#068. Przeprowadzkowy armagedon cz.3

Strasznie nie lubię przeprowadzek, bo ciągną się jak krew z nosa, a nawet gorzej. Ale oto zdałem klucze kilka dni temu i dostałem depozyt w całości, więc można by rzec, że wszystko poszło sprawnie.

W tym wpisie jednak chciałbym odbić trochę (ale tylko trochę) od motywu przeprowadzki i opisać Wam moich nowych przyjaciół. Właściwie przyjaciół mojej maskotki mewy, którą zakupiłem w sklepie charytatywnym (na zasadzie: wziąłem do rąk i robiłem maślane oczy do mojej połówki, aż stwierdziła, że mogę ją kupić).

Pluszowa mewa zajęła zaszczytne miejsce na oknie, na młynku do kawy, aby obserwować niczego sobie widok. Za oknem, na dachach, siedziały (żywe) mewy, więc miała towarzystwo. No właśnie. Mewy zauważyły nową koleżankę w oknie i obserwowały ją uważnie. Moja połówka – w ramach żartu – poruszała pluszową mewą albo przestawiała ją w inne miejsce. Raz pluszak stał na głowie, raz siedział z doniczką na głowie, a niekiedy wracał na młynek i znowu się nie ruszał.

Mewy – sztuk dwie – zaczęły ją regularnie odwiedzać, a z czasem i nawoływać. Uspokajały się po dłuższej chwili, chyba, że pluszowa mewa “poruszyła się”. Niedawno były silne wiatry, a i tak dały radę dotrzeć na dach i obserwować swoją pluszową koleżankę. Aż mi żal ich było, jak skulone stały na dachu, ale z drugiej strony podziwiam oddanie z jakim dotrzymują towarzystwa pluszowej zabawce.

Przychodzą codziennie po kilka razy. Upewniają się, że ich koleżanka ma się dobrze. Czuję się dziwnie obserwując mewy, które posiadają więcej empatii niż przeciętny człowiek.

Mefisto

#067. To już rok!

To niesamowite, jak szybko czas leci. Szybciej, niż można by się spodziewać. Rok temu, dokładnie dwudziestego pierwszego maja założyłem tego bloga, a na następny dzień dodałem pierwszy wpis. To miał być blog o wszystkim (co lubię) i chyba jest, bo w końcu od czasu do czasu zamieszczam po trochu moich jęków, po trochu recenzji, a po trochu moich myśli i zdarzeń z życia. Myślę, że w jakiś sposób mi to wyszło – na pewno w kwestii jęczenia, bo to wychodzi mi – jak zawsze – najlepiej.

Przez cały rok przewinęło się przez niego tyle osób, dzieląc się swoimi spostrzeżeniami na temat różnych rzeczy. Również i ja wpadłem na blogi, które zdążyły powstać i zniknąć podczas tego roku. Zabawne, że – choć jestem typem lenia i osoby, która nigdy nie dociąga nic do końca – udało mi się wytrwać rok.

Mam nadzieję, że będę trwał dalej i wytrwam do następnego roku, a potem do kolejnego i tak dalej, aż do momentu, kiedy nadejdzie jakiś sensowny koniec. Pisanie notek jest dla mnie jak pisanie autobiografii – staram się, aby każdy wpis był nasycony moim podejściem i to, jak widzę świat. Nie chcę być sztywny w tym, co robię – wystarczy mi, że kiedyś sztywno będę leżeć w trumnie…

Korzystając z okazji chciałbym podziękować wszystkim, którzy weszli i zatrzymali się na chwilę. Nie zważam na to, czy weszliście tu celowo, czy przypadkiem, czy po prostu jakaś tajemnicza siła wessała Was na tę stronę. 😉 Dziękuję wszystkim, którzy zdecydowali się zostawić po sobie ślad w postaci komentarza/y. Dziękuję wszystkim, którzy mnie wspierali i podtrzymywali na duchu w gorszych momentach. Każdy ma swój wkład w tworzenie tego bloga.

