#393. Everdale

Everdale to gra na urządzenia mobilne wydana przez studio Supercell. W tym tytule budujemy naszą wspaniałą osadę! Bez pośpiechu, bez najeźdzców, bez jakiejś niewiadomej presji. Po prostu powoli budujemy wioseczkę, a w pewnym momencie dołączamy do Doliny, gdzie możemy grać z innymi graczami. Gra jest prosta, przyjemna i nie daje ci poczucia, że musisz wysypać złote monety z kieszeni, aby coś uzyskać. Wystarczy odrobina cierpliwości.

Jak już wyżej wspomniałem: naszym zadaniem jest rozbudowa naszej wioski. Aby nasz, jakby nie patrząc, niekończący się cel osiągnąć, mamy do dyspozycji prowadzenie badań, gdzie możemy odkrywać nowe surowce i możliwość zbierania ich, odkrywać nowe rodzaje budynków lub też ulepszać te, które zdążyliśmy wybudować. Jednak aby móc cokolwiek zrobić, nasi osadnicy potrzebują dostępu do jedzenia, więc dobrze oddelegować jednego do hodowania dyń i przygotowania zupy dyniowej (przepysznej zupy dyniowej!).

Wraz z rozwojem naszej wioski, dostajemy możliwość (albo inaczej: odkrywamy ją) dołączenia do Doliny. Dolina jest miejscem, gdzie spotkamy innych graczy i wraz z nimi mamy możliwość budowania ogólnodostępnych budowli, odkrywania ich i brania udział w wydarzeniach czasowych. Możemy też wysyłać nadmiar towarów i uzyskiwać za to złoto lub poparcie w Dolinie (co z kolei daje nam dostęp do dodatkowych bonusów).

Gra wydaje się bardzo przyjemna i rozbudowana, pomimo iż wciąż jest rozwijana przez twórców. Jestem wręcz oczarowany przyjemną grafiką i brakiem nachalności, aby, jak to bywa w grach na urządzenia mobilne, wydać pieniądze chociaż raz. Everdale pozwala mi się na chwilę zrelaksować, przez co ciężko się czasem od tego tytułu oderwać. Od razu Was uspokoję: nie da się też od niego uzależnić, bo koniec końców gra wymaga od nas trochę cierpliwości (im bardziej wioska jest zaawansowana, tym dłużej zajmuje odkrywanie nowych rzeczy).

Cóż mogę rzecz… Bardzo mocno polecam i zapraszam do gry! 😉

Mefisto

#389. Champions of Avan

Champions of Avan to gra na urządzenia mobilne, którą stworzyło studio Early Morning Studio (tak, ci sami, którzy wypuścili Vampire’s Fall: Origins). Polega ona na, mówiąc bardzo skrótowo, rozbudowie wioski i pokonywaniu naszych przeciwników rozsianych po średniej wielkości (moim zdaniem) mapie.

Rozbudowa naszej wsi jest prosta, ale (jak się łatwo można domyślić) niezwykle czasochłonna. Możemy zbierać trzy rodzaje surowców: drewno, kamień oraz złoto. Pierwsze dwa są potrzebne nam do ulepszania budynków, a ostatni do rekrutacji bohaterów oraz kupowania bądź wykuwania dla nich broni. Surowce zbierane są w rozsanych po mapie tartakach, kamieniołomach oraz kopalniach złota. Tartaki oraz kamieniołomy można ulepszać, aby zwiększyć prędkość zbierania. Niestety twórcy (przynajmniej na razie) nie dają możliwości ulepszania koplani złota… Można je jednak zdobyć wygrywając pojedynek.

Na początku gry dostajemy zamek (przypominający bardziej jakąś ruinę na wzgórzu). Ulepszanie go pozwala nam wysyłać więcej bohaterów w jednej drużynie. Samouczek każe nam budować kolejne istotne dla naszej wsi budowle: karczmę, gdzie możemy rekrutować bohaterów, kuźnię, gdzie możemy tworzyć dla nich sprzęt, szpital, gdzie nasi podwładni są leczeni lub wskrzeszani po odbytych walkach, sklep, gdzie można kupować dla nich sprzęt (ale na początku jest trochę za drogo) oraz laboratorium alchemiczne, gdzie możemy ulepszać nasze małe królestwo i naszą drużynę.

