#074. Życie z Nowym Życiem

Chciałbym od razu przeprosić wszystkich moich bliskich i znajomych, którzy czytają mojego bloga, a których ja trochę ostatnio zaniedbałem. Nowe Życie, zwane też Smoczkiem (bo dźwięki smokopodobne wydaje) oraz Gremlinem (nie karmić po północy!) pochłonęło mnie doszczętnie. Wiadomo, dzieci to wysiłek, ale moje to szczególnie lubi się siłować. Dziwię się sobie, że udaje mi się po nocach zrobić tak prozaiczną rzecz jak napisanie notki.

Mój ostatni miesiąc – jak się pewnie domyślacie – był dosyć ekscentryczny, wesoły, ale i męczący. Poczynając od samego porodu, który zaczął się jak w filmach – nagle, niespodziewanie, postępując szybko. Tylko krzyków i jęków z naszej strony zabrakło. Musieliśmy się uprzeć, aby nas przyjęli do szpitala, bo położne były zdania, że lepiej będzie nam poczekać w domu. Gdybyśmy posłuchali, nasze dziecko urodziłoby się w domu, nie w szpitalu, bo po dotarciu do szpitala okazało się, że jesteśmy już w połowie drogi. Smoczyńskiemu śpieszyło się na świat do tego stopnia, że pojawił się po około jednej trzeciej doby od pierwszych skurczy w domu, dokładnie zaraz po tym jak zadzwonił budzik w moim telefonie. Wejście Smoka w pełnej krasie.

Normalnie ludzi wypuszczają po sześciu godzinach od porodu – nam kazano czekać dwanaście. Dwanaście przedłużyło się do półtorej doby. Dlaczego? Bo w sali, w której nas ulokowano, było tak ciepło i duszno, że wszyscy troje zgodnie odpadaliśmy powoli i każde z nas oddychało z trudem. Wypuścili nas dopiero po tym, jak posiedzieliśmy w klimatyzowanej poczekalni i – dosłownie – ochłonęliśmy. Nie tylko zresztą my. Powiększyło to naszą i tak dużą awersję do szpitali.

Wycieńczeni dwoma nieprzespanymi nocami uciekliśmy do domu i wszyscy troje wtuliliśmy się w siebie, aby odpocząć. Najwspanialsze uczucie na świecie – wyspać się przy noworodku. 😉

Pisałem, że się przeprowadziliśmy? No to przeprowadzamy się znowu. Było to postanowione od dawien dawna, a kontrakt na nowe mieszkanie podpisaliśmy dzień przed porodem. Wszyscy troje zgodnie potrzebowaliśmy przestrzeni i spokoju, więc wynieśliśmy się za miasto na wieś. Teraz przyzwyczajamy się do ciszy – po raz pierwszy od dłuższego czasu. Czuję się w końcu jak w domu – nawet nasz samochód ma swój osobisty kąt i w końcu mogę go parkować w zasięgu wzroku.

Muszę jeszcze tylko wywalczyć przeniesienie internetu, bo wychodzi na to, że BT pragnie mieć o sobie całą notkę w postaci tyrady, dlaczego nie poleciłbym ich najgorszemu wrogowi.

Cóż mogę jeszcze rzec? Jestem piekielnie zajęty i zmęczony, ale i diabelnie szczęśliwy, bo mam przy sobie najważniejsze dla mnie osoby. Każdy dzień jest na swój sposób szczególny właśnie z tego powodu. 🙂

Mefisto

#073. Chwila

Nie było mnie chwilę. Dosłownie chwilę, bo choć minęło wiele dni, ja mam wrażenie, że upłynęła ta jedyna nieszczęsna chwila. Godziny zlały się w jeden ciąg wspomnień, wrażeń i przeżyć, jak gdyby czas wyszedł zza wszelkie znane nam ramy zdrowego rozsądku. Tak, jakby można było zdjąć ubranie i rozpłynąć się w powietrzu, bowiem właśnie to ubranie sprawiało, że istniało się w tym świecie.

Grzmiało jak jasna cholera, pierwszy raz od dawna, bowiem nawet niebo przepowiadało to, co miało się wydarzyć. Każdy cal mojego ciała czuł to, drżał w niepokoju, podnieceniu, zatroskaniu i niecierpliwości. Powietrze przesiąknęło zapachem oczekiwania, a my trwaliśmy przy sobie godzina po godzinie, nieświadomi ile ich już upłynęło.