Mam nadzieję, że przyjdzie mi napisać podobną notkę za rok. Trzymajcie kciuki, aby tak było. 🙂

Mefisto

#066. Przeprowadzkowy armagedon cz.2

Armagedon wciąż trwa, ale powoli zaczynamy opanowywać wszystkie zmiany, jakie wynikły z przeprowadzki. Chciałbym, aby to był koniec, ale niestety przed nami jeszcze prawie dwa tygodnie męczarni. Pocieszam się faktem, że w końcu wszystkie rzeczy potrzebne do życia znajdują się w nowym mieszkaniu i nie trzeba latać, gdy się okaże, że zupełnie nieistotna (na ogół) rzecz staje się śmiertelnie potrzebna, gdy żyje się “na dwa mieszkania”.

Zacznijmy jednak od wyniku naszej walki Virginmedia vs BT. Szanse były wyrównane, bo obie firmy tak sobie w kulki leciały, że dziwię się, że w ogóle mamy internet. Ale po kolei.

Środa miała być dniem, kiedy to inżynier z BT miał się zjawić i nas podłączyć. On akurat nie zawalił, bo w określonym czasie zjawił się i rozpoczął pracę. BT ma to do siebie, że do internetu wymaga linii telefonicznej, a ta działała. Nie działał za to internet. Dzielny inżynier latał z góry na dół, od skrzynki do skrzynki i czarował, załamywał się, ale koniec końców udało mu się nas awaryjnie podłączyć. Poinformował nas o tym, wyjaśnił, że zjawią się jeszcze smutniejsi panowie i naprawią to. Podziękowaliśmy i pan poszedł w siną dal – mokry i zakatarzony (chociaż oferowaliśmy mu ciepły napój).

Uderzyliśmy do BT z pytaniem, czy skoro net jako tako działa, to czy moglibyśmy dostać stały adres IP, który zamówiliśmy w pakiecie. Niestety usłyszeliśmy, że póki nie podłączą nas poprawnie (czyli nie naprawią tych cudów w skrzynce, nad którymi rozwodził się nas pan inżynier), nie mamy co na to liczyć. A kiedy to miało nastąpić? “Wkrótce”.

Źli, bo w końcu dostęp do internetu i adres IP to dwie najważniejsze rzeczy w pracy mojej połowy, skontaktowaliśmy się z Virginmedia poprzez ich czat. Pisaliśmy z jakąś kobietą, której odpowiedzenie na pytanie zajmowało sporo czasu. Po raz kolejny Virginmedia miała kogoś wysłać, aby sprawdzić, czy można pociągnąć kabel do mieszkania. W międzyczasie znalazłem link do strony, gdzie można zrobić to samemu (miałem w końcu sporo czasu). Jak tylko skończyłem rozmowę na czacie, wypełniłem formularz i już następnego dnia zadzwonił do mnie miły pan, który wymagał zgody właściciela i okolicznych sklepów do prac. Udało nam się to załatwić.

W tym samym czasie BT okupowało ich skrzynkę po drugiej stronie ulicy: dwa auta i kilku smutnych panów rozwodziło się nad tym kablowym sajgonem, który zmieścili w zielonym pudle. Dwóch panów stało nad studzienką, gdzie – jak się okazało – szły kable na naszą ulicę. Przysiągłbym, że podczas ostatnich deszczy widziałem, jak strumienie wody leją się w odmęty tej studzienki lepiej niż do tej przeciwdeszczowej…

W końcu, po siedemnastej, zwinęli się i odjechali. Napisaliśmy do BT pytać się, czy coś wiedzą. Nie wiedzieli. Zdawało mi się, że nawet nie chcą wiedzieć. Spytaliśmy się, ile to jeszcze zajmie. “Jutro ktoś da nam znać”. Kilka minut po skończeniu rozmowy przyszedł email, że wszytko działa i podano nam nasz adres IP. Mój mózg zagotował się i zaraz potem skroplił po tym absurdzie.

