#077. Divinity: Dragon Commander

243950_20161118011030_1

Do tego tytułu przymierzałem się już od jakiegoś czasu. Serię Divinity lubię za kilka gier, które mnie pochłonęły bez reszty, ale ta gra to po prostu majstersztyk satyry ze strony Larian Studios. Wydana w sierpniu 2013 gra nabija się z polityki w tak okrutny sposób, że nawet sami politycy nie zrobią tego lepiej. Dodatkowo mamy elementy strategii, które pomagają opanować nam bezmyślne salwy śmiechu.

Mam nadzieję, że jesteście gotowi.

Continue reading

Advertisements

#050. Wydajność gier okiem pingwiniarza

Wydajność gier to temat rzeka w świecie graczy, w szczególności dla świata Linuxa, który od kilku lat jest małymi kroczkami wdrażany do świata wirtualnej rozrywki. Nie wiem czemu powoduje to tyle boleści wśród użytkowników innych platform – w końcu to tylko szansa dla jakiejś części społeczności, aby dołączyć do grona graczy eksplorujących fabułę kolejnej opowieści albo bezmyślnie tłuc co popadnie – zależy, co gra zakłada. “Specjaliści” zakładali i wciąż zakładają ile czasu zajmie Linuxowi upadek w świecie gier. W końcu rozgrywka ma około 5-15% spadek wydajności na pingwinowym systemie (porównując go do Windowsa).

Chciałbym dzisiaj wyjaśnić, co stoi za tym spadkiem klatek na sekundę, które w dwudziestym pierwszym wieku są wyznacznikiem dobrej zabawy, a dla bardziej hardkorowych odmian graczy synonimem wyższości.

1. Gry nie są robione na Linuxa, są portowane z Windowsa.

Oczywista sprawa dla kogoś, kto siedzi w temacie. W uproszczeniu: łatwiej i taniej jest stworzyć “program” (dokładniej nakładkę tłumaczeniową), który opiera się na tłumaczeniu Linuxowi, co robi gra (zasada działania przypomina WINE). Napisanie gry od podstaw, aby działała konkretnie pod dany system byłoby czasochłonne i pieniądzożerne, a jak wiadomo twórcom gier zależy na zyskach, a nie wolontariacie.

Sposób ten działa, a jego “koszt” minimalizuje się wraz z rozwojem firm przeportowujących gry.

W tą nakładkę wlicza się wszystko: grafika, audio, połączenie z siecią… Każdy z osobnych elementów może wpłynąć na wydajność gry, w szczególności, jeśli port jest kiepskiej jakości (takie rzeczy się, niestety, zdarzają).

2. Sterowniki graficzne.

Prawdą jest, że producenci kart graficznych wydają tzw. “game ready graphic card drivers”, które są specjalnie napisane, aby maksymalizować wydajność konkretnej gry. Linux może w obecnej chwili pomarzyć o czymś takim, w szczególności, że kod źródłowy jest zamknięty i społeczność nie może ich doskonalić na własną rękę (jak dzieje się to z innymi aplikacjami z otwartym kodem źródłowym). Chociaż tego typu rzeczy wydarzały się w przeszłości i mam cichą nadzieję, że producenci wrócą do wspierania wydajności pingwinowego systemu.

3. OpenGL a DirectX

OpenGL jest odpowiednikiem DirectX z zaznaczeniem, że OpenGL nie powstał z myślą o grach. Obie rzeczy odpowiadają za przerobienie linijek kodu na piękną (bądź nie) grafikę na ekranie.

Z racji faktu, że OpenGL nie powstał do gier tylko do renderowania grafiki 3D, powoduje to problemy programistów przy przeportowywaniu tytułów na Linuxa. Czasem coś trzeba programistycznie obejść, aby działało, co oznacza, że wydajność gry może spaść. W ostatnich czasach sporo pracy też zostało włożone w jego rozwój, aby stał się trochę bardziej przyjazny w stosunku do gier.