Czas leciał przed siebie, a my zawiśliśmy właśnie w tym momencie, w tej jednej chwili, podczas bóli i potów, i tego piekielnego oczekiwania w niecierpliwości. Przysiągłbym, że coś wewnątrz mojej głowy podpowiadało, że tak wygląda wieczność – w oczekiwaniu, zawieszeniu i niepewności.

Aż w końcu coś przerwało zaklęcie nieskończoności i znów wpadliśmy w ramiona czasu, który porwał nas w głąb siebie. Rzucani w odmętach godzin, dotrwaliśmy tej chwili, gdzie w naszych rękach złożone zostało nowe życie. Serce waliło mi tak mocno z podniecenia, że mało nie wyrwało się poza klatkę piersiową. A to małe serduszko wtórowało równie ochoczo! Po prostu w jednej chwili z nicości pojawiło się to maleństwo i zostało z nami.

Będę się pojawiał na blogu, ale może być mnie zdecydowanie mniej tutaj. Nie wińcie mnie za to – mam nowe życie do przeprowadzenia przez świat.

Mefisto

#072. Doktor śmierć

Jestem młody i nie myślę sporo o śmierci. To – wydawałoby się – dość odległy temat. W końcu ledwo wyszedłem z wieku nastoletniego i powoli wkraczam w dorosłość. Za wcześnie, aby myśleć o takich rzeczach. Mam tyle błędów do popełnienia, tyle trosk i radości do przeżycia. Jednym słowem – wszystko przede mną. Ilu z nas tak myśli?

A jednak ona jest i czai się za rogiem, czekając, aż nadarzy się moment, by zaatakować.

Przeprowadzka dla mnie i mojej połowy zaczęła się nieprzyjemnie.

Nie raz już pisałem o angielskiej służbie zdrowia i jej podejściu do tego, co człowiek ma najcenniejsze – do życia. Odnoszę wrażenie, że człowiek młody nie ma prawa chorować. No może co najwyżej na depresję, aby można było zarabiać na antydepresantach. Człowiek płaci spore podatki, idzie do lekarza, kiedy jest chory i doktor, poprzez magiczny rentgen w oczach mówi, że nic ci nie jest, że trzeba poczekać i samo przejdzie. Nie przechodzi? Weź paracetamol i poczekaj jeszcze. Po którymś błędnym kole człowiek idzie prywatnie i okazuje się, że czekanie pogorszyło sprawę, że proste badanie ujawniłoby winowację – przeczynę choroby i sposób walki z nią. A tak to trzeba na okrętkę, potrzeba mocniejszych leków, a niekiedy i siły wyższej, aby się z problemu wyzwolić. Nagle prosty problem okazuje się ciężki do zwalczenia, bo czas zrobił swoje, a i medyczna biurokracja ociera się o “Dwanaście Prac Asteriksa”.

Co na to publiczna służba zdrowia? “A może by tak dać temu jeszcze dwa tygodnie i pięć paczek paracetamolu”…

Po kolei. Moja połówka jest bardzo dobrym kierowcą, a jednak tego dnia udało się stuknąć lampę. Na szczęście tylko stuknąć i została tylko rysa oraz lekkie wgniecenie. Wiedziałem, że coś jest nie tak – moja połowa za dobrze prowadzi, by wyjeżdżając żółwim tempem z parkingu walnąć tak po prostu w lampę. I miałem rację.

O północy moja połowa padła na łóżku i tak została przez jakiś czas. Pamiętam błaganie o wodę, a potem serie wymiotów po zwykłej wodzie. Za pierwszym razem udało się to opanować. Za drugim już nie, więc zadzwoniłem na numer alarmowy z pytaniem, co robić. Na szczęście trafiłem na kobietę, która miała w sobie trochę empatii i na oświadczenie, że połówka zwraca nawet wodę, wysłała do nas pomoc medyczną.

Niedługo potem para ratowników medycznych wkroczyła w nasze progi. Moja połówka nic nie widziała w świetle, majaczyła… Nawet mnie ciężko było zrozumieć, co mówi miłość mojego życia, bo to nie miało po prostu sensu. Kolejna fala wymiotów zmiotła nas do szpitala.

