#367. Water Connect Puzzle

Jestem miłośnikiem wszelkich niezbyt zajmujących gier (w szczególności teraz, kiedy ilość mojego wolnego czasu drastycznie maleje). Lubię czasem odskoczyć od rzeczywistości i chociaż chwilkę zatopić się w czymś, co zajmie mój umysł, ale nie sponiewiera go tak bardzo jak moja typowa codzienność. Do tego zadania sprawdzają się gry na telefon, jednak często bywa tak, że gra ostatecznie robi się upierdliwa, przepełniona milionem mikrotransakcji oraz reklam wyskakujących w każdym momencie i na tyle intensywnie, że po chwili nie pamiętasz, jak się w ogóle grało.

Water Connect Puzzle należy (niestety) do tego drugiego rodzaju gier, jednak na szczęście twórcy pozwalają za niewielką opłatą usunąć reklamy. Kiedy to zrobimy, mamy naprawdę fajną i relaksującą grę, w której naszym celem jest połączyć rury i doprowadzić wodę do drzew. Oczywiście to brzmi za prosto jak na zajmującą grę.

Water Connect Puzzle oferuje stopniowo zwiększający się stopień trudności dodając różne kolory wody i drzew, możliwość mieszania różnych kolorów wody, aby uzyskać jeszcze inny kolor (np. żółty i niebieski, aby uzyskać zielony). Niektóre mapy wymagają od nas zmieszania wody tak, aby tylko jedno drzewo danego koloru otrzymało tą wodę, podczas gdy reszta ma dostać ten podstawowy kolor. I chociaż wbrew temu, co powyżej napisałem, gra nie jest taka trudna, jakby mogło się wydawać. Często najprostsze rozwiązania bywają tymi właściwymi, ale na nie czasem ciężko wpaść, bo oczekujemy mentalnego łomotu od twórców gier.

To jest ten rodzaj gry, który polecam z prawie czystym sercem (z powodu reklam). Water Connect Puzzle jest naprawdę świetnie, kiedy pozbędziemy się reklam. Jeśli nie mamy czasu kontynuować danego poziomu, gra zapisze dla nas nasz postęp i następnym razem pozwoli nam zacząć od tego momentu, co jest naprawdę świetnie, kiedy jest się zabieganym. Poziomy nie są trudne, ale potrafią dać do myślenia. Jedna z moich ulubionych odskoczni, kiedy nie mam na nic czasu, a potrzebuję chociaż gram przerwy. Polecam!

Mefisto

#395. FRAMED

FRAMED to ciekawa i intrygująca gra, wydana przez Loveshack Entertainment i Fellow Traveller (wersja na Steam) oraz przez Noodlecake Studio Inc (wersja na Androida). W tym tytule wędrujemy pośród komiksowymi blokami wypełnionymi fabułą dwójki naszych bohaterów: nieznanymi nam kobietą i mężczyzną. Naszym celem jest bezpiecznie przeprowadzić ich przez czające się na nich niebezpieczeństwa. Jak? Zaraz Wam o tym opowiem.

Ten tytuł nie jest wymagający, ale bywa zajmujący i czasem czasochłonny. Mamy do dyspozycji różną ilość komiksowych okienek, którą musimy ułożyć w odpowiedniej kolejności, aby dotrzeć do kolejnej części naszej fabularnej układanki. Z reguły mamy dwa stałe okienka: na początku i na końcu, których nie możemy zmienić. Czasem gra trochę utrudni nam zadanie i takie stałe okienko wciśnie gdzieś pośrodku.

Na naszych bohaterów czają się policjanci, depczący im po nogach detektyw oraz oni sami, bo notorycznie podwędzają sobie tajemniczą teczkę. Następuje wtedy też zmiana postaci. Tak, jakby twórcy chcieli pokazać nam, jak istotna jest ta teczka.

Im dalej gramy tym bardziej gra staje się dynamiczna. W pewnym momencie okienka można wykorzystać więcej niż raz, przez co można nieźle się namachać, aby skierować naszych bohaterów do wyjścia, a nie na czającego się policjanta albo inne zagrożenie. Gra ma na szczęście autozapis, więc jeśli po setnym razie, kiedy coś Wam nie wyszło, wyłączycie ją w złości, możecie wrócić do tego miejsca, w których skończyliście. Dzięki Wam twórcy!