Naszych bohaterów możemy wysłać w bój z bandytami, żywymi trupami, smokami… Za każdego zabitego przeciwnika otrzymują punkty doświadczenia, a co piąty zdobyty poziom odblokowuje się umiejętność, którą używają w trakcie walki. Nie mamy wpływu na przebieg walki (jest automatyczna), ale możemy zaplanować formację naszej drużyny przed bitwą.

Póki co gra nie oferuje nazbyt wiele atrackji, ale jest wciąż jest w fazie rozwoju, dlatego trzymam za nią kciuki i mam nadzieję, że twórcy dorzucą jakieś ciekawe misje albo chociaż jakieś wydarzenia, w których będzie można brać udział. Champions of Avan zapowiada się na ciekawy tytuł, ale nie jestem w stanie za wiele powiedzieć. Jestem jednak oczarowany klimatem utrzymanym w stylu Vampire’s Fall: Origins i będę uważnie śledził rozwój tej gry. Na razie polecam ją jako dobry zabijacz czasu. 😉

Mefisto

#386. Vampire’s Fall: Origins

Vampire’s Fall: Origins to niesamowita, stylizowana na oldschoolowe klimaty gra opowiadająca nam o powstaniu wampirów według pomysłu twórców. Stworzona została przez Early Morning Studio i opublikowana we wrześniu 2018.

Trafiłem na ten tytuł całkiem przypadkiem, ale, jak często w takich wypadkach bywa, zatopiłem się w nim bez reszty. Tytuł ten dostępny jest na różnych platformach, ale w moim przypadku zagrałem w nią na telefonie. I wiecie co? Nie było najgorzej!

Zacznijmy jednak od fabuły. Nasza historia rozpoczyna się od krótkiego wprowadzenia na temat tego, co dzieje się na świecie, a mianowicie od tego, że zły Czarnoksiężnik (Witchmaster) sieje terror na świecie. Nasza postać jest rekrutem do straży przeciwko zbliżającemu się wojsku naszego głównego nemesis.

Pierwsze zadania są dosyć proste: zabij szczura, dostań ochrzan za to, że cię ugryzł, idź do medyka/zielarza Sava, aby wyleczył ranę… Kiedy mamy to już za sobą, do wioski Vamp’Ire przybywa Czarnoksiężnik i domaga się pojedynku z najpotężniejszym wojownikiem. Po krótkiej spychologii, kto jest tym najpotężniejszym, zostajemy oddelegowani na zewnątrz. Oczywiście przegrywamy, ale nie giniemy. To znaczy i tak, i nie. Giniemy, ale wracamy do życia jako coś nowego i nieznanego dla tego świata.

Czujemy pragnienie, więc pijemy najpierw wodę ze studni, a potem posilamy się krwią (do wyboru mamy krew szczura lub ludzką; wybrałem szczura i odpłaciłem mu się za ugryzienie). Opuszczamy wioskę, a na zewnątrz czeka na nas Sava, który wydaje się zaintrygowany tym, co nam się przydarzyło. Możemy dobrowolnie go przemienić albo on sam się rzuci nam na kły, aby zmusić nas do ugryzienia go. Będzie to miało wpływ na dalsze nasze losy, ale nie rozpędzajmy się nazbyt daleko.

Nasze dalsze kroki kierujemy ku wiosce Avan. Tam wpadamy w ciąg misji, podczas których poszukujemy syna wodza tejże lokacji. Ostatecznie dowiadujemy się, że wódz oddał swojego syna Czarnoksiężnikowi, aby ocalić pozostałych mieszkańców. Oczywiście nikt o tym nie wie, dlatego latamy wokół Avan i zabijamy wszystkich, których wódz wysłał do zabicia nas, abyśmy tego faktu nie odkryli.