W ambulansie standardowo kroplówka, paracetamol i wywiad. Moja połówka dalej majaczyła, ale trochę mniej, bo upewniała się, że jestem obok. W międzyczasie słuchałem, jak ratownicy dyskutują, co powiedzieć, aby nas przyjęto od razu na oddział zamiast czekać kilka godzin w poczekalni. Nie wiem, co powiedzieli, ale przyjęto nas i miłość ma spoczeła za zasłoną imitującą osobą salę, izolując się od bolesnego dla oczu światła. Do tej pory nie mieści mi się w głowie, jakim cudem ktokolwiek mógłby odesłać półprzytomną osobę do poczekalni na kilka godzin męki i oczekiwania…

Początkowo nie było źle: połówka zaczęła powoli kontaktować, gorączka zaczęła spadać. Pielęgniarka przyniosła paracetamol w tabletkach. I się zaczęło. Połówka zwróciła wszystko, co się dało i wpadła w gorsze majaki oraz dużo większą gorączkę. Do tego połowa zaczęła błagać mnie, abyśmy wyszli, bo czuje się lepiej. Wstawała i upadała na mnie, a ja załamywałem się pod ciężarem nieprzytomnego ciała. Nikt z personelu nie zareagował do momentu, aż sam poprosiłem o pomoc, chociaż mieli doskonały widok na ten cały cyrk, bo łóżko stało naprzeciw biurka lekarzy i pielęgniarek.

Dostaliśmy kolejny paracetamol i znowu chlust. Po raz kolejny poleciałem po pomoc i przyszła do nas lekarka, która się wystraszyła i podała antybiotyk w kroplówce. Moja połówka zaczęła kontaktować, porozmawialiśmy i w końcu mogła się zdrzemnąć.

Później przyszedł inny doktor, który odprawił swoje szamaństwa – włącznie ze świeceniem iphonem po oczach – i nic nie stwierdził. Właściwie to stwierdził, że niedługo nas wypiszą.

Niestety mojej połowie się pogorszyło.

Pobrano krew, zrobiono kilka badań, prześwietleń i trafiliśmy na inną salę, ze starszymi ludźmi, gdzie z reguły zostaje się na dłużej. Tam znowu dano połówce paracetamol i znowu się zaczęło. Na szczęście był tam pielęgniarz, który był z agencji i, widząc co się dzieje, podszedł do nas i pomógł mi ułożyć połówkę na łóżku. Moja miłość pytała, ile musi zapłacić za opiekę i upierała się, że czuje się na tyle dobrze, aby wyjść już do domu. Ja w międzyczasie pokazałem kopię wyników badań, które znalazłem w telefonie – odnośnie leczonej infekcji bakteryjnej i to nie jednej, a kilku na raz. Pielęgniarz spojrzał na nie i kazał pilnie pokazać lekarzowi. Sam zadzownił do niego, ale pan doktor (ten od szamaństwa) nie raczył pojawić się za prędko.

Od tej pory wszystkie przeciwbólowe przemycałem ukradkiem do plecaka i stan zdrowia mojej połowy zaczął się normalizować. Żałuję, że nie zrobiłem tego wcześniej, niestety zawsze przy tym były pielęgniarki, a one nie pozwalały ich nie wziąć – nawet jeśli pacjent ma pusty żołądek, a przecież na pusty żołądek się ich nie bierze.

W końcu zjawił się doktor. Pokazałem wyniki, ale on się wykręcał, jak mógł. “A bo po polsku są”. To przetłumaczę. Zresztą nazwy drobnoustrojów są po łacinie i są rozumiane przez Anglików (inaczej pielęgniarz też miałby z tym problem). Jak doszło do tego, że bakterię przechrzcił na wirusa to mnie zatkało. I to wybrał do tego bakterię z końcówką -bacter w nazwie. Odetkało mnie chwilę później, jak już sobie poszedł. Przy takim specjaliście miałem najczarniejsze z myśli w głowie.

Później pamiętam już tylko strzępy – podano obiad, którym najpierw ja karmiłem moją połowę, potem ona mnie. Chowałem po kieszeniach przeciwbólowe i trzymałem moją połowę za rękę. Przeniesiono nas do osobnej sali, podejrzewając coś zaraźliwego (o czym dowiedziałem się później). Pomysł pielęgniarek oczywiście, nie lekarza. Udało mi się nawet wybłagać kilka tostów dla mojej połowy. Pielęgniarka, którą o to prosiłem przyniosła też kilka tostów dla mnie i ciepłą herbatę. Po całym dniu stresu było to jak zbawienie.

