#149. Kącik Techniczny nr 3

Skoro ostatnio było o Protonie, to teraz warto by było wspomnieć o małym projekcie, który wiele osiągnął, a mianowicie o WINE, którego rozwinięcie brzmi Wine Is Not Emulator.

Początkowo wydano go 4 lipca 1993, czyli jest nieco starszy niż ja. Zapoczątkował go Eric Youngdale, a od 1994 po dziś dzień prowadzi go Alexandre Julliard.

Zadaniem WINE jest dosłownie duplikować zachowanie Windowsa w stosunku do danego programu/gry – jest zakładką tłumaczącą zachowanie programu dla Linuxa. Twórcy dokonują tego przez implementacje WindowsAPI, czyli interfejsu programistycznego, graficznego, czy bibliotek do WINE. Chociaż jest to dosyć ciężkie zadanie, bo nie wszystko ma otwarty kod źródłowy, aby tak po prostu przestudiować, jak zostało to zrobione. Przykładem jest Directx11, który przez długi czas pozostawał poza zasięgiem.

W 1996 powstali CodeWeavers, którzy wpierw zajęli się konsultacją, a potem sprzedażą komercyjnej i nieco bardziej dopracowanej wersji WINE o nazwie CrossOver. Są oni głównym sponsporem WINE, który, w przeciwieństwie do CrossOver, ma pozostać darmowy. Wsparcie mają też od Google, które, poza komercyjnym sponsoringiem, często dofinansowuje ich w ramach Google Summer of Code.

Pierwsza stabilna wersja WINE (1.0) wyszła po 15 latach od pojawienia się programu, czyli w 2008, a obecnie wydawane są wersje 3.xx.

Moja przygoda z WINE zaczęła się w 2012 roku z wersją 1.6, kiedy to po stracie laptopa Smok przekonał mnie do spróbowania Linuxa, potem WINE i tak to się jakoś potoczyło. Chociaż wtedy było więcej zachodu z odpaleniem gry (nie każdej, ale jednak) to moją pierwszą windowsową grą odpaloną na Linuxie było Knights of the Old Republic. Potem zacząłem grać w Star Wars The Old Republic, które wtedy potrzebowało specjalnego skryptu, aby się uruchomić, a dziś działa bez problemu i nie wymaga już takich rozwiązań (niedawno ściągałem to miałem okazję sprawdzić ;)).

W mniej więcej 2015/2016 zacząłem używać wine-staging, która jest wersją z licznymi łatkami, a tym samym z usprawnionym działaniem. Dzięki temu miałem dostęp do gier lub programów z ograniczoną funkcjonalnością przy zwykłym WINE. Takim przykładem jest np. platforma Uplay. 🙂

Od sierpnia 2018, do gier na Steamie, używam Protona, o którym był już osobny wpis. 🙂

WINE posiada coś takiego, jak butelka (bottle) lub prefix. To jest coś w rodzaju osobnego folderu z ustawieniami programu. Dzięki temu możemy testować gry bez narażania naszej głównej butelki na uszkodzenie (co może się zdarzyć, jeśli zaczniemy doinstalowywać biblioteki, programy, itd.). Butelki mogą mieć 32-bitową lub 64-bitową architekturę, co pozwala manewrować między różnymi wymaganiami gier lub programów. Daje to spore poczucie bezpieczeństwa, kiedy chcemy (nawet bardzo drastycznie) coś sprawdzić, ale nie chcemy namieszać w obecnych ustawieniach.

Moje doświadczenie z WINE jest jak najbardziej pozytywne. Nie jest to idealny program, ale biorę pod uwagę ile przeciwności musi pokonać, aby dostarczyć coś, co pozwala mi zagrać w grę na systemie, który nie był do tego przeznaczony. Nie zliczę ile razy byłem zły, bo coś mi nie działało, ile razy cieszyłem się, bo przy nowej wersji naprawiano błędy uniemożliwiające mi rozgrywkę, ile razy pękałem z dumy, bo rozwiązałem problem. W pewnym momencie sam zacząłem wynajdywać rozwiązania i udzielać porad innym graczom.