Dzisiaj BT zadzowniło do mnie zapytać się, czy internet mi działa oraz rozmawiałem z miłą panią z Indii na temat rekompensaty – otrzymaliśmy darmowe dwa miesiące za zagrzanie nam łepetyn.

Nasz niesamowity wyścig wygrało BT, bo Virginmedia niestety nie skontaktowało się z nami do końca dzisiejszego dnia. Pozostaje tylko poinformować przegranego, że nie muszą się już fatygować i czekać na BT, aż potwierdzi, że rzeczywiście przyznano nam rekompensatę. Wiecie – po tym wszystkim ciężko mi tak po prostu im zaufać.

Na koniec mały smaczek niezwiązany z tematem – ulica, na której mieszkam jest typowo sklepikowo-restauracyjna, więc, chcąc nie chcąc, w okolicy jest sporo pokemonów. Moja połówka biega właśnie po domu i je łapie – aktualnie łowi jakiegoś w toalecie… A to niby ja miałem skończyć uzależniony! 😉

Mefisto

#065. Przeprowadzkowy armagedon cz.1

Od dłuższego czasu zbieram się, aby w końcu coś napisać. A – uwierzcie mi – jest o czym pisać. Sama przeprowadzka wychodzi mi i mojej połówce nader dobrze, chociaż czasami mamy dosyć. Wiadomo, przeprowadzka boli wprost proporcjonalnie do ilości posiadanych rzeczy. I do ilości schodów, które trzeba pokonać.

Moją personalną bolączką w przeprowadzkach jest przenoszenie internetu. Do tej pory trzymaliśmy się z Virginmedia, ale niestety w mieszkaniu nie ma ich gniazdka. Pomimo iż właściciel zgodził się na montaż, postanowiliśmy dać też szansę BT, ponieważ ich gniazdko jest już w mieszkaniu. Zamówiliśmy w sumie dwie usługi – Virginmedia ma sprawdzić, czy kabel można pociągnąć, a BT po prostu podłączyć nas pod gniazdko.

I zacząć się absurdalny wyścig. Wyścig, w którym dostawcy ścigają się nie o to, aby dostarczyć usługę jak najszybciej, ale o to, jak najdłużej to przeciągnąć.

Virginmedia ma swoje za uszami. W poprzednim mieszkaniu nie mieliśmy również ich gniazdka, ale uparliśmy się, aby je tam zamontować. Zajęło im to tylko miesiąc, bo polecony przez właścicieli “inżynier” pokręcił wszystko, jak się tylko dało. Nie przeszkadzało to Virginmedia zarządać od nas zapłaty za miesiąc, kiedy internetu nie mieliśmy. Mieli odnotowane, że kabla w mieszkaniu nie ma, ale… urządzenie (skrzynka) na zewnątrz działała w tym czasie! Odpuścili, kiedy pełen irytacji zapytałem, czy według nich miałem sobie przez ten miesiąc w wiaderku nosić internet do domu. W życiu chyba tak nie zestresowałem człowieka po drugiej stronie słuchawki, bo najwidoczniej bardzo mocno do niego dotarło, jaką głupotę palnął.

I tym razem zgłosiliśmy chęć przeprowadzenia się z nimi. W sumie zgłosiłem to cztery razy i dopiero za czwartym poszło (czyli jestem prawie dwa tygodnie w plecy). Niestety muszą sprawdzić, czy kabel da się pociągnąć, więc montaż może zająć nawet i do trzech tygodni. Znając ich magiczne zdolności, pewnie trwałoby to i dłużej.

Z drugiej strony mamy BT. Gniazdko jest w mieszkaniu, więc powinno pójść łatwo. Konsultant zapewnia, że w ciągu dziesięciu dni roboczych będziemy mieli internet. Nawet dostaliśmy datę wykonania zlecenia na dziesiątego maja. Gdzie w tym wszystkim haczyk? Pomylili adres.