Koniec końców sam wódz fatyguje się, aby nas zabić i… ginie. Jego ostatnim życzeniem jest odnaleźć jego syna. Przy okazji łowcy z wioski mają nam za złe zabicie ich ukochanego przywódcy i przez resztę gry będziemy mieć do czynienia z łowcami wampirów…

Ruszamy dalej w podróż, która widzie nas śladami naszego nemesis: Czarnoksiężnika. W końcu chcemy się zemścić za to, co nam zrobił. Gdziekolwiek jednak się pojawiamy, ktoś próbuje nas zabić, przez co robimy sobie wrogów praktycznie wszędzie.

Mamy też szansę pomóc innym wampirom uporać się z Kultem… Czosnku. Generalnie fakt, że stali się oni Kultem Czosnku to zasługa naszej niecnej intrygi, wcześniej byli po prostu łowcami wampirów. Aczkolwiek polecam zrobić tą misję: przynajmniej wiadomo, czemu nasi łowcy rzucają w nas czosnkiem na przywitanie. 😉

Gra składa się z dwóch części fabularnych: pogonią za Czarnoksiężnikiem oraz (kiedy go już dorwiemy) pogonią za Savą siejącym terror jako wampir. Oznacza to udanie się do nowych lokacji i rozwiązywanie masy nowych i niekiedy absurdalnych problemów. Fabularnie ten tytuł naprawdę wciąga! Do tego stopnia, że przeszedłem go kilka razy i ani trochę nie czułem się znudzony.

Pojedynki z przeciwnikami odbywają się w formie turowej. Co trzecia tura wypada nam jako combo, gdzie możemy użyć więcej niż jeden atak (tak długo, jeśli mamy wystarczająco punktów skupienia – focus). Ataki mamy wszelakie: od fizycznych po magiczne. Mamy też zaklęcia wzmocnienia, aby otrzymywać mniej obrażeń lub też zadawać ich więcej.

Nasza postać, wraz z każdym zdobytym poziomem, dostaje punkt umiejętności oraz punkty blood lines. Te pierwsze pozwalają nam ulepszać nasze zaklęcia i ataki wykorzystywane podczas walki, a te drugie pozwalają nam zwiększać ilość punktów zdrowia, zadawane obrażenia danym typem broni, wytrzymałość, itd. czyli tzw. umiejętności pasywne.

Gra oferuje też wiele innych wydarzeń, którymi można się zająć między misjami. Możemy polować na Brutali, czyli swego rodzaju bossy. Dzielą się oni na Dzikich (Wild) i Obrońców (Guardian). Kiedy pokonamy wszystkich z danej grupy, możemy zmierzyć się z ich bogami. Mamy też Brutali Dziennych: codziennie pojawia się nowy, a zabicie ich 7 dni pod rząd daje nam ciekawe nagrody.

Mamy też polowania na Alfy: dziwnych stworzeń ciągnących do Brutali. Jest to czasowe wydarzenie i mamy szansę zebrać trochę fantów, aby ulepszyć naszą postać.

Gra pozwala też zacząć wszystko od nowa na większym poziomie trudności. Postęp naszej postaci nie ulega resetowi.

Vampire’s Fall: Origins to gra, która mnie uwiodła, urzekła i spełniła moje wszystkie oczekiwania. Miałem niesamowitą fabułę, miałem zajmujący tryb walki, miałem sporo do robienia między zadaniami, były też dziwne misje i pokręcony humor. Bawiłem się przednio i będę bawił się dalej, bo wciąż mam nowe, trudniejsze poziomy do przejścia.

Gorąco polecam grę każdemu fanowi wampirów, oldschoolowych gier i… czosnku. 😛

Mefisto

#369. My Time At Portia

My Time At Portia to przeurocza gra wydana w styczniu 2019 przez Pathea Games i Team17 Digital Ltd. W tym tytule otwieramy się na przygody w świecie, który przeżył apokalipsę i powoli staje na nogi korzystając z dobrodziejstw naszych przodków. Mimo iż brzmi to bardzo mrocznie, to jednak cukierowa oprawa graficzna sprawia, że ciężko uwierzyć w te kilkaset lat ciemności…

Jednakże skupmy się na fabule!