Na szczęście jego następcą jest Vulkan specjalizujący się między innymi w grach, co ma ułatwić i ujednolicić grafikę między różnymi systemami. Nie oznacza to jednak, że w przypadku przeportowania wszystko będzie idealnie dopasowane i port da się bezproblemowo wykonać bez dodatkowej pracy.

Podsumuję to w skrócie: Linux to nie Windows i każdy z systemów wymaga od gry innego działania. Nie jest to jednostronne. Gry przeportowane z Linuxa na Windowsa również gubiłyby ilość klatek na sekundę, ponieważ brak jednolitości w sferze programowania powoduje przestrzeń, gdzie liczy się kreatywność i umiejętności porterów, aby rozwiązać dany problem. Mimo tego, tak długo jak mogę pograć na moim pingwinie, jestem zadowolony. Koniec końców zachowana jest płynność gry przez co żadna strata nie wpływa na moje odczucia, a i bez tego mogę grać, jeśli tylko fabuła mnie wciągnie (wypowiem się o tym w innym wpisie).

Bonusowo: Odświeżanie monitora a ilość klatek na sekundę (fps).

Będę szczery – przeciętny monitor ma częstotliwość odświeżania mieszczącą się między 50-60 Hz (najczęściej jest to 60, Hz). Istnieją specjalne monitory, które mają wyższą częstotliwość. Numerki te przekładają się na to, ile nasze oko może dostrzec klatek na sekundę na danym ekranie. Mówiąc prościej: nie potrzeba mieć w grze 300 fps, gdzie nasze oko zobaczy tylko 60 na monitorze 60 Hz.Także oznacza to, że jeżeli nie mamy lepszego monitora, to duża ilość fps’ów nie zwiększa naszych wizualnych odczuć tak długo jak ilość klatek na sekundę utrzymuje się lub przekracza 60.

Dlaczego o tym piszę? Aby uświadomić Was, że wysoka wydajność niekoniecznie może przekładać się na większe odczucia wizualne. Jeśli zachowana jest płynność to co nam szkodzi skupić się na fabule? Nikt nie musi być lepszy/gorszy od drugiego tak długo jak mamy się po prostu dobrze bawić.

Mefisto

#046. Star Wars: The Old Republic

Ze wszystkich gier, w które przyszło mi grać, SWTOR (czyli tak jak w tytule) jest tym tytułem, który wywrócił moje życie do góry nogami. Grałem w obie części Star Wars: Knights of The Old Republic (tak zwany KOTOR) i ucieszyłem się, kiedy dowiedziałem się o SWTOR, kontynuacji serii, która budziła (i budzi do dziś) tyle emocji.

SWTOR to gra MMORPG, co oznacza tylko tyle, że swoją rozgrywkę RPG dzielisz z masą ludzi dookoła. Niezbyt to fajne, w szczególności dla takich mruków, jak ja, którzy rzadko dzielą się rozgrywką z innymi osobami (za wyjątkiem pewnych zielonych stworków). Ale tam, w uniwersum na bazie KOTOR’a, możesz grać na własną rękę w towarzystwie przeważnie fanów bądź ludzi zainteresowanych grą, czasem mając styczność z niewyżytym motłochem, który relacji międzyludzkich nie opanował w ogóle. Ale to prawie jak w urzędzie. Jeden ci pomoże, inny powie, że to twoja wina. Z tą różnicą, że jakiś spory czas temu wprowadzono patch, który odbniża poziom Twojej postaci do danej lokacji, przez co nikt nie bawi się w mordowanie ludzi z niższymi poziomami. Od tamtej pory liczy się tylko gra!

Są dwie frakcje: Republika (dla niezorientowanych: ci dobrzy) i Imprerium (dla niezorientowanych: ci źli). Każda liczy po cztery klasy z czego dwie władają mocą, a dwie nie. Moją rozgrywkę skupiłem wokół Jedi (władający mocą po stronie Republiki) i Sith (władający mocą po stronie Imperium). Wszystkie te postaci mają swoją historię, którą ekspolorujesz poprzez wykonywanie misji związanych z daną klasą. SWTOR to nie jest taki klasyczny MMORPG, gdzie musisz się sporo naczytać. Twórcy postarali się o wersję z podkładem aktorów, przez co czuję się jakbym grał w najzwyklejszego RPG z tą różnicą, że za plecami biegają inni ludzie.