Z tego, co słyszałem, WINE zapragnęli także niektórzy użytkownicy Windowsa, bowiem zapewnia on większe możliwości, jeśli chodzi o obsługę starszych gier niż tryb kompatybilności w Windowsie. Prośba jak na razie nie została spełniona i nie zapowiada się, aby twórcy poszli kiedykolwiek w tym kierunku – najpewniej dlatego, że już teraz mają wystarczająco do zrobienia.

Gdyby nie WINE to ten blog mógłby tak po prostu nie powstać. W końcu ten „buntownik” w tytule nie odnosi się tylko do jednej rzeczy. 😉

Mam nadzieję, że ten wpis, choć taki trochę chaotyczny, to jednak się podobał. Zamierzam wrzucić z czasem kilka porad i rozwiązań, które mogą przydać się początkującym użytkownikom. 🙂

Mefisto

 

Reklamy

#141. Kącik Techniczny nr 2

Valve zaskakuje mnie już od dłuższego czasu. Wpierw powstał SteamOS w oparciu o Debiana (jeden z systemów Linux), a teraz, ku mojej radości, wypuścili coś, co nazywa się Proton, który pojawia się też pod nazwą ValveSoftware lub Steam Play. (link do artykułu)

Screenshot at 2018-08-22 02-55-19

Proton to specjalnie przygotowany program wine (a najprościej tłumacząc jest to program służący do tłumaczenia zachowań gier operujących domyślnie na systemie Windows tak, aby rozumiał je Linux), który w połączeniu z ich jeszcze do nie dawna w tajemnicy fundowanym projektem dxvk (czyli dodatkową nakładką, które efektywnie tłumaczy grafikę generowaną przez DirectX11 na Vulkan). Oznacza to, że na linuksowej wersji Steama mogę instalować i odpalać gry, które zostały wydane tylko na Windowsa. Nie każda gra działa, bo to wciąż rozwijany projekt, ale spora część pozwala się już bezproblemowo uruchomić.

Zgodnie z wypowiedzią Valve, windowsowe gry odpalone poprzez Protona w aplikacji Steam będą liczyły się jako odpalone na systemie Linux/SteamOS, co pozwoli twórcom mięc wgląd w dokładnie statystyki na temat tego ilu użytkowników innych systemów niż Windows korzysta z gry. Oznacza to nic innego jak szansę na zauważenie przez deweloperów i – być może – wsparcie z ich strony.

Jestem zaskoczony i zadowolony. Dzięki dxvk gram bezproblemowo w takie gry jak Far Cry Primal, Dark Souls czy The Elder Scrolls Online. Uważam to za bardzo duży krok w stronę graczy korzystających z systemu Linux. Zostaliśmy zauważeni i coraz intensywniej jesteśmy włączani do coraz większego świata gier.

Screenshot at 2018-09-21 20-11-32

Screenshot z The Elder Scrolls Online

Moim marzeniem jest, aby kiedyś granie ograniczała jedynie wyobraźnia, a nie preferencje systemowe. Powoli tak się staje, a ja trzymam mocno kciuki za rozwój w tym kierunku!

Dla ciekawskich: tutaj jest lista z działającymi tytułami, które aktywnie zgłaszają gracze.

Mefisto

#132. Beholder 2 Beta

881000_20180809072253_1

Szukając przecen na gry, natrafiłem przypadkiem na ciekawą wiadomość jaką jest fakt, że Warm Lamp Games przygotowuje kolejną i – jak się okazuje – ciekawą opowieść, w której my, wcielając się w Evana Redgrova, dostajemy się do ministerstwa i sprytem lub podstępem pniemy się po stopniach władzy.