I przyznam szczerze, że ze zmęczenia padłem. Kojarzę, że przyszła pielęgniarka zbadać moją połowę, pamiętam nawet, że sam biegałem za kimkolwiek, kto mógłby zmienić kroplówkę. Wszystko to pamiętam jak przez sen, istny koszmar, który wyssał z nas obojga blisko tydzieści godzin życia i pewnie kilka przyszłych lat życia w zapasie.

Nad ranem przyszedł inny lekarz. Również pokazałem wyniki, a on skwitował najprościej, że gdyby to była jego zmiana wczoraj, podałby mojej połowie antybiotyk na podstawie antybiogramu. Później przyszła starsza stażem pielęgniarka, która przyniosła przeciwbólowe. Wpierw jednak upewniła się, że połowa zjadła śniadanie, ponieważ “paracetamolu nie można brać na pusty żołądek”.

Niedługo potem nas wypisano z zapasem, a jakże, przeciwbólowych na kilka następnych lat.

Nie muszę mówić, że połówce się pogorszyło? Tym razem jednak ratowałem ją prywatnie. Nie, nie paracetamolem.

Nie wiem, co stałoby się, gdybym nie mógł być z moją połową w szpitalu. Nie chcę nawet myśleć o tym, co człowiek samotny musi przejść, kiedy pakują na umór przeciwbólowe, jakby to było rozwiązanie wszystkich chorób świata. Zabicie bólu nie zabija problemu – problem trzeba wpierw znaleźć, aby ukręcić mu łeb. Inaczej pacjent, nawet w majakach, będzie upierał się, że czuje się dobrze i uciekał w te pędy ze szpitala.

Mefisto

#070. Jeśli trafię to piekła to zakręcę tam ogrzewanie

W tym miejscu miała być wesoła, pełna energii notka, ale ostatnimi czasy, pomimo iż uparcie próbuję być zadowolony, co chwila pojawia się coś, co zdziera mi uśmiech z twarzy.

Zacznijmy od upałów. Ostatni tydzień to była dla mnie i mojej połowy gehenną. Nogi spuchnięte, zawroty głowy, cera czerwona jak u pomidora i to nie z powodu opalenizny… Nie mogłem chodzić. Kierownik akurat w czasie upału chciał, abym przyszedł do pracy zamiast pracować z domu. Po co? Nie wiem. On też nie wiedział. Na zalecenie lekarza nie poszedłem.

Przez upały padła mi płyta indukcyjna, na której gotowałem, bo było szybko i tanio pod względem energetycznym niż jakbym używał gazowej. Gazowa kuchenka jest stara i nigdy nie czyszczona, więc każde gotowanie to ryzyko wybuchu.

Wczoraj, chcąc napisać wesołą notkę, odkryłem, że z powodu upałów uszkodziła mi się pamięć w telefonie i… wszystkie moje zdjęcia odeszły do cyfrowej krainy wiecznych łowów. Tylko zdjęcia. Tymczasowe pliki mają się świetnie – nawet, jeśli to Dakann w sukience (tylko skąd on się u mnie wziął). Tyle dobrego, że część zdjęć odzyskałem – tylko część, bo reszta jest uszkodzona. Czeka mnie przeglądanie i usuwanie plików. Jakbym miał mało do zrobienia…

A dlaczego miałem napisać wesołą notkę? Bo udało mi się kupić dysk SSD w sklepie charytatywnym za całe sześć funtów. Nowy. Nowe kosztują ponad pięćdziesiąt funtów, a ja ostatnio myślałem nad zakupem takiego…

Tyle dobrego, że chłodzenie w komputerze mam przednie, bo gdyby padł to, przysięgam, dorwałbym tego, co mnie taką pogodą pokarał i wrzucił do zamrażarki, aż do odwołania.

Mefisto

#068. Przeprowadzkowy armagedon cz.3

Strasznie nie lubię przeprowadzek, bo ciągną się jak krew z nosa, a nawet gorzej. Ale oto zdałem klucze kilka dni temu i dostałem depozyt w całości, więc można by rzec, że wszystko poszło sprawnie.