Naszą postacią jest młody budowniczy, który otrzymał w prezencie od swego enigmatycznego ojca warsztat w miasteczku zwanym Portia. Budynek jest w opłakanym stanie, ale jak to ujął przyjaciel naszego tatka – „twój tato był dusigroszem”. Zaczynamy więc od lekkiej naprawy przybytku, a także od rejestracji naszego biznesu. Wymaga to stworzenia dwóch przedmiotów: kilofa i siekiery. Po tym dostajemy certyfikat, a stworzone przedmioty możemy sobie zachować – wszak będą nam bardzo potrzebne w wykonywaniu naszej profesji!

Jak tylko stajemy się oficjalnie budowniczymi, wpada Arlo – szef Civil Corps (coś w stylu lokalnej policji) z zadaniem dla nas: zbudować most na Bursztynową Wyspę (Amber Island). I – kompletnie nie wiedząc co robię – wziąłem się za budowę!

Przez długi czas biegałem bez większego celu, bo nie wiedziałem skąd i jak mam czerpać trochę bardziej zaawansowane surowce. Odkryłem jednak ruiny, gdzie można było znaleźć niektóre rudy oraz relikty (np. silniki), których ludzkość nie potrafiła już produkować. Fabuła wszak toczy się po jakiejś wielkiej wojnie i setkach lat ciemności spowodowanej nią. Dlatego też zaawansowanie naszej cywilizacji zależy od tego jak bardzo odzyskamy utracone w wojnie rozwiązania i od tego czy Kościół Światła (Church of Light) nie będzie się za bardzo czepiał. W końcu wszyscy obawiają się kolejnej wojny i konsekwencji, jakie mogłaby za sobą przynieść.

Wróćmy jednak do fabuły. Nasze zadania podzielone są między misjami głównymi, których nie ma sporo, ale zdobycie przedmiotów potrzebnych do ich ukończenia jest czasochłonne. Mamy też misje poboczne związane z fachem naszego budowniczego, aby najzwyczajniej w świecie zarobić pieniądze na niezbędne ulepszenia, a te są kosztowne. Poza tym możemy rozbudowywać nasz dom, aby móc wprowadzić tam żonę lub męża, mieć maksymalnie dwójkę dzieci oraz powiększać ogródek, aby postawić tam więcej naszych wymyślnych maszyn albo – moją ulubioną rzecz – fabrykę, gdzie wszystko praktycznie robi się samo.

Nasze główne zadania pomagają Portii się rozwijać: budujemy drogi, nowe połączenia z innym miastem, spada na nas satelita, a wraz z nim przedziwny robot o imieniu Ack. Niewiele brakuje, abyśmy stali się ofiarami oszustów, ale Civil Corps jak zawsze ratuje dzień (czytaj: złoją im tak skórę, że ci nie odważą się więcej nas męczyć).

Nasza opowieść jednak rozkręca się w momencie, kiedy natrafiamy na wzmiankę o czymś, co zwie się All Source Computer (co możemy przetłumaczyć na komputer z dostępem do wszystkich źródeł – w grze objawia się to jako komputer do zarządzania innymi komputerami). Wraz z nim pojawia się Zły Rycerz (Rogue Knight) – zbuntowany relikt przeszłości, który niegdyś miał na celu chronić słabych, a teraz po prostu działa nam na nerwy i próbuje zabrać nam zaawansowaną technologicznie zabawkę.

Stajemy się też (znowu) ofiarami oszustwa, bowiem źli i wredni piraci, podając się za członków rady, wpierw pomagają nam odnaleźć urządzenie, a potem chcą je ukraść. Udaje się nam jednak odkryć spisek i w porę stoczyć walkę z finalnym bossem.

