych wydają tzw. “game ready graphic card drivers”, które są specjalnie napisane, aby maksymalizować wydajność konkretnej gry. Linux może w obecnej chwili pomarzyć o czymś takim, w szczególności, że kod źródłowy jest zamknięty i społeczność nie może ich doskonalić na własną rękę (jak dzieje się to z innymi aplikacjami z otwartym kodem źródłowym). Chociaż tego typu rzeczy wydarzały się w przeszłości i mam cichą nadzieję, że producenci wrócą do wspierania wydajności pingwinowego systemu.

3. OpenGL a DirectX

OpenGL jest odpowiednikiem DirectX z zaznaczeniem, że OpenGL nie powstał z myślą o grach. Obie rzeczy odpowiadają za przerobienie linijek kodu na piękną (bądź nie) grafikę na ekranie.

Z racji faktu, że OpenGL nie powstał do gier tylko do renderowania grafiki 3D, powoduje to problemy programistów przy przeportowywaniu tytułów na Linuxa. Czasem coś trzeba programistycznie obejść, aby działało, co oznacza, że wydajność gry może spaść. W ostatnich czasach sporo pracy też zostało włożone w jego rozwój, aby stał się trochę bardziej przyjazny w stosunku do gier.

Na szczęście jego następcą jest Vulkan specjalizujący się między innymi w grach, co ma ułatwić i ujednolicić grafikę między różnymi systemami. Nie oznacza to jednak, że w przypadku przeportowania wszystko będzie idealnie dopasowane i port da się bezproblemowo wykonać bez dodatkowej pracy.

Podsumuję to w skrócie: Linux to nie Windows i każdy z systemów wymaga od gry innego działania. Nie jest to jednostronne. Gry przeportowane z Linuxa na Windowsa również gubiłyby ilość klatek na sekundę, ponieważ brak jednolitości w sferze programowania powoduje przestrzeń, gdzie liczy się kreatywność i umiejętności porterów, aby rozwiązać dany problem. Mimo tego, tak długo jak mogę pograć na moim pingwinie, jestem zadowolony. Koniec końców zachowana jest płynność gry przez co żadna strata nie wpływa na moje odczucia, a i bez tego mogę grać, jeśli tylko fabuła mnie wciągnie (wypowiem się o tym w innym wpisie).

Bonusowo: Odświeżanie monitora a ilość klatek na sekundę (fps).

Będę szczery – przeciętny monitor ma częstotliwość odświeżania mieszczącą się między 50-60 Hz (najczęściej jest to 60, Hz). Istnieją specjalne monitory, które mają wyższą częstotliwość. Numerki te przekładają się na to, ile nasze oko może dostrzec klatek na sekundę na danym ekranie. Mówiąc prościej: nie potrzeba mieć w grze 300 fps, gdzie nasze oko zobaczy tylko 60 na monitorze 60 Hz.Także oznacza to, że jeżeli nie mamy lepszego monitora, to duża ilość fps’ów nie zwiększa naszych wizualnych odczuć tak długo jak ilość klatek na sekundę utrzymuje się lub przekracza 60.

Dlaczego o tym piszę? Aby uświadomić Was, że wysoka wydajność niekoniecznie może przekładać się na większe odczucia wizualne. Jeśli zachowana jest płynność to co nam szkodzi skupić się na fabule? Nikt nie musi być lepszy/gorszy od drugiego tak długo jak mamy się po prostu dobrze bawić.

Mefisto

#040. Na wesoło: niespodziewane pluszaki i zwierzaki oraz komputery

W życiu, jak wiadomo, bywa różnie. Jest źle, jest dobrze, jest nijako, jest fajnie. Ostatnio miałem ciężki okres, więc los postanowił najwyraźniej nagrodzić moją cierpliwość.

W skrócie: ja i moja połowa lubimy zbierać pluszaki. Kupujemy różne w różnych sklepach, czasem znajdujemy jakieś w internecie.