Udało się wszystko odkręcić, data wykonania wciąż ta sama. Wszystko wydaje się wspaniałe do momentu, aż patrzę do zamówienia, a tam data wykonania siedemnasty maja i do tego niepewna, bo może się przesunąć. Dzwonimy, piszemy, pytamy się o co chodzi, ale nikt nic nie wie, nie chce wiedzieć i im ogólnie bardzo przykro. Kilka dni się piekliśmy, bo życzą sobie za samą aktywację istniejącej linii aż 150 funtów, a lecą sobie w kulki.

W końcu się nieco wyjaśniło: oni upierają się, że w mieszkaniu nie ma gniazdka. Albo jest to sytuacja zupełnie przeciwna niż w Virginmedia, albo mi jakaś narośl internetopodobna wyrosła na ścianie. Albo mam halucynacje z braku internetu…

Biliśmy się z nimi mocno, aż w końcu dostaliśmy dostęp do BT Wifi, czyli ich hotspotów rozsianych po mieście. Właściwie to pakiet, wybrany specjalnie dla mojej połówki do pracy, zawiera tę opcję, niestety dane do logowania, które podali nam na początku ani trochę nie działały.

Teraz czekamy na przybycie inżyniera, który spojrzy swym mądrym okiem i powie: ojej, ale tu jest kabel! No chyba, że Virginmedia jednak się pośpieszy…

Póki co mamy router od BT, który robi za lampkę nocną. Bardzo drogą lampkę nocną…

Ciąg dalszy zdecydowanie nastąpi.

Mefisto

#059. Miało być wesoło…

Chciałem napisać coś ambitnego, ale w ostatnim czasie jestem tak mało ambitny, że aż przykro o tym pisać. Każdy ma chyba takie dni, kiedy nic się nie chce, a pokłady energii wydają się wyczerpane już na samym początku dnia. Miewam coraz więcej dni, kiedy chciałbym przenieść się do alternatywnej rzeczywistości, gdzie jestem ja i moim bliscy, bo tyle osób jestem w stanie stolerować.

Znowu załącza się we mnie tryb ekstremalnej alienacji, bo ludzie po prostu mnie męczą.

Przykład? Grałem sobie dzisiaj w grę zwaną Runes of Magic. Gram tam bardziej, aby rozwijać zamek gildii i z powodu samej przyjemności z grania niż z potrzeby wbijania poziomu jeden za drugim. Dzisiaj zostałem zwyzywany, bo nie chciałem “buffka” (zaklęcia poprawiającego statystyki postaci, np. zwiększającego obrażenia lub obronę). Kończyłem grę, więc nie był mi do niczego potrzebny. Oczywiście nie tylko mi się oberwało, nawet moja postać też dosatała “po uszach” (no, ale żeby postać wyzywać?!)…

Doskonale wiem, że na serwerach gier teoretycznie darmowych jest więcej ludzi “specyficznych inaczej”, ale to mnie po prostu przerosło. Czy ludzkość jedyne co potrafi to z roku na rok wyzbywać się uprzejmości i ubliżać innym z tak durnego powodu?

Nie dziwię się, że jest tylu introwertyków stroniących od ludzi. To odpowiedź na naszą wspaniałą idiokrację.

A to tylko przykład z gry. Grę można wyłączyć. Ludzi dookoła niezbyt. Dzisiaj w pracy pewna osoba zrobiła raban, że nie dostaliśmy czegoś. Nie mogliśmy tego dostać, ponieważ to nie zostało do nas wysłane, co zostało podkreślone później w emailu. Nie wiem, o co chodziło tej osobie, ale jestem pewien, że mam magnes w tyłku, który przyciąga tak szczególnych osobników, w szczególności kiedy potrzebuję odpoczynku od dziwności ludzkich.