Gra bardzo mi się spodobała, bo uwielbiam gry, które mają elementy RPG, rozwój postaci, możliwość zbierania i przetwarzania przedmiotów lub surowców oraz budowę/tworzenie maszyn. Tutaj spotkałem się z olbrzymią ilością wymaganych przedmiotów, aby stworzyć jedną głupią rzecz (z wartością zupełnie niewartą mojego zaangażowania) i przenieść się kawałek dalej w naszej opowieści.

Poza tym możemy mieć w grze wątek miłosny i rodzinny, który opiera się nie tylko na randkowaniu z potencjalną parterką lub potencjalnym partnerem, aby móc się do nich zbliżyć, ale też na uczestniczeniu w misjach pobocznych dotyczących naszego związku i rodziny. To była bardzo miła odskocznia od dosyć monotonnej profesji budowniczego. 🙂

Dodatkowym atutem są różne wydarzenia związane z porą roku (np. wyścigi konne albo bitwa na śnieżki) lub też obchodzenie swoich i cudzych urodzin. Możemy też gotować, grać w mini gry w restauracji, łowić ryby, a nawet założyć farmę w ogrodzie. Można też hodować zwierzęta w specjalnych zagrodach (albo, tak jak ja, trzymać je w skrzyniach :o).

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Oczywiście tytuł bardzo mocno polecam z zaznaczeniem, że trzeba do niego podejść z dużą ilością czasu, aby być w staniem spróbować wszystkiego, co ta gra ma do zaoferowania. 😉

Mefisto

#363. Dragon Age: Inquisition – Game Of The Year Edition

Workspace 1_2019_01_02_12

Dragon Age: Inquisition to ciekawy tytuł stworzony przez BioWare Edmonton i opublikowany przez Electric Arts. Premiera przypadła na listopad 2014 i od tamtej pory gra czekała na mnie cierpliwie przez kilka lat.

Nasza przygoda zaczyna się w świecie Thedas pełnym chaosu po piątej pladze (opisanych w Dragon Age: Origins i Dragon Age: Awakening) oraz po rebelii magów (opisanej w Dragon Age II). Poznajemy naszą postać, która cudem przetrwała coś, co zniszczyło Świątynię Prochów (Temple of Ashes), pochłonęło wiele żyć po stronie magów i templariuszy toczących ze sobą boje od roku, zabiło Justynię V (Justinia V) – „Boską”, głowę Zakonu wyznającego Stwórcę i umieściło znamię na naszej dłoni reagujący na wyrwę w niebiosach (po angielsku Breach, po polsku tłumacze nazwali ją Wyłomem).

Workspace 1_2019_01_02_08

Stworzony przeze mnie mag zostaje pojmany przez Kasandrę (Cassandra) – Poszukiwaczkę Zakonu, która badała sprawę rebelii magów. Informuje nas ona o tym, że nasze znamię reaguje wraz z Wyłomem, a im dłużej to trwa tym bardziej nas to zabija. Po tym uroczym fakcie udajemy się do mniejszej szczeliny, gdzie dowiadujemy się, że nasz tajemniczy znak potrafi je zamykać. Stajemy się więc jedyną nadzieją dla tego świata, a niektórzy nazywają nas Heraldem Andrasty.

Workspace 1_2019_01_12_03

Nasze zadanie polega teraz na zamykaniu szczelin. Kolejną zamykamy w ruinach świątyni, aby ustabilizować Wyłom, a tym samym zabijące nas znamię. Oczywiście nasza postać pada nieprzytomna i budzi się w Azylu, aby od razu przeżyć scenę w stylu „za cholerę nie rozumiem elfów”. No bo jak pojąć sytuację, kiedy elfka coś nam przynosi, przeprasza i wybiega. Ona tam bombę zostawiła, czy co?

Główne zadania kierują nas do świątyni, a tam mamy scenę, gdzie Kanclerz Roderyk (Rodrick) jest rozgramiany słownie przez Kasandrę, a ostatecznie zostaje powołona Inkwizycja, aby uporządkować świat, który popada w coraz większy chaos.

