#121. Celestian Tales – Old North

Screenshot at 2018-02-06 23-00-26

Korzystając z promocji natrafiłem na grę o nazwie Celestian Tales – Old North, którą – przyznam bez bicia – zakupiłem sugerując się tylko uroczą grafiką oraz faktem, że jest to pozycja z gatunku JRPG. Dopiero później dowiedziałem się o mieszanych uczuciach graczy, więc myślę, że uczciwie będzie wyrazić swoją opinię o tym tytule.

Tytuł został stworzony przez Ekuator Games – studio z Indonezji.

Zaczynając grę, mamy do wyboru sześć postaci. Nie wpływa to za bardzo na rozgrywkę, bowiem i tak fabuła dotyczy całej szóstki, i swobodnie można zmieniać członków naszej grupy. Jedyne na co wpływa, kim gramy, jest krótki prolog i małe wstawki między głównym wątkiem. Na mój pierwszy raz z grą wybrałem Isaaca Goldenlake’a, który Isaac’iem tak do końca nie jest.

Od początku.

Nasza postać nazywa się naprawdę Reed i jest kimś, kto określa się mianem commoner. Z angielskiego znaczy to po prostu zwyczajna osoba bez tytułu szlacheckiego. Jedno z tłumaczeń googla sugeruje, że znaczy to chudopachołek. Choć zabawnie brzmi, to znaczenie się zgadza.

Screenshot at 2018-02-04 00-42-09

Spotykamy go w momencie, gdy jego matka umiera, a on błaga kapłana o użycie magicznego, leczącego kryształu, aby ją ocalić. Kapłan jednak odmania, ponieważ kryształy zarezerwowane są tylko dla szlachty. Nasza rodzicielka umiera, my jesteśmy rozżaleni, a nasz przyjaciel Francis inforumuje nas, że w związku z wysokimi podatkami narzuconymi przez szlachtę i brakiem jedzenia, postanawia dołączyć do bandytów. Koniec końców i my na to przystajemy, bo jedzenia brak, a w brzuchu burczy.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Nasz los jednak postanowił się odmienić. Po drodze do kryjówki zbirów spotykamy prawdziwego Isaaca Goldenlake’a – szlachcica, którego poturbował dzik. Młodzieniec domaga się zaniesienia go do kapłana, aby udzielono mu pomocy, ale Reed po stracie matki i decyzji o zostaniu banitą, tylko się na to wkurza. Szlachetnie urodzony ginie od dźgnięcia sztyletem. Przeszukując jego ciało dowiadujemy się, że chłopak jest ostatnim ze swojej rodziny, która tonie w długach, a ostatnią wolą jego ojca jest to, aby dotarł do Lorda Levanta i został rycerzem. Jako, że zupełnie przypadkowo jesteśmy do szlachcia podobni, postanawiamy się w niego wcielić i wędrujemy do Levantine, gdzie czeka na nas zupełnie inne życie i zupełnie inna przygoda.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Zaczynamy jako giermkowie od trywialnych zadań typu sprzątnij stajnie, zabierz gnój do miasta… Nic ambitnego. Szybko jednak dowiadujemy się, że Sir Artur Durandal błaga Lorda Levanta o pomoc z tajemniczymi najeźdźcami o nazwie World Enders. Są to stwory na kształt lodowych olbrzymów, przed którymi drży cały świat z racji ich potęgi. My i nasza drużyna (czyli pozostałe postaci do wyboru) zostajemy przydzieleni jako dodatkowa pomoc do trywialnych zadań (jak zawsze).

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Gra oferuje miłą, choć krótką fabułę, zawierającą kilka ciekawych zwrotów akcji, ale nistety musi być jakieś „ale”. Nasza historia jest świetna, ale pełna luk i niedopowiedzeń, które zostawiają straszny niedosyt. Dostajemy tylko garść informacji, co jest dosyć drażniące, ponieważ wiele rzeczy jest ciekawie stworzonych, ale kiepsko opisanych, co w grze opartej głównie na czytaniu bardzo boli. Jestem świadom, że spora część wiedzy dostępna jest jedynie dla konkretnych postaci, ale to nie zakrywa większości powstałych dziur.