W tym wpisie jednak chciałbym odbić trochę (ale tylko trochę) od motywu przeprowadzki i opisać Wam moich nowych przyjaciół. Właściwie przyjaciół mojej maskotki mewy, którą zakupiłem w sklepie charytatywnym (na zasadzie: wziąłem do rąk i robiłem maślane oczy do mojej połówki, aż stwierdziła, że mogę ją kupić).

Pluszowa mewa zajęła zaszczytne miejsce na oknie, na młynku do kawy, aby obserwować niczego sobie widok. Za oknem, na dachach, siedziały (żywe) mewy, więc miała towarzystwo. No właśnie. Mewy zauważyły nową koleżankę w oknie i obserwowały ją uważnie. Moja połówka – w ramach żartu – poruszała pluszową mewą albo przestawiała ją w inne miejsce. Raz pluszak stał na głowie, raz siedział z doniczką na głowie, a niekiedy wracał na młynek i znowu się nie ruszał.

Mewy – sztuk dwie – zaczęły ją regularnie odwiedzać, a z czasem i nawoływać. Uspokajały się po dłuższej chwili, chyba, że pluszowa mewa “poruszyła się”. Niedawno były silne wiatry, a i tak dały radę dotrzeć na dach i obserwować swoją pluszową koleżankę. Aż mi żal ich było, jak skulone stały na dachu, ale z drugiej strony podziwiam oddanie z jakim dotrzymują towarzystwa pluszowej zabawce.

Przychodzą codziennie po kilka razy. Upewniają się, że ich koleżanka ma się dobrze. Czuję się dziwnie obserwując mewy, które posiadają więcej empatii niż przeciętny człowiek.

Mefisto

#067. To już rok!

To niesamowite, jak szybko czas leci. Szybciej, niż można by się spodziewać. Rok temu, dokładnie dwudziestego pierwszego maja założyłem tego bloga, a na następny dzień dodałem pierwszy wpis. To miał być blog o wszystkim (co lubię) i chyba jest, bo w końcu od czasu do czasu zamieszczam po trochu moich jęków, po trochu recenzji, a po trochu moich myśli i zdarzeń z życia. Myślę, że w jakiś sposób mi to wyszło – na pewno w kwestii jęczenia, bo to wychodzi mi – jak zawsze – najlepiej.

Przez cały rok przewinęło się przez niego tyle osób, dzieląc się swoimi spostrzeżeniami na temat różnych rzeczy. Również i ja wpadłem na blogi, które zdążyły powstać i zniknąć podczas tego roku. Zabawne, że – choć jestem typem lenia i osoby, która nigdy nie dociąga nic do końca – udało mi się wytrwać rok.

Mam nadzieję, że będę trwał dalej i wytrwam do następnego roku, a potem do kolejnego i tak dalej, aż do momentu, kiedy nadejdzie jakiś sensowny koniec. Pisanie notek jest dla mnie jak pisanie autobiografii – staram się, aby każdy wpis był nasycony moim podejściem i to, jak widzę świat. Nie chcę być sztywny w tym, co robię – wystarczy mi, że kiedyś sztywno będę leżeć w trumnie…

Korzystając z okazji chciałbym podziękować wszystkim, którzy weszli i zatrzymali się na chwilę. Nie zważam na to, czy weszliście tu celowo, czy przypadkiem, czy po prostu jakaś tajemnicza siła wessała Was na tę stronę. 😉 Dziękuję wszystkim, którzy zdecydowali się zostawić po sobie ślad w postaci komentarza/y. Dziękuję wszystkim, którzy mnie wspierali i podtrzymywali na duchu w gorszych momentach. Każdy ma swój wkład w tworzenie tego bloga.

Mam nadzieję, że przyjdzie mi napisać podobną notkę za rok. Trzymajcie kciuki, aby tak było. 🙂

Mefisto

#066. Przeprowadzkowy armagedon cz.2

Armagedon wciąż trwa, ale powoli zaczynamy opanowywać wszystkie zmiany, jakie wynikły z przeprowadzki. Chciałbym, aby to był koniec, ale niestety przed nami jeszcze prawie dwa tygodnie męczarni. Pocieszam się faktem, że w końcu wszystkie rzeczy potrzebne do życia znajdują się w nowym mieszkaniu i nie trzeba latać, gdy się okaże, że zupełnie nieistotna (na ogół) rzecz staje się śmiertelnie potrzebna, gdy żyje się “na dwa mieszkania”.