Mój stan poprawiają Simsy, bo dają mi możliwość wyżycia się. Przykład? Jeden z simowych sąsiadów przyszedł i wywalił mi śmierci ze śmietnika (skąd ja to znam?). W ramach uprzejmność zamurowałem go i zapomniałem o problemie. Żeby tak w prawdziwym życiu można było to co dwa metry stałyby filar z czterech ścian.

Mefisto

#052. Nie może być łatwo

Obiecałem poprawę w sprawie pisania notek. Poprawy jak widać u mnie brak, ale spowodowane jest to szeregiem nieszczęść, które miały mnie utwierdzić w przekonaniu, że życie nie może być łatwe, miłe i proste.

Nie obchodzę świąt, ani za bardzo nowego roku – od po prostu mam dodatkowe wolne. Bo czemu nie. Jak dają to brać trzeba. Niestety, nie było mi dane nacieszyć się wolnym.

Zacznijmy od tego, że i ja, i moja śmieszniejsza połowa złapaliśmy zapalenie oskrzeli. Bo my wszystko robimy razem. Całe święta i nowy rok czuliśmy się, jakby nas tramwaj rozjechał i zapomniał zabić przy okazji. Typowe dla choróbska, by męczyć okrutnie. Co najgorsze służba zdrowia w Anglii pobiła mistrzostwo świata w byciu nadzwyczajnymi mendami społecznymi.

Chorowałem już od kilku tygodni, ale moja lekarka stwierdziła, że to wirus i samo przejdzie. Z takim nastawieniem zdychałem sobie spokojnie, aż temperatura mojego ciała przekroczyła 38 stopni i trzymała się tak kilka dni. Ledwo żywy udałem się do czegoś, co nazywa się Out of Hours GP, czyli mówiąc prościej – lekarz poza godzinami otwarcia przychodni (bo szedłem tam późno w nocy).

Pierwsze jaja: miejsce, gdzie Out of Hours GP się znajdują jest w remoncie, więc lecimy do głównej recepcji. Drugie jaja: tam nikogo nie ma. Trzecie jaja: zapytaliśmy sprzątaczy/obsługę, gdzie to jest i zostaliśmy skierowani na zły oddział, gdzie oddelegowano nas na zewnątrz. Biegaliśmy chwilę na zimnie, ja dysząc już okropnie, bo płuca bolą jak jasna cholera i nie mogliśmy znaleźć tego przybytku rozpaczy. Czwarte jaja: znaleźliśmy to na mapie dzięki wskazówce od ratowniczki z karetki (bo jej instrukcje były niejasne). W końcu trafiliśmy we właściwe miejsce. Byliśmy spóźnieni, a ja chyba osiągałem już jedność z wiecznością, bo mózg zdecydowanie mi siadał, ale udało mi się wydyszeć po co przychodzę i, na szczęście, nas przyjęto. Dalej już poszło jak z płatka, bo byłem w takim stanie, że pomimo braku gorączki (która spadła mi z wychłodzenia), dostałem antybiotyk. Czuję się już lepiej, co mnie bardzo cieszy.

Mojej połowie stwierdzono wirusa i wręcz wyrzucono ze szpitala. Gorączka 39 stopni to coś z czego “trzeba się cieszyć”, bo to znaczy, że “organizm walczy z infekcją”. Zapewne z takim podejściem temperatura 40+ byłaby błogosławieństwem i natychmiastowym powrotem do zdrowia. Następnym razem jak będę chory wrzucę się do lawy, opcjonalnie podpiekę się w piekarniku. Dodatkowo lekarz nie potrafił sprecyzować, kiedy temperatura zaczyna się robić niebezpieczna dla zdrowia! No i jakoś w moim przypadku, przy antybiotyku, spadła temperatura, a czuję, że moje ciało walczy powoli poprawiając mój kiepski stan. Na szczęście jestem diabeł i swoje sposoby mam. Moja połowa, wsuwając ten sam antybiotyk, ożyła i psuje mi internet co chwilę. 🙂

Dzięki takiemu leczeniu od jakiegoś dłuższego czasu interesuję się medycyną i jedno z moich postanowień z poprzedniej notki jest właśnie o tym, by zostać lekarzem.