Sama mechanika gry jest raczej dobra – miałem jedynie problem z chodzeniem, ponieważ blokowałem się tylko na niewielkich przedmiotach. Zgaduję, że były to po prostu błędy, które trochę irytowały (no bo jak to tak zablokować się o coś, co jest góra wielkości stopy naszej postaci!), ale nie uniemożliwiały grę.

Turowy system walk to moja ulubiona część gier z gatunku JRPG, ponieważ zawsze masz wystarczająco sporo czasu, aby przemyśleć, jak bardzo schrzaniłeś w poprzedniej turze i jak dawno temu był ostatni zapis gry…

Moja ocena na temat Celestian Tales – Old North jest taka: to gra warta uwagi, ale nie za pełną cenę. Niestety niedosyt, który czuję, jest zbyt duży, aby z czystym sumieniem polecić ten tytuł. To dobra gra, ale ma swoje wady, które zaniżają jej wartość i powodują pewien rodzaj rozgoryczenia.

Nie skreślam jednak tej pozycji całkowicie: mam do przejścia jeszcze dodatek, który – mam nadzieję – nadrobi braki podstawki. Wyczekuję też na kolejną część gry, Celestain Tales – Beyond Realms, mając nadzieję, że twórcy nauczyli się na swoich błędach i nie powielili ich i w tym tytule.

Mefisto

Reklamy

#100. Dead Maze

Kolejny tytuł związany z zombie na moim blogu!

Screenshot at 2018-01-21 01-09-19

Dead Maze to prosta graficznie (ale zarazem ładna) gra MMORPG stworzona przez studio Atelier 801. Niewinny kataklizm zostawia nas w postapokaliptycznym świecie, po którym wędrują tłumy zombie, a my, nie mając innego wyjścia, musimy za wszelką cenę przetrwać. Brzmi banalnie prosto. Cała opowieść udekorowana jest cudownymi rysunkami, ilustrującymi rozwój fabuły.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Historia naszej postaci jest trochę inna niż większości ludzi. Mamy akurat to szczęście, że auto, którym podróżujemy my i dwójka naszych przyjaciół łapie gumę z dala od miasta. Telefon nie ma zasięgu, a my nie mamy zapasowej opony – brzmi świetnie! Przy okazji zostajemy zaatakowani przez zombie, które zagryza koleżankę. W tym czasie kolega ucieka w kierunku gorszego losu – hordy umarlaków. Nam pozostaje tylko odzyskać kluczyki do samochodu i ucieć czym prędzej.

Po sześciu miesiącach, cali wytargani, trafiamy na jedną z ocalałych, a ona wprowadza nas do grupy ocaleńców. Powoli wdrażamy się w zaskakującą fabułę, poprzez wykonywanie prostych, aczkolwiek męczących zadań.

Chociaż nad tym tytułem twórcy wciąż pracują, to na swój stopień rozwoju jest on dosyć dopracowany i szczegółowy. Mamy multum misji głównych do ukończenia, wdrażające nas w historię grupy ocaleńców starających uciec się przed totalną zagładą oraz kilka miłych, pobocznych zadań dla chwili relaksu (albo złości, jeśli po drodze zjedzą nas zombie). Gra nastawiona jest na zbieractwo i recykling przedmiotów, aby otrzymać potrzebne surowce do tworzenia broni, jedzenia, czy wszelkiego rodzaju ulepszeń miejsca, które spokojnie możemy nazwać swoim domem/schronem. Niewielki plecak wymaga jednak od nas ciągłego powrotu do lokacji opanowanych przez zombie, aby uzbierać pokaźną ilość potrzebnego materiału.

Przyznam szczerze, że choć nie spędziłem dużo czasu w grze, to już czuję się nią zawładnięty. Pomimo swojej powtarzalności, jest przyjemna i stosunkowo łatwa (o ile nie zawędrujesz w złą uliczkę), przez co codziennie kilkanaście do kilkudziesięciu razy odwiedzam każdą lokację, aby zebrać sporo dóbr i rozbudowywać moją bezpieczną przystań.