Wiecie jak to bywa z kupowaniem na stronach pokroju ebay. Można kupić taniej i można kupić taniej, ale podróbę, która nie wychodzi tanio, bo koniec końców płaci się niemal tyle samo, co w sklepie. Nie lubię takich praktyk (w sensie sprzedawania podróbek i udawania, że wszystko jest ok), bo to zwykłe oszustwo (inaczej by było, jakby ktoś otwarcie informował o tym, że sprzedaje towar wątpliwej jakości), więc poinformowałem angielski oddział firmy zajmującą się dystrybucją tych zabawek o tym, jak ktoś sprzedaje podróbki za oryginalną cenę twierdząc, że to oryginalny produkt. Wszystko odbyło się miło i sprawnie, a o sprawie zapomniałem.

Jakiś czas później dostałem to:

Na początku wyciągając z pudełka tego pluszaka pomyślałem, że zaszła jakaś pomyłka, ale list szybko wszystko wyjaśnił. Zaskoczył mnie ten gest, bo zupełnie się go nie spodziewałem, ale przywróciło mi to wiarę w niektóre firmy, które dbają o swój wizerunek (chociaż w moich oczach on nie ucierpiał).

Dla zainteresowanych: maskotka to Whisper z kreskówki Yokai Watch, którą uwielbiam ze względu na występujące tam Yokai (rodzaj japońskich duchów).

Innym razem stałem w korku z moją śmieszniejszą połową, na które zaczynamy mieć alergię. No, ale co zrobić? Helikopter za drogi, a na farmę po zakupy czasem jechać po pracy trzeba. Jak zareagowalibyście, gdyby korek był spowodowany przez pewnego rodzaju pochód?

img_20160906_152948

My mieliśmy wyszczerz pełen szczęścia i radości. Krówki wesoło dreptały, ocierając się o samochody zdenerwowanych kierowców, magicznie unikając nasz. Odrobina uśmiechu i przyjacielskiego nastawienia potrafi wpłynąć na zwierzaki. Dodatkowo właścicielka stada uśmiechnęła się do nas, kiedy przechodziła na końcu, chociaż była zdecydowanie zdziwiona, że ktoś cieszy się na widok krów. Jak tu się nie cieszyć, skoro ja lubię wszystkie zwierzątką, nawet te korkogenne?

Co do krówek to tutaj mały bonusik z farmy.

img_20161001_144944

Ostatnio trochę pozalewało ulice z racji częstych opadów deszczu. Skutkuje to takimi atrakcjami:

I wizytą na myjni, która była odwlekana tygodniami.

img_20161016_152042

Na zdjęciu nie wygląda to tak tragicznie, jak wyglądało na żywo.

Ale było warto wjechać w tę kałużę. Przynajmniej można się było nacieszyć widokiem wody zalewającą całą szybę. Tak, wiem, cieszą mnie dziwne rzeczy.

Kolejną małą, śmieszną rzeczą jest coś, co wybłagała u mnie moja połowa (w zamian za to, że ja wybłagałem coś innego; taki system handlu u nas). Jak myślicie: ile może kosztować komputer? A dokładniej płyta główna. Ja znam odpowiedź na to pytanie. Cztery funty. Około dwadzieścia złotych. Myśmy wydali w sumie ponad dwadzieścia dwa funty, bo kupiliśmy kabelki, obudowę i parę innych drobiazgów dodatkowo.

Moja śmieszniejsza połowa uwielbia komputery i odkryła niesamowitą rzecz jaką jest Raspberry Pi Zero, czyli komputer wielkości… czegoś bardzo małego.

This slideshow requires JavaScript.

(kilka przykładowych przyrównań; Raspberry Pi Zero jest mniejsze od standardowej kości pamięci w komputerach stacjonarnych)

Jego moc obliczeniowa jest słaba, ale za taką cenę można mieć już stabilny komputer do przeglądania internetu, czy nauki (bo jego twórcom chodzi o to, aby stworzyć dostęp do wydajnych i tanich komputerów, które umożliwą ludziom rozwój).