Workspace 1_2019_01_12_04

Mimo małego zwycięstwa, dowiadujemy się od naszych przyszłych doradców Józefiny (Josephine), Leliany i Cullena, że potrzebujemy więcej poparcia, dlatego musimy udać się do Zaziemia (Hinterlands), gdzie czeka na nas Matka Giselle z ofertą pomocy. W międzyczasie ratujemy wszystko i wszytkich, zbierając zadania po drodze. Wszystko po to, aby zdobyć wystarczająco przychylności i zyskać wsparcie magów lub templariuszy.

Postanowiłem zbratać się z magami (w końcu i ja mag, więc jakaś podstawa do rozmów już jest). W sieci intryg poznajemy maga Doriana, który pomaga nam w naszej misji mającej na celu pertraktacje z magistrem z Tevinter. Dorian jest dosyć specyficzną postacią, bo jest pierwszym towarzyszem-gejem w serii Dragon Age. Jego charakter jest za to równie dziwaczny, co większości obywateli Tevinter. Mogę rzec, że ktoś ich pompką napomował i zapomniał spuścić powietrze – zobrazujcie sobie teraz, jak ktoś zachowywałby się po czymś takim.

Workspace 1_2019_01_11_18

Zostajemy przypadkiem wysłani w przyszłość – mroczną, pozbawioną nadziei, gdzie rządzi Przedwieczny (Elder One). Świat demonów zszedł się z Thedas i stworzył najczarniejszą opcję, jaka mogła być. Wszystko dlatego, że nasza postać zniknęła na rok. Jednakże nasz dzielny bohater i jego rezolutny mag Dorian wracają do czasów nim pradawny nemesis doszczętnie zmiażdżył ludzkość, bogatsi w nową wiedzę o naszym wrogu oraz w sojuszników – magów.

Dzięki nowemu przymierzu udaje się zamknąć Wyłom, a Azyl zatraca się w świętowaniu swojego zwycięstwa. Nie trwa to jednak długo bowiem atakują nas Czerwoni Templariusze (czyli tacy, którzy najadli się czerwonego, skażonego plagą lyrium, przez co zamienili się w marionetki posłusze Przedwiecznemu). Na czele tej urocznej armii jest oczywiście nasz główny wróg. Biegamy w szale, zabijamy złych templariuszy i ratujemy, kogo się da. Potem podjąłem decyzję, aby wszyscy uciekali tajnym przejściem, a my idziemy ustawić ostatni trebuszet, aby spowodować lawinę.

Dopada nas Przedwieczny i nawet się przedstawia. Corypheus. Uświadamia on nas, że znamię na naszej ręce to jego dzieło, ale jest to dzieło przypadku, bowiem podnieśliśmy artefakt, który przyznawał moc otwierania bram do otchłani, czyli domu demonów i wszelkich dziwnych dusz. Nasz nemesis ma o to do nas pretensje, tym bardziej, kiedy się okazuje, że tej mocy nie da się ukraść.

Workspace 1_2019_01_12_08

Ocierając się o śmierć powodujemy lawinę i wędrujemy przez śnieżne pustkowia, aż dotrzemy do tymczasowego obozowiska Inkwizycji. To, że przeżyliśmy, uznane jest za kolejny cud i daje nadzieję tym, którzy nas popierają. Przy pomocy elfa Solasa odnajdujemy zamek – Podbiebną Twierdzę (Skyhold).

Workspace 1_2019_01_12_11

W tej twierdzy oficjalnie stajemy się liderem Inkwizycji, wybrańcem Stwórcy i tak dalej, na barkach którego spoczywa los całego świata. Z naszej nowej bazy szukamy wszelkich możliwości i informacji o Corypheusie, a Varric nam je dostarcza: przyprowadza nam bohatera Dragon Age II – Hawke’a. Oczywiście Kasandra mało co nie zrobiła z krasnoluda dywanu po tym, jak dowiedziała się, że Varric wiedział, gdzie znajdował się jego przyjaciel, mimo iż cały czas twierdził, że nie wiedział. Podobny żart wyciął jej później przez co biedna Kasandra myślała, że biorę ślub z Dorianem. 😀 To była najlepsza scena w całej grze!