Do czynienia mamy z różnymi rodzajami zombie – zwykłe nie robią na nas większego wrażenia. Są jednak specjalne umarlaki, posiadające niezwykłe talenty/moce, które umożliwiają im plucie na nas jakąś substancją, wzywaniem innych zombie, czy zapewnieniem im dodatkowej ochrony. Dodatkowo zwykłe trupy mają niewielką szansę na przemianę w mini-bossy o nieco większej sile i wytrzymalności, ale dające za to (na ogół) lepsze przedmioty. Jest też zombie, którego nazwałem górskim zombie, ponieważ wygląda jakby właście wybierał się na wycieczkę w góry. Twórcy nazwali go z kolei Peruwiańczykiem. O dziwo jest on okropnie silny, ale w zamian oferuje masę ciekawych fantów.

Co do przedmiotów – tytuł ten daje nam szeroką gamę broni, nie tylko takich, których określiłoby się tym mianem. Można bić nieumarłych poduszką, lampą, krzesłem, wałkiem, tosterem, mikrofalówką, a nawet laleczką Chucky… 😉

Screenshot at 2018-01-31 22-19-41

Można świetnie się bawić tak długo, jak długo udaje ci się przetrwać bez ginięcia. 😉

Wszystkie dostępne misje główne już ukończyłem i bardzo mi się podobały. Z niecierpliwością czekam na premię gry, która odbędzie się trzynastego lutego. Wtedy też ta pozycja wyjdzie z beta testów i serwery zostaną otwarte dla wszystkich zainteresowanych graczy. Liczę na to, że ten dzień przyniesie również masę ciekawych misji, które pokażą nam dalsze losy naszej postaci oraz innych ocaleńców.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Mam nadzieję, że niedługo spotkamy się na publicznych serwerach i razem wyruszymy na ekscytujące wyprawy! 🙂

Screenshot at 2018-02-01 02-29-35

Mefisto

#071. SWTOR – The War for Iokath

Po sporej przerwie w końcu zabrałem się za grę Star Wars: The Old Repulic. Z radością zabrałem się za kolejny dodatek, a raczej za jego pierwsze rozdziały, bowiem twórcy powoli wdrażają nas w kolejną przygodę. Mam nadzieję, że spodoba Wam się recenzja w formie opisu/opowieści.

Uwaga: opis zawiera spoilery.

Czytaj dalej

#063. Balrum

Przez długi czas nie wiedziałem, jak się zabrać za opisanie tej gry. W końcu jest w niej tyle aspektów, o których można wspomnieć, a zarazem wydaje się ich za mało (och, to już chyba mój standardowy niedosyt).

Balrum to gra wydana przez Balcony Team pierwszego marca 2016. Zakupiłem ją niemal od razu po premierze – głównie dlatego, że spodobała mi się old-schoolowa grafika. Właściwie to nie wiem, czemu mnie tak urzekła. Prawdopodobnie dlatego, że w tamtym okresie miałem dosyć gier z „super” grafiką, gdzie fabuły były znikome ilości, co bolało moje przygodowe serce.

Balrum dał mi i brak takiej grafiki, i irytację, ale także i długie godziny rozgrywki, które koniec końców dały mi sporo radości.

Czytaj dalej

#046. Star Wars: The Old Republic

Ze wszystkich gier, w które przyszło mi grać, SWTOR (czyli tak jak w tytule) jest tym tytułem, który wywrócił moje życie do góry nogami. Grałem w obie części Star Wars: Knights of The Old Republic (tak zwany KOTOR) i ucieszyłem się, kiedy dowiedziałem się o SWTOR, kontynuacji serii, która budziła (i budzi do dziś) tyle emocji.

SWTOR to gra MMORPG, co oznacza tylko tyle, że swoją rozgrywkę RPG dzielisz z masą ludzi dookoła. Niezbyt to fajne, w szczególności dla takich mruków, jak ja, którzy rzadko dzielą się rozgrywką z innymi osobami (za wyjątkiem pewnych zielonych stworków). Ale tam, w uniwersum na bazie KOTOR’a, możesz grać na własną rękę w towarzystwie przeważnie fanów bądź ludzi zainteresowanych grą, czasem mając styczność z niewyżytym motłochem, który relacji międzyludzkich nie opanował w ogóle. Ale to prawie jak w urzędzie. Jeden ci pomoże, inny powie, że to twoja wina. Z tą różnicą, że jakiś spory czas temu wprowadzono patch, który odbniża poziom Twojej postaci do danej lokacji, przez co nikt nie bawi się w mordowanie ludzi z niższymi poziomami. Od tamtej pory liczy się tylko gra!