No i przekonałem się na własne oczy, że można pograć w bardzo okrojoną wersję Minecrafta. Na tyle okrojoną, że rozrgywka ogranicza się do stawiania bloków.

img_20161018_185145

Mój domek z betonu

Można Raspberry Pi Zero podłączyć do telefonu, czyniąc ze smartphone’a powerbank dla niego.

img_20161016_215351

Moja połowa ma dostęp do komputera za pomocą konsoli, dzięki połączeniu z internetem. Takie Raspberry Pi może wtedy funkcjonować jako mini serwer albo mini centrum zarządzania. W naszym mieszkaniu Raspberry Pi 1 (większa wersja Raspberry Pi Zero) zarządza ogrzewaniem i światłem (można je zdalnie wyłączyć poprzez stronę internetową). Dodatkowo ogrzewanie samo włącza i wyłącza się o określonych godzinach, a (mam nadzieję, że moja zdolna połowa to zrobi) w planach jest ustawienie ogrzewania pod względem temperatury w domu. Dzięki temu nie zgrzewam się, ani nie marznę.

img_20161011_153956

Raspberry Pi Zero vs Raspberry Pi 1

Ciekawostką jest, że Raspberry Pi Zero ma domyślnie większą moc obliczeniową z racji tego, że jest podkręconą wersją Raspberry Pi 1, aczkolwiek Pi 1 również można podkręcić.

Raspberry funkcjonuje na systemie operacyjnym opartym na Debianie (Linux), który nazywa się Raspbian. Są również inne wersje systemów Linuxowych, które umożliwiają np. zrobienie kina domowego z Raspberry Pi.

img_20161011_235917

Osobiście niezbyt go używałem, ale wydaje się prosty w użytku – idealny dla ludzi, którzy zaczynają swoją przygodę z Linuxami. Typowo Linuxowa konfigurowalność pozwala go jednak ustawić wedle własnego uznania, więc zaawansowany użytkownik może pozmieniać większość ustawień (jeśli nie wszystko) jak leci.

Raspberry Pi to bardzo rozległy temat, ale planuję do niego wrócić z racji faktu, że jest to hobby mojej połowy i prawdopodobnie Raspberry Pi Zero niedługo zostanie gdzieś zastosowane (nie powiem gdzie; będzie niespodzianka).

A tymczasem życzę wszystkim dużo niespodzianek i dużo radości. Na jesienną porę to jest jak promień słońca ogrzewający zmarźnięte ciało.

Mefisto

#036. Dlaczego gram w gry?

Zadałem sobie ostatnio takie pytanie: dlaczego gram w gry. Pewnie z tego samego powodu, z którego czytam książki i oglądam filmy. Dla wciągającej fabuły, dla wczucia się w rolę głównego bohatera, dla przygody i wrażeń. Gry są dla mnie jak połączenie książki i filmu, ponieważ tak jak w filmie widzę, co się dzieje i tak jak w książce przeżywam każdy szczegół, który autor stworzył dla mnie za pomocą tekstu, a dokładniej linijek kodu towrzącego grę, jej fabułę i wszystkie elementy będące ciekawostkami. Do tego dochodzi to, że to ja steruję postacią i mogę ten świat eksplorować jak chcę (chyba, że sama gra na to nie pozwala).

Gram w gry, bo lubię. Nie ma w końcu w tym nic złego. Nie zatapiam się na wieki w grze, chociaż czasem wolałbym, widząc co oferuje mi rzeczywistość. Uwielbiam przygody, a “dzisiejszość” nie ma ich za dużo, a jeśli ma to są to ewentualnie zapierające dech w piersiach widoki i poprzedzający je wysiłek, by się w to ładne miejsce dostać. Ale tak poza tym? Mało. Nie mam supermocy, nie znam zaklęć, nie posiadam jakiegoś latającego wierzchowca, nie dowodzę piekielną armią, ani też nie jestem wybrańcem. A wszelkiej maści księżniczki, które spotkałem w moim życiu, były na tyle wredne i podłe, że musiałem smoki ratować przed nimi. Nie – nie dostałem za to połowy królestwa, czy uznania; zostały mi za to wesołe smoki w bardzo dużej ilości.

Gry pozwalają mi się wyciszyć: w słuchawkach brzmi ścieżka dźwiękowa, która zakłóca otoczenie, podczas gdy bohaterowie historii dyskutują o rzeczach ważnych i ważniejszych. To ja jestem jednym z tych bohaterów i decyduję o jego zdaniu. Historia, chociaż jest już odgórnie zaplanowana, toczy się wedle moich wytycznych. W sumie to tak jak w życiu: wpływ mamy tylko na swoje decyzje, ale nie na całokształt, aczkolwiek to, co zamierzam zrobić będzie miało wpływ na to, w jaki sposób dotrę do zaplanowanego końca. Każda decyzja pozwala mi iść dalej w taki sposób, jaki uważam za słuszny, przez co utożsamiam się coraz bardziej z wykreowaną przez siebie postacią.
Im więcej jest możliwości w grze, tym czuję się nią bardziej pochłonięty. Uwielbiam eksplorację, masę prostych i trudnych zadań, możliwość konwersacji z towarzyszami i budowaniem relacji z nimi, ratowanie świata każdego dnia, jakby to była najnormalniejsza rzecz we wszechświecie.