Jeżeli chodzi o głosy męskie to polecam grać klasami Sith Warrior i Jedi Knight, bo najlepiej się ich słuchało, a fabuła potrafiła trzymać w napięciu. Niestety nie umiem utożsamiać się z kobiecymi postaciami, więc nie powiem Wam, która klasa ma najlepszy żeński głos. Przepraszam.

Gra posiada masę dodatków (Rise of the Hutt Cartel, Galactic Starfighter, Galactic Strongholds, Shadow of Revan i Knights of the Fallen Empire oraz Knights of the Eternal Throne, który wyjdzie w grudniu) oraz “zajęć dodatkowych”. W “zajęciach dodatkowych” wliczyłbym walki statkami, czy też rozbudowę własnego domu (lub domów, jeśli stać Cię na więcej niż jeden) albo też i dodatkowe planety, na których czają się misje wciągajace nas do nowych wydarzeń w świecie STWOR. Multum wydarzeń społecznościowych zapewnia zabawę nawet jeśli skończyło się rozwój postaci, misje dzienne pozwalają zarobić specjalną walutę na lepszej jakości zbroje. Nie wspominając już o fanach serii Gwiezdnych Wojen, których rozmowy na czacie nadawałyby się na książkę. Takiego wczucia we własną postać nie odczywa się nawet na cosplay’ach.

Do niedawna zagłębiałem się w “rozszerzenie” o nazwie Knights of the Fallen Empire, w którym moja postać zmienia się w Outlandera – kogoś, kto tracąc 5 lat życia wkracza na arenę wojny, jako lider i ostatnia nadzieja przeciwko mocarnemu wrogowi: Eternal Empire pod władaniem krwiożerczego Arcanna. Generalnie rzecz biorąc każda misja to budowanie gruntu pod walkę: rekrutacja nowych członków przymierza, zdobywanie potrzebnych zapasów, czy też działanie drugiej stronie na nerwy (w tym to ja jestem mistrzem).

Nie będę się jednak rozpisywał nad fabułą, ponieważ wyznaję zasadę, że każdy gracz powinien sam zagrać w grę i stwierdzić, czy mu się podoba. Pozwolę sobie udostępnić kilka screenshot’ów, które zrobiłem grając w ostatnie rozdziały.

This slideshow requires JavaScript.

Czy gra jest warta polecenia? Jeżeli uwielbiasz Gwiezdne Wojny to zdecydowanie powinno się spróbować. Rozgrywka jest darmowa dla całej podstawowej fabuły (do pięćdziesiatego poziomu), więc masz unikalną szansę wczuć się w fabułę nim zdecydujesz, czy gra Ci się rzeczywiście podoba. Potem, jeśli polubisz SWTOR, możesz albo dokupić sobie dodatki, albo wykupić miesięczną subskrypcję (która poza dodatkami pozwoli Ci między innymi korzystać z dodatkowego doświadczenia, czy lepszych przedmiotów oraz co miesiąc zasili Twoje growe konto elektroniczną gotówką do wydania w ich sklepie).

Swoje konto utworzyłem w lutym 2013 roku i od tamtej pory, z mniejszymi bądź dłuższymi przerwami, gram zachłannie dla ciekawej fabuły. Jeżeli masz ochotę wejść do uniwersum Gwiezdnych Wojen, ale nie wiesz, od czego zacząć, daj mi znać. Z chęcią pomogę postawić pierwsze kroki w kierunku nowej przygody.

Mefisto

#037. The Elder Scrolls V: Skyrim

72850_20160809182257_1

No i stało się to, co stać się w końcu musiało. Pod wpływem oglądania na szanownym serwisie Youtube różnych interpretacji tejże gry, postanowiłem założyć ciężką zbroję i wyruszyć do krainy zwanej Skyrim, aby zobaczyć, co los przygotował dla mnie tym razem.