Są dwie frakcje: Republika (dla niezorientowanych: ci dobrzy) i Imprerium (dla niezorientowanych: ci źli). Każda liczy po cztery klasy z czego dwie władają mocą, a dwie nie. Moją rozgrywkę skupiłem wokół Jedi (władający mocą po stronie Republiki) i Sith (władający mocą po stronie Imperium). Wszystkie te postaci mają swoją historię, którą ekspolorujesz poprzez wykonywanie misji związanych z daną klasą. SWTOR to nie jest taki klasyczny MMORPG, gdzie musisz się sporo naczytać. Twórcy postarali się o wersję z podkładem aktorów, przez co czuję się jakbym grał w najzwyklejszego RPG z tą różnicą, że za plecami biegają inni ludzie.

Jeżeli chodzi o głosy męskie to polecam grać klasami Sith Warrior i Jedi Knight, bo najlepiej się ich słuchało, a fabuła potrafiła trzymać w napięciu. Niestety nie umiem utożsamiać się z kobiecymi postaciami, więc nie powiem Wam, która klasa ma najlepszy żeński głos. Przepraszam.

Gra posiada masę dodatków (Rise of the Hutt Cartel, Galactic Starfighter, Galactic Strongholds, Shadow of Revan i Knights of the Fallen Empire oraz Knights of the Eternal Throne, który wyjdzie w grudniu) oraz „zajęć dodatkowych”. W „zajęciach dodatkowych” wliczyłbym walki statkami, czy też rozbudowę własnego domu (lub domów, jeśli stać Cię na więcej niż jeden) albo też i dodatkowe planety, na których czają się misje wciągajace nas do nowych wydarzeń w świecie STWOR. Multum wydarzeń społecznościowych zapewnia zabawę nawet jeśli skończyło się rozwój postaci, misje dzienne pozwalają zarobić specjalną walutę na lepszej jakości zbroje. Nie wspominając już o fanach serii Gwiezdnych Wojen, których rozmowy na czacie nadawałyby się na książkę. Takiego wczucia we własną postać nie odczywa się nawet na cosplay’ach.

Do niedawna zagłębiałem się w „rozszerzenie” o nazwie Knights of the Fallen Empire, w którym moja postać zmienia się w Outlandera – kogoś, kto tracąc 5 lat życia wkracza na arenę wojny, jako lider i ostatnia nadzieja przeciwko mocarnemu wrogowi: Eternal Empire pod władaniem krwiożerczego Arcanna. Generalnie rzecz biorąc każda misja to budowanie gruntu pod walkę: rekrutacja nowych członków przymierza, zdobywanie potrzebnych zapasów, czy też działanie drugiej stronie na nerwy (w tym to ja jestem mistrzem).

Nie będę się jednak rozpisywał nad fabułą, ponieważ wyznaję zasadę, że każdy gracz powinien sam zagrać w grę i stwierdzić, czy mu się podoba. Pozwolę sobie udostępnić kilka screenshot’ów, które zrobiłem grając w ostatnie rozdziały.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Czy gra jest warta polecenia? Jeżeli uwielbiasz Gwiezdne Wojny to zdecydowanie powinno się spróbować. Rozgrywka jest darmowa dla całej podstawowej fabuły (do pięćdziesiatego poziomu), więc masz unikalną szansę wczuć się w fabułę nim zdecydujesz, czy gra Ci się rzeczywiście podoba. Potem, jeśli polubisz SWTOR, możesz albo dokupić sobie dodatki, albo wykupić miesięczną subskrypcję (która poza dodatkami pozwoli Ci między innymi korzystać z dodatkowego doświadczenia, czy lepszych przedmiotów oraz co miesiąc zasili Twoje growe konto elektroniczną gotówką do wydania w ich sklepie).

Swoje konto utworzyłem w lutym 2013 roku i od tamtej pory, z mniejszymi bądź dłuższymi przerwami, gram zachłannie dla ciekawej fabuły. Jeżeli masz ochotę wejść do uniwersum Gwiezdnych Wojen, ale nie wiesz, od czego zacząć, daj mi znać. Z chęcią pomogę postawić pierwsze kroki w kierunku nowej przygody.

Mefisto