Zdecydowanie polecam FRAMED. Całkiem fajna odskocznia od codzienności, a jednocześnie daje nam możliwość skończenia w każdym momencie i wrócenia do niej za jakiś czas. Nie powiem, że gra jest całkowicie relaksująca, bo im dalej, tym bardziej musimy się skupić i planować nasze ruchy, ale zabawy jest przy tym sporo (zakładając, że uda się nam przejść dany poziom ;)). Zachęcam gorąco do zagrania!

A mnie czeka jeszcze druga część do przejścia. 😀

Mefisto

#393. Everdale

Everdale to gra na urządzenia mobilne wydana przez studio Supercell. W tym tytule budujemy naszą wspaniałą osadę! Bez pośpiechu, bez najeźdzców, bez jakiejś niewiadomej presji. Po prostu powoli budujemy wioseczkę, a w pewnym momencie dołączamy do Doliny, gdzie możemy grać z innymi graczami. Gra jest prosta, przyjemna i nie daje ci poczucia, że musisz wysypać złote monety z kieszeni, aby coś uzyskać. Wystarczy odrobina cierpliwości.

Jak już wyżej wspomniałem: naszym zadaniem jest rozbudowa naszej wioski. Aby nasz, jakby nie patrząc, niekończący się cel osiągnąć, mamy do dyspozycji prowadzenie badań, gdzie możemy odkrywać nowe surowce i możliwość zbierania ich, odkrywać nowe rodzaje budynków lub też ulepszać te, które zdążyliśmy wybudować. Jednak aby móc cokolwiek zrobić, nasi osadnicy potrzebują dostępu do jedzenia, więc dobrze oddelegować jednego do hodowania dyń i przygotowania zupy dyniowej (przepysznej zupy dyniowej!).

Wraz z rozwojem naszej wioski, dostajemy możliwość (albo inaczej: odkrywamy ją) dołączenia do Doliny. Dolina jest miejscem, gdzie spotkamy innych graczy i wraz z nimi mamy możliwość budowania ogólnodostępnych budowli, odkrywania ich i brania udział w wydarzeniach czasowych. Możemy też wysyłać nadmiar towarów i uzyskiwać za to złoto lub poparcie w Dolinie (co z kolei daje nam dostęp do dodatkowych bonusów).

Gra wydaje się bardzo przyjemna i rozbudowana, pomimo iż wciąż jest rozwijana przez twórców. Jestem wręcz oczarowany przyjemną grafiką i brakiem nachalności, aby, jak to bywa w grach na urządzenia mobilne, wydać pieniądze chociaż raz. Everdale pozwala mi się na chwilę zrelaksować, przez co ciężko się czasem od tego tytułu oderwać. Od razu Was uspokoję: nie da się też od niego uzależnić, bo koniec końców gra wymaga od nas trochę cierpliwości (im bardziej wioska jest zaawansowana, tym dłużej zajmuje odkrywanie nowych rzeczy).

Cóż mogę rzecz… Bardzo mocno polecam i zapraszam do gry! 😉

Mefisto

#389. Champions of Avan

Champions of Avan to gra na urządzenia mobilne, którą stworzyło studio Early Morning Studio (tak, ci sami, którzy wypuścili Vampire’s Fall: Origins). Polega ona na, mówiąc bardzo skrótowo, rozbudowie wioski i pokonywaniu naszych przeciwników rozsianych po średniej wielkości (moim zdaniem) mapie.

Rozbudowa naszej wsi jest prosta, ale (jak się łatwo można domyślić) niezwykle czasochłonna. Możemy zbierać trzy rodzaje surowców: drewno, kamień oraz złoto. Pierwsze dwa są potrzebne nam do ulepszania budynków, a ostatni do rekrutacji bohaterów oraz kupowania bądź wykuwania dla nich broni. Surowce zbierane są w rozsanych po mapie tartakach, kamieniołomach oraz kopalniach złota. Tartaki oraz kamieniołomy można ulepszać, aby zwiększyć prędkość zbierania. Niestety twórcy (przynajmniej na razie) nie dają możliwości ulepszania koplani złota… Można je jednak zdobyć wygrywając pojedynek.