Dobre gry potrafią uczyć. Nie tylko poprawia się twoja zręczność i refleks, rozbudowujesz też swoją umiejętność do analizowania problemu i podejmowania słusznych decyzji (bo w końcu złe decyzje w grze potrafią zakończyć się napisem GAME OVER).
Jeżeli gra się w innym języku niż ojczysty, rozwija się też język obcy. Opisy zadań, czy fabuły we wszelkiej maści dziennikach skąd możesz poznać pisownię i słownictwo, konwersacje z bohaterami, gdzie dochodzi jeszcze wymowa. Przykładowo “brytyjskiego” akcentu uczyłem się z gry Star Wars The Old Republic nim otrzymałem od życia okazję poćwiczenia na żywo. Powiem szczerze, że taka nauka języka jest zdecydowanie bardziej efektywna, ponieważ jesteś zrelaksowany i zaciekawiony tematem, przez co jesteś w stanie zapamiętać więcej. Więcej nowych słów nauczyłem się z gier niż z typowej lekcji języka angielskiego (które przespałem, bo nauczycielka nie potrafiła zaciekawić nas tematem).

Gry uczą też cierpliwości. Fakt, dużo jest nerwusów wśród społeczności graczy, aczkolwiek zauważyłem tendencję do spadku ilości graczy, jeśli gra wymaga cierpliwości. No i koniec końców jeśli gra jest ciekawa to szkoda ją porzucić z powodu niemożności przejścia małej części gry, w której coś nam nie wychodzi. Nigdy nie byłem cierpliwy, ale gry nauczyły mnie, żeby do wszystkiego podchodzić spokojnie i powoli (chyba, że ktoś cię goni, wtedy uciekasz nie bacząc na nic).

Gry strategiczne pomagają stymulują podejmowanie decyzji, ocenianie potęgi komputerowego wroga, tak, by nasz atak bądź obrona dała sobie z nim radę. Niejednokrotnie przekonałem się, że dobra strategia pozwala wygrać rozgrywkę bez nadmiernego przemęczania się. Wielokrotnie wygrywałem gry strategiczne tylko dlatego, że dokładnie planowałem moje kroki i oceniałem, kiedy pójść w rozszerzanie obrony, a kiedy w atakowanie przeciwników. Im trudniejszy przeciwnik tym ciężej znaleźć ten balans. To jest swego rodzaju partia szachów, gdzie pionki zamieniają się w cyfrowe wojska, które wykonują wszystkie moje rozkazy.

Przykładów można by wymienić jeszcze sporo: są przecież gry zręcznościowe, logiczne, same gry RPG potrafią mieć zagadki matematyczno-logiczne. Gra użyta poprawnie potrafi uczyć, a także rozwijać wyobraźnię. Bo przecież przygoda nie musi się kończyć wraz z napisami końcowymi: ona trwa dalej w Twojej głowie. A jeśli Ty nie możesz czegoś wymyśleć, zrobią to inni gracze. Niektórzy z nich wydadzą własne rozszerzenie do gry (jak np. w przypadku The Elder Scrolls: Skyrim), inni zaczną pisać opowiadania na podstawie gry, jeszcze inni narysują coś związanego z grą. Czasem nawet i inni producenci gier wydadzą kontynuację jakieś znanej, starej serii, którą nikt się już nie zajmuje. Wiecie dlaczego? Bo dobra fabuła obroni się sama w sercach fanów, którzy pociągną ją dalej.

Przygoda jest jak ogień. Trwa tak długo, jak długo ktoś podtrzymuje jej płomień.

Mefisto

#005. Niezniszczalny blaszak

To może trochę głupie, aby pisać o komputerze, ale ten jeden model zasługuje na swoją notkę, a nawet na hołd, bowiem jednocześnie upartość jak i wytrwałość tej jednostki zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Dlatego też nazwę go roboczo “niezniszczalny blaszak”.