Jako, że główny wątek gry i dodatki przeszedłem, będzie to jednorazowy wpis w formie finalnej recenzji i opcjonalnie parę krótszych wpisów na ciekawostki, jeżeli kogoś to zainteresuje. Samej gry jeszcze nie skończyłem, bo zostało mi masę misji pobocznych, które planuję w wolnej chwili ukończyć.

Skyrim, wydana przez Bethesdę w 2011 roku, to piąta część serii The Elder Scrolls, w którą troszkę pograłem parę lat temu, ale z tego powodu, iż mało cierpliwe dziecko byłem, gra nie zrobiła na mnie jakiegoś wielkiego wrażenia. Dzisiaj mam odmienne zdanie i do starszych wersji kiedyś na pewno usiądę.

Z góry przepraszam wszystkich za ilość słów, które przyszło mi zmarnować. Sam nie sądziłem, że wyjdzie tego tyle, ile wyjdzie, ale dobra gra zasługuje nawet i na więcej. Mam nadzieję, że się ze mną w tej kwestii zgodzicie.

Continue reading

#010. Two Worlds: sztuka konwersacji czyli moje pierwsze wrażenie z gry

Screenshot-5

Miałem zagrać w Two Worlds (data wydania: 2007), więc jak tylko grę ściągnąłem, zabrałem się za eksplorację fabuły i świata stworzonego przez Reality Pump Studios. Gra została przeportowana na Linuxa przy użyciu wina i chodzi zadowalająco dobrze.

Szczerze mówiąc grę zaczynałem 3 razy, bo za pierwszym razem biegałem po pierwszej (jakże dużej) lokacji i nie wiedziałem, co mam zrobić, a informację o tym, co mam zrobić, tak lekko mówiąc, zignorowałem. Za drugim razem w tak kreatywny sposób pozbyłem się całego zasobu gotówki, że to nadawałoby się na scenariusz jakiejś żenującej komedii, a jak odrobić straty to pojęcia nie miałem. Ale o tym rozpiszę się później.

Proszę wziąć pod uwagę, że cały ten wpis jest poświęcony grze Two Worlds i może zdradzić wam nieco fabuły gry. Obiecuję opisać moje przeżycia i odczucia w taki sposób, aby jak najmniej popsuć radości z grania tym, którzy będą chcieli zagrać.

Continue reading

#003. Inny system

Notka ta chodziła mi po głowie już od jakiegoś czasu, zatem pozwalam w końcu mojej żądzy przejąć nade mną władzę. Przyznam bez bicia, że komputerami interesuję się odkąd dostałem moją pierwszą maszynę (będzie to z 14-15 lat temu). W porównaniu z możliwościami samego mojego telefonu, była to śmieszna zabawka. Brak internetu w tych czasach to była rutyna, więc ograniczałem się do tego, co miałem w mojej puszce. Na komputerze miałem początkowo dwie gry: Mario i Kapitan Pazur. W obie grałem do bólu, raz po razie, aż się teraz zastanawiam, jakim cudem mi się to nie znudziło. Może dlatego, że klimat tamtych czasów był inny i w gry grało się, bo były dobre i wciągały samą fabułą (fabuła w Mario, haha!)? A może po prostu dlatego, że miałem jakąś dziwną wersję Mario i mogłem zasuwać w obie strony, jak opętany (przejść Mario w lewo – ile emocji!).

Następną grą, którą odpaliłem na tym mocarnym sprzęcie był Warcraft III. Moja karta graficzna nie spełniała minimalnych wymagań gry (całe 8mb) i tekstury postaci ładowały się białe. Ale znowu grało się, aż palce bolały, a noc zmieniała się w dzień.