Wraz z Hawkiem i jego przyjacielem Stroudem – Szarym Strażnikiem (Grey Warden) – rozwiązujemy zagadkę znikających Strażników, którzy okazują się podatni na wpływ Corypheusa. Oczywiście wiąże się to z wpadnięciem do Pustki (Fade), zabiciu masy demonów, odzyskaniu części wspomnień, aby zrozumieć, co dokładnie wydarzyło się w Świątyni Prochów, a na koniec zdecydowanie, czy to Hawke, czy Stroud ma zostać w Pustce i zginąć, aby kupić nam trochę czasu na ucieczkę.

14610667932804448256_20190823003722_1

Kolejne kroki kierujemy już w stronę ataku na siły naszego wroga. Pomaga nam w tym Morrigan – wiedźma, którą można było spotkać w pierwszej części gry. Dzięki naszym staraniom (nie do końca idącym wedle naszych planów) udaje nam się pokonać siły Corypheusa i zmusić go do zmierzenia się z nami twarzą w twarz, aby ostatecznie rozwiązać problem wiszącej zagłady nad Thedas.

14610667932804448256_20190827201344_1

Do tego tytułu, w zestawie Game Of The Year Edition, dołączone były dodatki, które pozwoliły mi ekspolorować świat i rozwiązywać pojawiające się problemy. Dodatek Intruz (Trespasser) jest warty wspomnienia, bowiem jest on ostatecznym końcem gry. Nasza historia przesuwa się dwa lata w przód, gdzie stawiamy się na naradzie mającej na celu ustalenie losów Inkwizycji. Narady zostają jednak przerwane (no może nie do końca przerwane – one dalej trwają, ale nasza postać rozwiązuje kolejne problemy), a my ruszamy w pogoń za jednym z naszych towarzyszy. Mam szczerą nadzieję, że ten wątek będzie kontynuowany w kolejnej części Dragon Age!

Jestem, jak zawsze zresztą, zrozpaczony, że skończyłem już grać. Żałuję, że nie ma więcej dodatków, żałuję, że nie ma już więcej misji pobocznych, ani czegokolwiek, co można by było zbierać. Jednak ten żal jest efektem kawałka sporej i dobrej fabuły, godzin spędzonych na wykonywaniu zadań, rozwijaniu swojej postaci, rozwijaniu relacji z postaciami pobocznymi… I mógłbym tak wymieniać w nieskończoność. No i jest jeszcze to: skakanie. W tej części dali skakanie. Domyślacie się chyba, że połowa misja to skakanie niczym kozica górska po skałkach, aby podnieść przedmiot i iść dalej?

Albo można było skakać z murów w Podniebnej Twierdzy! Jestem ciekaw, co myśleli sobie moi żołnierze: „o, patrzcie, inkwizytor znowu wyskoczył z okna”, „o, inkwizytor spadł z muru – czy on nie wie, że tutaj obok są schody”. 🙂

Owszem – była masa bugów w grze, kilkanaście razy gra się po prostu wywaliła. Podczas przechodzenia przez Eluviany potrafiła zgłupieć… To są jednak dosyć „normalne” rzeczy – w końcu nie wszystko może być idealne, a ostatecznie też nagraniami bugów można zalewać YouTube. 😉

Podobało mi się. Bardzo mi się podobało! Dlatego cieszę się, że BioWare potwierdziło Dragon Age 4! Mam tylko nadzieję, że dokończą ten tytuł i wydadzą go w przeciągu kilku następnych lat (ach ci twórcy – zawsze się z nami, graczami, drażnią).

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Z całego serca polecam zagrać w ten tytuł – w szczególności, jeśli ktoś grał w poprzednie części i je polubił.

Mefisto