Obecnie dostępna jest wersja beta gry – dodana automatycznie do konta Steam, jeśli posiadasz pierwszą część Beholdera lub do ściągnięcia z ich strony (link do strony, bezpośredni link do gry).

Spotykamy naszą postać w jego pierwszym dniu w pracy w mieście Helmer. Zostaliśmy przeniesieni. Spotykamy tam bardzo miłego i uczynnego George’a Hemnitza – naszego przełożonego. Przeprowadza on nas przez tutorial i pomaga nam stawiać pierwsze kroki w Ministerstwie.

Przy okazji dowiadujemy się również, że nasz ojciec, wielka szycha w Ministerstwie, został zabity. Powody jego śmierci pozostaną nieznane do momentu wyjścia pełnej gry.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Wracając jednak do naszej pracy. Musimy kierować ludzi do odpowiednich oddziałów, w których mogą wnieść prośbę, skargę, poprosić o informację albo donieść na kogoś. Za poprawne wskazanie oddziału, powodu wizyty i pokoju, w którym przyjmują otrzymuje się niewielką nagrodę pieniężną, a przy każdych 5 pomyślnych skierowaniach dostajemy także 100 punktów reputacji.

Pierwszy dzień mija spokojnie – zapoznajemy się z pracą i współpracownikami. Kiedy jednak znajdziemy się w domu po ciężkim dniu pracy, odwiedza nas stary znajomy ojca, który przyznaje się, że załatwił nam przeniesienie i oczekuje od nas, abyśmy byli tam jego uszami. Od tego momentu wpadamy w sieć intryg: publiczna egzekucja George’a niosąca za sobą możliwość awansu, o który mamy walczyć z innymi pracownikami. Możemy pracować ciężko, ale możemy też pozbyć się pretendentów do stanowiska podrzucając im różnorakie, nielegalne przedmioty.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Chociaż udostępniony jest jedynie kawałek gry to już wiem, że na pewno ją kupię. Beholder wciągnął mnie na tyle, że przeszedłem go przynajmniej dziesięć razy i czuję, że będzie tak samo będzie w przypadku kolejnej części opowieści w tym dziwnym, totalitarnym świecie. W szczególności, jeśli ma takie wymagania systemowe:

Screenshot at 2018-08-09 18-02-57

Premiera wypada na koniec 2018. Czekam z niecierpliwością!

Mefisto

#118. Joe Dever’s Lone Wolf

20180227192108_1

Chciałbym napisać, że zagrałem w grę, ale czuję się jak po przeczytaniu książki. Książki, która wciągnęła mnie między swoje karty i pozwoliła zmieniać jej treść tak, abym tworzył swoją niepowtarzalną historię.

Lone Wolf w zasadzie jest grą paragrafową (gamebookiem), gdzie wcielamy się w postać tytułowego Lone Wolfa – Mistrza Kai z Sommerlund. Seria składa się z 29 książek, które bazując na naszej wyobraźni, opowiadają historię Samotnego Wilka. Książki zawierają dokładny opis reguły gry, a każda decyzja zabiera nas na inną stronę, gdzie czeka na nas przygoda ozdobiona ilistracjami Gary’ego Chalka.

Od 1999 roku Project Aon przekłada książki na wersję HTML dzięki czemu (a także dzięki pozwoleniu twórcy – Joe Devera) można zagrać w nie pod tym linkiem. Książka w tej wersji jest dosyć wygodna w użytku.

Ja zamierzam jednak skupić się nad adaptacją powieści w formie gry video, która wyszła pod nazwą Joe Dever’s Lone Wolf, stworzoną przez Forge Reply srl, a wydaną przez 505 Games. Z tego, co wyczytałem, nasza historia dzieje się między czwartą, a piątą księgą.