Niezniszczalny blaszak to serwer Poweredge SC430. Tak, serwer. Tak, dało się go używać jako zwykłego PC.

W tej chwili jest już 10-letnim staruszkiem z hardwerem dawno przestarzałym, a jednak emerytem został dopiero w 2016. Dlaczego? Bo nie ma bardziej upartej maszyny niż niezniszczalny. I chociaż już go raczej nie użyję, z sentymentem trzymam go w szafie na wypadek, gdybym go jeszcze kiedyś potrzebował.

Dostałem go pod swe władanie 2012 roku, wcześniej działał jako serwer głównie emailowy. Ciężki, toporny sprzęt, który przetrwał kradzież tylko dlatego, że ważył sporo. Z początku korzystałem z niego na skraju biureczka, a on buczał sobie przy łóżku (bo chłodzenie ma bycze). Jego wydajność była imponująca jak na tamte czasy.
Początkowo grałem na jakiejś tajemniczej karcie graficznej 64mb, ale ta zdechła śmiercią bolesną. Przez chwilę miałem laptopa z Windowsem, a potem był wielki powrót do blaszanej puszki.

Mogłem wtedy grać jedynie w gry, które mieściły się w 8mb karty graficznej (czyli Heroes of Might & Magic III męczyłem po raz kolejny w moim życiu). Dodatkowo, dało się grać w Minecrafta, którego wymagania graficzne oscylowały w granicach 64 – 128mb w tamtych czasach. Byłem pod wrażeniem. Z czasem kupiłem za grosze kartę graficzną z 256mb i wtedy zaczęło się… Nie było gry, w którą nie mógłbym zagrać. No dobra, żartuję. Były takie gry. Ale przeskok z 8mb na 256mb to jak zmienienie roweru na Ferrari. Jest odczuwalna różnica. Jeszcze później miałem słabą 2gb kartę (jedyną, która w takiej konfiguracji pasowała do serwera), która radziła sobie z większą ilością gier.

Wtedy pierwszy raz zagrałem w Star Wars: The Old Republic. Gra pochłonęła mnie do reszty, oczywiście poza momentami, kiedy nie grałem w Munecrafta. Mój blaszak dawał radę. Dołożyłem mu pamięci i z 2gb zrobiło się 4gb. I, wierzcie czy nie, to mi starczało do 2015. Wtedy też kupiłem symulator ginięcia na 1.000 sposobów zwany Ark: Survival Evolved i 4gb to było mało. Miałem jeszcze 8gb tzw. pamięci swap, którą w Linuxie wydziela się na dysku i system zrzuca na dysk to, czego nie pomieści w pamięci. Oczywiście umożliwiało mi to grę, ale dysk był wolny. Miałem wybór: kupić pamięć (która, pod mój komputer, była nieopłacalnie droga) albo kombinować ze swapem. Kupiłem więc dysk SSD i swap wydzieliłem na nim. Gra zaczęła płynnie chodzić (no cyrk na kółkach). Dalej mogłem biegać po wyspie i straszyć dinozaury.

Chęć zmiany nadeszła dopiero wraz z Saints Row: Gat Out of Hell, gdy komputer mój ledwo już ciągnął. Nie, nie zawieszał się, czy przegrzewał. Trochę dźwięk wariował i po skończeniu grania gra nie chciała się już wyłączać (ale dalej udawało się wejść do menu, otworzyć konsolę i zabić proces). W tym momencie, dokładnie na początku 2016 roku, zauważyłem, że mój blaszak potrzebuje odpoczynku. Z bólem serca złożyłem nowy komputer (tym razem nie serwer, chociaż momentami mnie kusiło), typowo pod gaming.
Niezniszczalny wciąż siedzi w szafie i czasem zdaje się do eksperymentów, czy sprawdzenia czegoś. On będzie działał póki się nie rozpadnie – to pewne. To mocny sprzęt, chociaż już tak bardzo przestarzały.