Na początku gry dostajemy zamek (przypominający bardziej jakąś ruinę na wzgórzu). Ulepszanie go pozwala nam wysyłać więcej bohaterów w jednej drużynie. Samouczek każe nam budować kolejne istotne dla naszej wsi budowle: karczmę, gdzie możemy rekrutować bohaterów, kuźnię, gdzie możemy tworzyć dla nich sprzęt, szpital, gdzie nasi podwładni są leczeni lub wskrzeszani po odbytych walkach, sklep, gdzie można kupować dla nich sprzęt (ale na początku jest trochę za drogo) oraz laboratorium alchemiczne, gdzie możemy ulepszać nasze małe królestwo i naszą drużynę.

Naszych bohaterów możemy wysłać w bój z bandytami, żywymi trupami, smokami… Za każdego zabitego przeciwnika otrzymują punkty doświadczenia, a co piąty zdobyty poziom odblokowuje się umiejętność, którą używają w trakcie walki. Nie mamy wpływu na przebieg walki (jest automatyczna), ale możemy zaplanować formację naszej drużyny przed bitwą.

Póki co gra nie oferuje nazbyt wiele atrackji, ale jest wciąż jest w fazie rozwoju, dlatego trzymam za nią kciuki i mam nadzieję, że twórcy dorzucą jakieś ciekawe misje albo chociaż jakieś wydarzenia, w których będzie można brać udział. Champions of Avan zapowiada się na ciekawy tytuł, ale nie jestem w stanie za wiele powiedzieć. Jestem jednak oczarowany klimatem utrzymanym w stylu Vampire’s Fall: Origins i będę uważnie śledził rozwój tej gry. Na razie polecam ją jako dobry zabijacz czasu. 😉

Mefisto

#386. Vampire’s Fall: Origins

Vampire’s Fall: Origins to niesamowita, stylizowana na oldschoolowe klimaty gra opowiadająca nam o powstaniu wampirów według pomysłu twórców. Stworzona została przez Early Morning Studio i opublikowana we wrześniu 2018.

Trafiłem na ten tytuł całkiem przypadkiem, ale, jak często w takich wypadkach bywa, zatopiłem się w nim bez reszty. Tytuł ten dostępny jest na różnych platformach, ale w moim przypadku zagrałem w nią na telefonie. I wiecie co? Nie było najgorzej!

Zacznijmy jednak od fabuły. Nasza historia rozpoczyna się od krótkiego wprowadzenia na temat tego, co dzieje się na świecie, a mianowicie od tego, że zły Czarnoksiężnik (Witchmaster) sieje terror na świecie. Nasza postać jest rekrutem do straży przeciwko zbliżającemu się wojsku naszego głównego nemesis.

Pierwsze zadania są dosyć proste: zabij szczura, dostań ochrzan za to, że cię ugryzł, idź do medyka/zielarza Sava, aby wyleczył ranę… Kiedy mamy to już za sobą, do wioski Vamp’Ire przybywa Czarnoksiężnik i domaga się pojedynku z najpotężniejszym wojownikiem. Po krótkiej spychologii, kto jest tym najpotężniejszym, zostajemy oddelegowani na zewnątrz. Oczywiście przegrywamy, ale nie giniemy. To znaczy i tak, i nie. Giniemy, ale wracamy do życia jako coś nowego i nieznanego dla tego świata.

Czujemy pragnienie, więc pijemy najpierw wodę ze studni, a potem posilamy się krwią (do wyboru mamy krew szczura lub ludzką; wybrałem szczura i odpłaciłem mu się za ugryzienie). Opuszczamy wioskę, a na zewnątrz czeka na nas Sava, który wydaje się zaintrygowany tym, co nam się przydarzyło. Możemy dobrowolnie go przemienić albo on sam się rzuci nam na kły, aby zmusić nas do ugryzienia go. Będzie to miało wpływ na dalsze nasze losy, ale nie rozpędzajmy się nazbyt daleko.