Po moim wstępie nie powinno was zaskoczyć to, że większość gry będzie polegać na czytaniu tekstu. Gra jest ciekawą interpretacją czytanych powieści, jednocześnie dając nam poczucie grania w grę komputerową. Fabuła podąża za naszymi wyborami, podczas których rozwiązujemy zagadki, walczymy z przeciwnikami, szukamy sposobu na osłabienie wrogów przed walką, czy chociażby zupełnego ominięcia zatargu. Aczkolwiek zacznijmy od początku.

Pierwsze strony powieści wprowadzają nas w naszą przygodę. Oczywiście zaczynamy od tworzenia postaci, która ogranicza się do Samotnego Wilka (Lone Wolf): Lorda Kai z Sommerlund. Nasza rola w tym, aby wybrać odpowiednie umiejętności, które pozwolą nam zmierzyć się z każdą przeszkodą. Kiedy już to zrobimy i zatwierdzimy nasz wybór, gra zapyta się nas, czy to nasza historia. Piszę to w formie ostrzeżenia, ponieważ przypadkiem nacisnąłem „nie” i musiałem wszystko wybierać od początku.

Po tym dowiadujemy się, co stało się z Zakonem Kai, do którego należymy. Mroczni Lordowe (Dark Lords) wycięli go w pień i tylko nam udało się uniknąć przykrego losu, zabierając ze sobą najpotężniejszy artefakt Sommerswerd – miecz, dzięki któremu możemy ciskać promieniem światła w swoich wrogów. Najefektywniejszy jest w trakcie słonecznego dnia. Dużą zaletą tej broni jest to, że nasi przeciwnicy nie mogą jej dotknąć.

Dalej możemy przeczytać, że miasteczko Rockstarn, które jest pod naszym władaniem, zostało zaatakowane przez Giaki, czyli pokracznych sługusów Mrocznych Lordów. Pośpiesznie udajemy się na miejsce i stajemy przed wyborem jak dostać się bezpiecznie i niezauważenie do miasta. Z pomocą przychodzą nasze umiejętności: ja wybrałem wsparcie zwierzęcych sojuszników, którzy pomogli mi z przeprawą.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

W miasteczku mamy szansę stoczyć pierwszą walkę z wyżej wymienionymi Giakami. Są to najsłabsi przeciwnicy, zatem walka nie powinna być trudna. Potyczka odbywa się na zasadzie turowej, gdzie mamy ograniczoną ilość czasu, aby wykonać nasze ruchy. Chociaż trwa nasza tura, nie oznacza to, że jeśli będziemy bezczynnie stać, przeciwnicy nas nie zaatakują.

Najlepszym sposobem walki jest szybka decyzja o rozlokowaniu ataków na konkretnego przeciwnika, dzięki czemu wykorzystamy maksymalnie potencjał naszej Wytrzymałości i Mocy Kai. Jeżeli wybierzecie umiejętność kamuflażu, bardzo skutecznie będziecie atakować i zadawać zwiększone obrażenia, a także świetnie wyjdzie wam unikanie ataków. Wada: nie można jednocześnie użyć innej Mocy Kai.

Przeczesując miasteczko, napotykamy kilka osób: w tym Leandrę, która, wraz z rozwojem fabuły, okaże się przyczyną naszych problemów. Dowiadujemy się od niej, że niektórzy mieszkańcy zdołali ocalić się od zagłady, ponieważ dziewczyna spytnie uszkodziła mechanizm windy do kopalni. Aczkolwiek, aby dostać się do ocaleńców, musimy znaleźć trzy części mechanizmu.

Nasze poszukiwania pozwalają nam na podjęcie decyzji np. w momencie, gdy natrafiamy na oddziały wroga. Na ogół nasze spotkania kończą się walką, ale często mamy szansę na zaatakowanie ich z zaskoczenia i ułatwienie naszej potyczki. Do tego można wykorzystać wszystko: nasze moce Kai, umiejętności, otoczenie… Można też poszarżować na przeciwnika licząc się z tym, że walka będzie odpowiednio trudniejsza (chociaż zdarzały się wyjątki, gdzie szarża była zaskoczeniem i wróg zdążył oberwać na dzień dobry).