To, co mnie w nim urzekło to fakt, że nie miał czujników do kontrolowania temperatury, ponieważ “producent nie przewiduje przegrzania jednostki”. Potwierdzam. U mnie zluzowało/wyrobiło się mocowanie chłodzenia przy procesorze, a i tak dawał radę z grami. Owszem, ” docisnąłem” chłodzenie gąbką, ale nie było to to samo, co zwykłe mocowanie śrubą.
Dlatego też, gdyby producent wypuścił ten serwer z dzisiejszym hardwarem, kupiłbym go na pewno. I notkę pożegnalną dla niego pisałbym za około 10 lat…

A ja mogę powiedzieć, że granie na serwerze mogę zaliczyć to wielu dziwnych rzeczy, jakie robiłem w życiu. Ale to będę dobrze wspominał. W końcu dało się grać w gry!

Mefisto

#003. Inny system

Notka ta chodziła mi po głowie już od jakiegoś czasu, zatem pozwalam w końcu mojej żądzy przejąć nade mną władzę. Przyznam bez bicia, że komputerami interesuję się odkąd dostałem moją pierwszą maszynę (będzie to z 14-15 lat temu). W porównaniu z możliwościami samego mojego telefonu, była to śmieszna zabawka. Brak internetu w tych czasach to była rutyna, więc ograniczałem się do tego, co miałem w mojej puszce. Na komputerze miałem początkowo dwie gry: Mario i Kapitan Pazur. W obie grałem do bólu, raz po razie, aż się teraz zastanawiam, jakim cudem mi się to nie znudziło. Może dlatego, że klimat tamtych czasów był inny i w gry grało się, bo były dobre i wciągały samą fabułą (fabuła w Mario, haha!)? A może po prostu dlatego, że miałem jakąś dziwną wersję Mario i mogłem zasuwać w obie strony, jak opętany (przejść Mario w lewo – ile emocji!).

Następną grą, którą odpaliłem na tym mocarnym sprzęcie był Warcraft III. Moja karta graficzna nie spełniała minimalnych wymagań gry (całe 8mb) i tekstury postaci ładowały się białe. Ale znowu grało się, aż palce bolały, a noc zmieniała się w dzień.

Potem miałem Heroes of Might & Magic III – grało się w to z ojcem, rodzeństwem, przyjaciółmi, nawet z psem w ostateczności… A sierściuch mnie ogrywał na słodkie oczka. Do dzisiaj wracam do tego tytułu z sentymentu do dni, gdy komputer łoił mi skórę do tego stopnia, że nie ruszałem się z zamku, modląc się o poniedziałek, by zrekrutować nowe jednostki, kiedy sadysta komputer czaił się w mroku i dawał mi do zrozumienia, że żywy tej rozgrywki nie opuszczę (psychicznie zdrowy też nie).

A dalej to miałem już sporo gier.

Assassin’s Creed, Dragon Age, Star Wars, itd. Wszystko, co potrzebuje nałogowy gracz, aby zapełnić wolny czas, a nawet wypchać i ten, który teoretycznie nie był wolny. Grało się dla osiągnięć, dla fabuły, czasem nawet i dla ładnych widoków w grze. Zawsze był jakiś powód. Ale numerem jeden była dla mnie zawsze fabuła, która musiała wciągać. Fabuła była życiem dla samej gry i jej postaci, sprawiała, że wczuwasz się w swoją rolę i ratujesz królestwa, biedne smoki przed agresywnymi księżniczkami, czy po prostu mordujesz wszystkich wokół i cieszysz się z udanej masakry (w każdej części GTA i obowiązkowo Saints Row).

Aczkolwiek, pomimo przydługiego wstępu, nie mam zamiaru rozpisywać się o grach. Na to też przyjdzie pora. Zamiast tego chciałbym napisać o czymś, co zwie się system operacyjny. Zdecydowana większość świata ma Windowsa. Ja sam go miałem do momentu, aż ktoś ukradł mi laptopa (a niech ci zasilacz w twarz wystrzeli, kradzieju!). A potem zaczęła się moja przygota z Mintem.