Nasze dalsze kroki kierujemy ku wiosce Avan. Tam wpadamy w ciąg misji, podczas których poszukujemy syna wodza tejże lokacji. Ostatecznie dowiadujemy się, że wódz oddał swojego syna Czarnoksiężnikowi, aby ocalić pozostałych mieszkańców. Oczywiście nikt o tym nie wie, dlatego latamy wokół Avan i zabijamy wszystkich, których wódz wysłał do zabicia nas, abyśmy tego faktu nie odkryli.

Koniec końców sam wódz fatyguje się, aby nas zabić i… ginie. Jego ostatnim życzeniem jest odnaleźć jego syna. Przy okazji łowcy z wioski mają nam za złe zabicie ich ukochanego przywódcy i przez resztę gry będziemy mieć do czynienia z łowcami wampirów…

Ruszamy dalej w podróż, która widzie nas śladami naszego nemesis: Czarnoksiężnika. W końcu chcemy się zemścić za to, co nam zrobił. Gdziekolwiek jednak się pojawiamy, ktoś próbuje nas zabić, przez co robimy sobie wrogów praktycznie wszędzie.

Mamy też szansę pomóc innym wampirom uporać się z Kultem… Czosnku. Generalnie fakt, że stali się oni Kultem Czosnku to zasługa naszej niecnej intrygi, wcześniej byli po prostu łowcami wampirów. Aczkolwiek polecam zrobić tą misję: przynajmniej wiadomo, czemu nasi łowcy rzucają w nas czosnkiem na przywitanie. 😉

Gra składa się z dwóch części fabularnych: pogonią za Czarnoksiężnikiem oraz (kiedy go już dorwiemy) pogonią za Savą siejącym terror jako wampir. Oznacza to udanie się do nowych lokacji i rozwiązywanie masy nowych i niekiedy absurdalnych problemów. Fabularnie ten tytuł naprawdę wciąga! Do tego stopnia, że przeszedłem go kilka razy i ani trochę nie czułem się znudzony.

Pojedynki z przeciwnikami odbywają się w formie turowej. Co trzecia tura wypada nam jako combo, gdzie możemy użyć więcej niż jeden atak (tak długo, jeśli mamy wystarczająco punktów skupienia – focus). Ataki mamy wszelakie: od fizycznych po magiczne. Mamy też zaklęcia wzmocnienia, aby otrzymywać mniej obrażeń lub też zadawać ich więcej.

Nasza postać, wraz z każdym zdobytym poziomem, dostaje punkt umiejętności oraz punkty blood lines. Te pierwsze pozwalają nam ulepszać nasze zaklęcia i ataki wykorzystywane podczas walki, a te drugie pozwalają nam zwiększać ilość punktów zdrowia, zadawane obrażenia danym typem broni, wytrzymałość, itd. czyli tzw. umiejętności pasywne.

Gra oferuje też wiele innych wydarzeń, którymi można się zająć między misjami. Możemy polować na Brutali, czyli swego rodzaju bossy. Dzielą się oni na Dzikich (Wild) i Obrońców (Guardian). Kiedy pokonamy wszystkich z danej grupy, możemy zmierzyć się z ich bogami. Mamy też Brutali Dziennych: codziennie pojawia się nowy, a zabicie ich 7 dni pod rząd daje nam ciekawe nagrody.

Mamy też polowania na Alfy: dziwnych stworzeń ciągnących do Brutali. Jest to czasowe wydarzenie i mamy szansę zebrać trochę fantów, aby ulepszyć naszą postać.

Gra pozwala też zacząć wszystko od nowa na większym poziomie trudności. Postęp naszej postaci nie ulega resetowi.

Vampire’s Fall: Origins to gra, która mnie uwiodła, urzekła i spełniła moje wszystkie oczekiwania. Miałem niesamowitą fabułę, miałem zajmujący tryb walki, miałem sporo do robienia między zadaniami, były też dziwne misje i pokręcony humor. Bawiłem się przednio i będę bawił się dalej, bo wciąż mam nowe, trudniejsze poziomy do przejścia.

Gorąco polecam grę każdemu fanowi wampirów, oldschoolowych gier i… czosnku. 😛

Mefisto