Zacznijmy jednak od wyniku naszej walki Virginmedia vs BT. Szanse były wyrównane, bo obie firmy tak sobie w kulki leciały, że dziwię się, że w ogóle mamy internet. Ale po kolei.

Środa miała być dniem, kiedy to inżynier z BT miał się zjawić i nas podłączyć. On akurat nie zawalił, bo w określonym czasie zjawił się i rozpoczął pracę. BT ma to do siebie, że do internetu wymaga linii telefonicznej, a ta działała. Nie działał za to internet. Dzielny inżynier latał z góry na dół, od skrzynki do skrzynki i czarował, załamywał się, ale koniec końców udało mu się nas awaryjnie podłączyć. Poinformował nas o tym, wyjaśnił, że zjawią się jeszcze smutniejsi panowie i naprawią to. Podziękowaliśmy i pan poszedł w siną dal – mokry i zakatarzony (chociaż oferowaliśmy mu ciepły napój).

Uderzyliśmy do BT z pytaniem, czy skoro net jako tako działa, to czy moglibyśmy dostać stały adres IP, który zamówiliśmy w pakiecie. Niestety usłyszeliśmy, że póki nie podłączą nas poprawnie (czyli nie naprawią tych cudów w skrzynce, nad którymi rozwodził się nas pan inżynier), nie mamy co na to liczyć. A kiedy to miało nastąpić? “Wkrótce”.

Źli, bo w końcu dostęp do internetu i adres IP to dwie najważniejsze rzeczy w pracy mojej połowy, skontaktowaliśmy się z Virginmedia poprzez ich czat. Pisaliśmy z jakąś kobietą, której odpowiedzenie na pytanie zajmowało sporo czasu. Po raz kolejny Virginmedia miała kogoś wysłać, aby sprawdzić, czy można pociągnąć kabel do mieszkania. W międzyczasie znalazłem link do strony, gdzie można zrobić to samemu (miałem w końcu sporo czasu). Jak tylko skończyłem rozmowę na czacie, wypełniłem formularz i już następnego dnia zadzwonił do mnie miły pan, który wymagał zgody właściciela i okolicznych sklepów do prac. Udało nam się to załatwić.

W tym samym czasie BT okupowało ich skrzynkę po drugiej stronie ulicy: dwa auta i kilku smutnych panów rozwodziło się nad tym kablowym sajgonem, który zmieścili w zielonym pudle. Dwóch panów stało nad studzienką, gdzie – jak się okazało – szły kable na naszą ulicę. Przysiągłbym, że podczas ostatnich deszczy widziałem, jak strumienie wody leją się w odmęty tej studzienki lepiej niż do tej przeciwdeszczowej…

W końcu, po siedemnastej, zwinęli się i odjechali. Napisaliśmy do BT pytać się, czy coś wiedzą. Nie wiedzieli. Zdawało mi się, że nawet nie chcą wiedzieć. Spytaliśmy się, ile to jeszcze zajmie. “Jutro ktoś da nam znać”. Kilka minut po skończeniu rozmowy przyszedł email, że wszytko działa i podano nam nasz adres IP. Mój mózg zagotował się i zaraz potem skroplił po tym absurdzie.

Dzisiaj BT zadzowniło do mnie zapytać się, czy internet mi działa oraz rozmawiałem z miłą panią z Indii na temat rekompensaty – otrzymaliśmy darmowe dwa miesiące za zagrzanie nam łepetyn.

Nasz niesamowity wyścig wygrało BT, bo Virginmedia niestety nie skontaktowało się z nami do końca dzisiejszego dnia. Pozostaje tylko poinformować przegranego, że nie muszą się już fatygować i czekać na BT, aż potwierdzi, że rzeczywiście przyznano nam rekompensatę. Wiecie – po tym wszystkim ciężko mi tak po prostu im zaufać.

Na koniec mały smaczek niezwiązany z tematem – ulica, na której mieszkam jest typowo sklepikowo-restauracyjna, więc, chcąc nie chcąc, w okolicy jest sporo pokemonów. Moja połówka biega właśnie po domu i je łapie – aktualnie łowi jakiegoś w toalecie… A to niby ja miałem skończyć uzależniony! 😉

Mefisto