Mint, a dokładniej Linux Mint to system, który wpadł mi w ręce tak przypadkiem. Skoro i tak skończyłem goły i wesoły, bez pieniędzy na nowy komputer, czy kolejną licencję na Windowsa, postanowiłem go wypróbować. Byłem niechętny, opierałem się, nawet nie potrafiłem z niego korzystać, chociaż nie ma w nim nic trudnego. Była to chyba jedynie kwestia mojej psychiki i korzystania z “nowej” rzeczy. Nie lubiłem go, bo nie chciałem go lubić. Bo co to w końcu było? Miałem Windowsa, a tutaj nagle trzeba się przyzwyczajać do czegoś innego. Wszystko było z nim źle, bo nie chciałem się przestawić. Jeszcze miałem wtedy nieopisaną złość do świata, że to akurat mi skradziono laptopa razem z dorobkiem mojego życia. Wściekałem się, wkurzałem, nie próbowałem nawet zrozumieć, gdy robiłem błąd. Po prosty winny był ten “inny” system, którego nie chciałem poznać.

Po czasie przeszło mi. Przestałem wyzywać Linuxa. Przestałem twierdzić, że jest do niczego i robi mi tylko na złość. Nie robił. Działał tak, jak go twórcy stworzyli. Nie wieszał się, działał szybko i sprawnie na bardzo starym sprzęcie. Nawet udało mi się zainstalować na nim grę, co mi się nawet nie śniło (wiedziałem, że można, ale myślałem, że to jakaś najczarniejsza magia, wiedza tajemna, voodoo i pit w jednym – jednym słowem nie do ogranięcia dla takiej osoby jak ja). Instalacja gry nie była trudna, grę dało się przejść bez problemów. Tą grą była Star Wars: Knights of the Old Republic II. Nie grałem w nic konkretnego przez kilka miesięcy, ponieważ nie miałem na czym. A tutaj nagle takie coś.

Osoba, która zachęciła mnie do Linuxów pokazała mi, jak i przez co instalować gry. Pełen emocji usiadłem i zainstalowałem program zwany WINE (program, który najprośniej można nazwać tłumaczem – tłumaczy Linuxowi, co gra od niego oczekuje i mówi grze, jak na to Linux reaguje). Było to banalnie proste, jak instalowanie aplikacji na andoidzie  – wchodzisz w Google Play i szukasz czego potrzebujesz, klikasz “instaluj”. W tym wypadku jest to Synaptic, który działa na podobnej zasadzie. A potem instalacja gry z płyty i moc była ze mną.

Mint bardzo zaplusował u mnie. Ten nielubiany system dał mi możliwość pogrania w ulubioną grę. Dla miłośnika gier mojego pokroju to sporo, w szczególnie po takim wyposzczeniu. To tak, jak gdyby twój nielubiany kolega z klasy podarował ci nagle kolejną część książki, którą chcesz przeczytać, a której nie możesz nigdzie dostać.

Miałem potem Windowsa do gier razem i Linuxem, któremu wydzieliłem trochę miejsca na dysku (bo dużo nie potrzebował). Na Windowsie tylko grałem; wszystkie prywatne pliki trzymałem na Linuxie, korzystanie z internetu, rysowanie, czy planowanie zagłady ludzkości też odbywało się na Linuxie. Linux stał się potrzebny, niezbędny wręcz do egzystowania w komputerowym świecie.

Niestety mój Windows nr 7 z czasem zaczął się psuć i to nie od mojej głupoty. Wychodzące aktualizacje zagracały go, zainstalowanie Daemon Tools (programu do montowania obrazów płyt) kończyło się czkawką i tysiącej dodatkowych gratów na komputerze, które chociaż wirusami nie były to przejawiały takie zachowanie. Sam program nie chciał działać. Był to dla mnie absurd, że nie mogę zrobić obrazu legalnie kupionej płyty, by się ona po prostu nie zniszczyła pod wpływem mojej intensywnej eksploatacji. Pierwszy raz pojawiło się w mojej głowie takie stwierdzenie, że w Mincie mi to działa, mam odpowiednik Daemon Tools od razu w systemie i nie musiałem nic instalować.

Myślałem też, że to wirus, ale przecież miałem i antywirusa, i niczego nie ściągałem na Windowsie (wszelkie pliki wpierw lądowały na Linuxie, a potem wędrowały na Windowsa po upewnieniu się, że są bezpieczne).