Podążąjąc za fabułą, udaje nam się spotkać z kupcem, który sprzedaje nam swoje zapasy i naprawia oraz ulepsza broń. Ponadto możemy się u niego (za niewielką opłatą) zregenerować, bowiem medytacja między wrogiem nie zawsze dochodziła do skutku.

Wtedy też odkryłem interfejs gry: mapę, ekwipunek, statystyki postaci… Praktycznie w ogóle nie różni się fukcjonalnością od tradycyjnych interfejsów.

Udało mi się dotrzeć do kopalni, gdzie dowiedziałem się, że ojciec Leandry został porwany. Po brawurowej akcji ratowniczej rozwścieczony rodzic wini swoją córkę o to, co działo się w miasteczku, bowiem, używając niebezpiecznych Kostek Shianti (Shianti Cubes), stworzyła swój prototyp, po który przybyli Mroczni Lordowie. Naszym kolejnym zadaniem było odzyskanie prototypu, ale aby tego dokonać, potrzebowaliśmy kolejnej tego typu kostki. Chociażby dlatego, że była ona nie tylko niebezpieczną bronią, ale i kluczem do pradawnych zamków stworzonych przez Shianti.

Klucz ten, dosyć wyjątkowy moim zdaniem, był niemałym wyzwaniem, ponieważ części kostki należało rozłożyć tak, aby pasowały one do wnęki w zamku, inaczej kostka stawała się niestabilna i uderzała w nas z niesamowitą siłą. Chociaż była to niekiedy ciężka zagadka logiczna, udało mi się odblokować każdy zamek bez zabijania się.

Nasza szalona podróż zaprowadziła nas do krainy Mrocznych Lordów, gdzie rzucano w nas przeciwnościami losu, decyzjami do podjęcia, zagadkami logicznymi i zamkami do Kostek Shianti. Im dalej, tym trudniej, a im trudniej, tym ciekawiej! Pod koniec nawet opanowałem wytrychy do tego stopnia, że i zwykłe skrzynie nie miały przede mną tajemnic (chociaż z początku były one moim najgorszym oponentem).

Grę przeszedłem i mój wyrok jest prosty: Lone Wolf jest wymagający, ale to uczciwa cena za godziny rozgrywki, gdzie siedzisz przyklejony do ekranu i czytasz historię, którą sam tworzysz. Każda decyzja to nowa ścieżka do podążenia, a każda porażka to kolejna szansa na rozegranie wszystkiego inaczej – z jeszcze większą precyzją. Z każdym kolejnym przeciwnikiem coraz bardziej doskonaliłem taktykę przeciwko nim, aby coraz sprawniej piąć się ku zwycięstwo. Dałem radę i bardzo się cieszę, bo zyskałem niesamowite doświadczenia i otwarte wrota, jeśli chodzi o dalsze historie naszego Mistrza Kai.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Bardzo mi się ta gra spodobała, dlatego zainteresowałem się też oryginałem. Kto wie – może zrecenzuję kiedyś jedną ze ksiąg? Chociaż tutaj historia będzie na pewno dłuższa!

Mefisto

 

#110. SWTOR: A traitor among the Chiss

Po długiej przerwie powróciłem do świata Star Wars i ruszyłem w pogoń za Theronem, który od jakiegoś czasu działa mi na nerwy. Wszakże wiadomo, że jeśli Sith jest wyrozumiały, to tylko do pewnego momentu. A ja jestem już niedaleko wytargania go za uszy i przywiązania do statku, aby poobijał się trochę o asteroidy.