Nie wspomnę o tym, że szukam prywatnych klinik, aby mieć szansę wyzdrowieć bez siedzenia w piekarniku.

Kolejną irytującą sprawą jest fakt, że nie mogę za bardzo grać w gry, bo popsuł mi się dysk. Szczęście w nieszczęściu, że był to dysk na gry, a systemowy z moimi prywatnymi danymi ma się dobrze. Tamten odłączyłem póki jeszcze da się odczytać dane i jak tylko dostanę nowy, zgram co najważniejsze i dalej będę męczył Was moimi recenzjami.

Póki co pozostaje mi odżyć i wykurować się do końca, a także nadrobić Wasze wpisy, których setki przeleciały mi przed oczyma w ostatnich dniach.

Mam nadzieję, że Wasze Święta i Nowy Rok były bardzo pogodne i pozbawione ekscesów życia codziennego. 🙂

Mefisto

#041. Pół roku życia

Zacząłem tego bloga dokładnie sześć miesięcy temu. Sześć miesięcy pisania notek, grania w gry i zwracania większej uwagi na swoje życie, aby podzielić się większością szczególnych chwil z ludźmi, którzy przewinęli się przez tego bloga, zostali na dłużej, czy też podzielili się swoimi myślami o moich myślach.

Przez szcześć miesięcy się starałem, aby pisać ciekawie i przede wszystkim poprawnie o tematach, które lubię. Zacząłem recenzować gry, jedzenie, miejsca, nawet po trochu własne życie (bo czemu by nie). Nim się obejrzałem, moja śmieszniejsza połowa pomagała pisać mi notki, podsuwała tematy i podawała ciekawostki o rzeczach, o których brakowało mi wiedzy, dodatkowo przypominając mi, że nie było notki na blogu od jakiegoś czasu. Również Smok męczy ze mną Minecraft eksplorując każdy piksel na wygenerowanej mapie, czy pokazując mi nowe mody.

Z reguły pół roku to u mnie krytyczny moment, kiedy zaczyna mi się nie chcieć albo tracę motywację, albo pojawia się coś, przez co nie mogę bądź nie chcę pisać. Przyznam szczerze, że miałem takie momenty, kiedy po prostu chciałem to zostawić. W końcu nie muszę nikomu relacjonować mojego dnia, gry, myśli, czy słodyczy. Z drugiej jednak strony czasem warto wspomnieć o czymś, co komuś innemu da do myślenia albo zasugeruje spróbowanie czegoś. Chyba ta myśl trzymała mnie w chwilach słabości przy życiu i motywowała do dalszego pisania.

Motywowaliście mnie też Wy, drodzy czytelnicy tego chaotycznego bajzlu, odwiedzając, komentując i klikając “lubię to” (bo polubowywając brzmi jakoś dziko dla mnie) moje wpisy, czy też “śledząc” mojego bloga. Nie zakładałem go z myślą, że znajdzie on regularlnych czytelników.

Dziękuję bardzo za ponad 2.500 odwiedzin, 151 polubień i 231 komentarzy na tym blogu. Dziękuję bardzo mocno wszystkim osobom, które śledzą mojego bloga. Dziękuję ludziom, którzy piszą, że znaleźli coś przydatnego na moim blogu – cieszy mnie to bardzo, że ta mała przystań w internetowym wszechświecie zawiera coś przydatnego. Dziękuję każdemu z osobna za odwiedzanie tego małego zakątka i tworzenie go razem ze mną.

Mam nadzieję, że ten blog dożyje swoich pierwszych urodzin, a potem każdych następnych. Trzymajcie za mnie kciuki, abym miał siłę i motywację dalej odkrywać i dzielić się nowymi rzeczami.

Mefisto