Po długich bólach i bezowonych walkach podjąłem wtedy decyzję, że przechodzę całkowicie na Linuxa, żegnając się z Windowsem na dobre (w prywatnym życiu, w pracy z niego korzystam). I tutaj zaczyna się moja przygoda z grami. Bo o ile miałem ich dużo na Windowsie, na Linuxie zwiększyłem moją kolekcję conajmniej czterokrotnie. Na systemie, na którym myślałem, że mi żadna gra nie będzie działać. Owszem, większość gier nie została zrobiona na Linuxa i bywały z nimi przeboje. Głównie z powodu mojej niewiedzy, rzadziej z braku implementacji czegoś w winie. Jednakże niech pierszy rzuci dyskien ten, kto nigdy nie miał problemu z komputerem, bez względu na system.

Prawda jest taka, że każdy system operacyjny będzie tak idealny, jak ludzie, którzy go tworzą, a także jak ludzie, którzy go używają. Nie ma więc co oczekiwać na ideały. Nie mówię więc, że jest idealnie. Ale Linux mimo wszystko daje radę, idzie do przodu. Powoli, czasem nawet jak krew z nosa, ale się przesuwa. Może i dość często zostaje w tyle, ale Linux biegnie w tym wyścigu z kulą u nogi (brak dużych finansów, by wepchnąć Linuxa bardziej na wierzch), a pomimo przeciwności losu (jak na przykład zablokowany kod źródłowy w programach na Windowsa), potrafi stworzyć program na zasadzie prób i błędów, który skutecznie umożliwi mi używanie gier, czy programów. To jest duży sukces: nie mieć nic, a zrobić z tego wiele. No i mój ulubiony bunt w czystej postaci.

Kolejnym sukcesem Linuxa jest SteamOS. Jest to platforma do gier od Steama oparta na Debianie. Dzięki niej liczba gier na Steamie wspierających Linuxa przekroczyła liczbę 3.000. Wyobraźcie sobie mój opad szczeny, kiedy się o tym dowiedziałem. System, który nie był tworzony do gier, doczekał się portów gier. Wiadomo, jedne porty są lepsze, inne gorsze, głównie robi się nakładki, co może zeżreć dodatkowe zasoby systemu (chociaż jeszcze nie spotkałem gry, które zżerała mi więcej niż było w wymaganiach, a nawet sporo mniej), ale zawsze skupiam się na jednej zasadniczej rzeczy: aby gra chodziła płynnie i dało się w nią grać. Generalnie rzec biorąc to jest to, co otrzymuję. I po cichu liczę na to, że kiedyś gry będą wychodziły na wszystkie systemy i skończy się durna walka “a bo mój system jest lepszy, bo jest wspierany”, a ludzie po prostu zaczną grać w gry dla przyjemności, ewentualnie wspólnej rywalizacji w ramach zabawy. Bo o to w grach chodzi: o granie i dobrą zabawę (oraz hejt na “tych z drugiej frakcji” w grze).

Nigdy nie lubiłem Steama, ale przekonałem się do niego dzięki zasobowi gier, w które mogę pograć na Linuxie. Z 52 gier, które mam w biblitece na Steamie, 31 chodzi ładnie na bezpośrednio na Linuxie, reszta przy pomocy wine, codziennie czytam newsy o nowych grach wydanych na Linuxa (w tej chwili kończę ściągnie Two Worlds, gdzie twórcy użyli wina, by stworzyć Linuxową wersję – spodziewajce się raportu niebawem). Może i są to też stare tytuły, ale nie grałem w tyle gier, że kiedy nadejdzie mi ochota na granie w te najnowsze gry, to będzie już kilka lat później, a gry te, pozwolę sobie zażartować, mogą doczekać się do tego czasu Linuxowej wersji (jak to się stało z Tomb Raiderem, którego ledwo kupiłem, a tu znienacka wsparcie dla Linuxa wyskakuje)…

(pare screenów z różnego okresu mojego giercowania – niektóre zostały zrobione na starym sprzęcie toteż przepraszam za jakość)

Mam nadzieję, że ” Linuxowe dzieje diabła” przypadły wam do gustu (i że nie zanudziłem was opisem). To nie koniec (nie ma tak lekko): mam sporo gier do zagrania, a jeszcze więcej do opisania. Następną notkę poświęcę hołdowi dla niezniszczalnego blaszaka, którego emerytowałem na początku 2016, a następną notką, zaraz po tym, o grze, którą kupiłem dawno temu, a była to moja pierwsza “Linuxowa” gra, którą męczę do dziś.

A teraz wybaczcie. Gry wzywają!

Mefisto