Naszą pogoń wspierają Chiss’owie – intrygująca rasa istot o niebieskich skórach i czerwonych oczach. Theron znajduje się na planecie Copero, wspomagany przez swego rodzaju Chiss’owych buntowników. Oczywiście Chiss’om się to nie podoba, ale to zbyt zawiła polityczna sprawa, dlatego też zwracają się z tym do nas. Otrzymujemy możliwość wizyty planety, która jest niedostępna na obcych przybyszy. Musimy jednak radzić sobie sami, aby nie wybuchł z tego konflikt polityczny.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Nie zwlekając, ruszamy w pościg, który ciągnie nas po całej rozciągłości mapy, zmusza do walki z przeróżnymi przeciwnikami, aby koniec końców wyszło na to, że nasza przygoda dopiero się zaczyna… Trzy razy przeszedłem lokację, bo wybierałem tryb „story”, a nie „solo”. Kto by pomyślał, że ciągnąc główny wątek, można się w tym rzekomo prozaicznym wyborze pomylić. Byłem zły i zdesperowany – za trzecim razem to już nerwowo upewniałem się, że wszystko jest dobrze. Dotrwałem jednak do końca i cieszę się, bo jakościowo twórcy nadrobili niedosyt z poprzedniego rozdziału.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Nie wiem, kiedy pojawi się następny epizod moich gwiezdnych przygód. Podobnież ma się to stać przy kwietniowej aktualizacji. Wyczekuję cierpliwię, bo chciałbym mieć już za sobą przywiązywanie Therona za kostkę do statku!

Screenshot at 2017-12-01 21-41-45

Cóż za mina…

Screenshot at 2017-12-01 21-48-47

„Grrrr! Jestem wielki, zły, pradawny kocur, który za miskę owoców ma wszystko w nosie!”

Mefisto

#088. SWTOR: Crisis on Umbara

Po raz kolejny wkraczam do świata SWTOR, aby – jak się okazało – wplątać się w kolejny konflikt. Pomimo istniejącego już zatagru z Imperium, ruszyłem na planetę Umbara na spotkanie ze zdrajcą, który dodatkowo rzucał mi kłody pod nogi. Zastanawiałem się, kim może być ta osoba – wszakże wiedziałem tylko, że to ktoś z bliskiego kręgu moich zaufanych ludzi. Kroczyłem więc zdecydowanie, ale i niepewnie. W końcu pewnych rzeczy lepiej nie wiedzieć, czyż nie?

Zdrajcą okazał się, niestety, Theron. Wraz z Laną Beniko ruszyliśmy jego śladem. Moim skromnym planem było dorwać go, wytargać za uszy i zaciągnąć do domu, ale niestety zdążył uciec, zostawiając mi i mojej blondwłosej towarzyszce robota do rozbrojenia.

Po pernamentnej dezaktywacji robota i powrocie na planetę Odessen, po raz drugi zostałem wspaniałomyślnym Sithem, wysyłając wiadomość do Therona, że wciąż może wrócić do domu.

 

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Pomimo iż jakościowo ten rozdział był wyśmienity, to jego długość pozostawia wiele do życzenia – spodziewałem się przynajmniej kilku godzin atrakcji, a nie spędziłem nad nim nawet godziny. Pozostaje mi tylko wierzyć, że następna część (która ma wyjść – podobno – 28 listopada) będzie dużo bardziej sycąca pod tym względem.

Mefisto

#077. Divinity: Dragon Commander

243950_20161118011030_1

Do tego tytułu przymierzałem się już od jakiegoś czasu. Serię Divinity lubię za kilka gier, które mnie pochłonęły bez reszty, ale ta gra to po prostu majstersztyk satyry ze strony Larian Studios. Wydana w sierpniu 2013 gra nabija się z polityki w tak okrutny sposób, że nawet sami politycy nie zrobią tego lepiej. Dodatkowo mamy elementy strategii, które pomagają opanować nam bezmyślne salwy śmiechu.

Mam nadzieję, że jesteście gotowi.

Czytaj dalej