Potem miałem Heroes of Might & Magic III – grało się w to z ojcem, rodzeństwem, przyjaciółmi, nawet z psem w ostateczności… A sierściuch mnie ogrywał na słodkie oczka. Do dzisiaj wracam do tego tytułu z sentymentu do dni, gdy komputer łoił mi skórę do tego stopnia, że nie ruszałem się z zamku, modląc się o poniedziałek, by zrekrutować nowe jednostki, kiedy sadysta komputer czaił się w mroku i dawał mi do zrozumienia, że żywy tej rozgrywki nie opuszczę (psychicznie zdrowy też nie).

A dalej to miałem już sporo gier.

Assassin’s Creed, Dragon Age, Star Wars, itd. Wszystko, co potrzebuje nałogowy gracz, aby zapełnić wolny czas, a nawet wypchać i ten, który teoretycznie nie był wolny. Grało się dla osiągnięć, dla fabuły, czasem nawet i dla ładnych widoków w grze. Zawsze był jakiś powód. Ale numerem jeden była dla mnie zawsze fabuła, która musiała wciągać. Fabuła była życiem dla samej gry i jej postaci, sprawiała, że wczuwasz się w swoją rolę i ratujesz królestwa, biedne smoki przed agresywnymi księżniczkami, czy po prostu mordujesz wszystkich wokół i cieszysz się z udanej masakry (w każdej części GTA i obowiązkowo Saints Row).

Aczkolwiek, pomimo przydługiego wstępu, nie mam zamiaru rozpisywać się o grach. Na to też przyjdzie pora. Zamiast tego chciałbym napisać o czymś, co zwie się system operacyjny. Zdecydowana większość świata ma Windowsa. Ja sam go miałem do momentu, aż ktoś ukradł mi laptopa (a niech ci zasilacz w twarz wystrzeli, kradzieju!). A potem zaczęła się moja przygota z Mintem.

Mint, a dokładniej Linux Mint to system, który wpadł mi w ręce tak przypadkiem. Skoro i tak skończyłem goły i wesoły, bez pieniędzy na nowy komputer, czy kolejną licencję na Windowsa, postanowiłem go wypróbować. Byłem niechętny, opierałem się, nawet nie potrafiłem z niego korzystać, chociaż nie ma w nim nic trudnego. Była to chyba jedynie kwestia mojej psychiki i korzystania z “nowej” rzeczy. Nie lubiłem go, bo nie chciałem go lubić. Bo co to w końcu było? Miałem Windowsa, a tutaj nagle trzeba się przyzwyczajać do czegoś innego. Wszystko było z nim źle, bo nie chciałem się przestawić. Jeszcze miałem wtedy nieopisaną złość do świata, że to akurat mi skradziono laptopa razem z dorobkiem mojego życia. Wściekałem się, wkurzałem, nie próbowałem nawet zrozumieć, gdy robiłem błąd. Po prosty winny był ten “inny” system, którego nie chciałem poznać.

Po czasie przeszło mi. Przestałem wyzywać Linuxa. Przestałem twierdzić, że jest do niczego i robi mi tylko na złość. Nie robił. Działał tak, jak go twórcy stworzyli. Nie wieszał się, działał szybko i sprawnie na bardzo starym sprzęcie. Nawet udało mi się zainstalować na nim grę, co mi się nawet nie śniło (wiedziałem, że można, ale myślałem, że to jakaś najczarniejsza magia, wiedza tajemna, voodoo i pit w jednym – jednym słowem nie do ogranięcia dla takiej osoby jak ja). Instalacja gry nie była trudna, grę dało się przejść bez problemów. Tą grą była Star Wars: Knights of the Old Republic II. Nie grałem w nic konkretnego przez kilka miesięcy, ponieważ nie miałem na czym. A tutaj nagle takie coś.

Osoba, która zachęciła mnie do Linuxów pokazała mi, jak i przez co instalować gry. Pełen emocji usiadłem i zainstalowałem program zwany WINE (program, który najprośniej można nazwać tłumaczem – tłumaczy Linuxowi, co gra od niego oczekuje i mówi grze, jak na to Linux reaguje). Było to banalnie proste, jak instalowanie aplikacji na andoidzie  – wchodzisz w Google Play i szukasz czego potrzebujesz, klikasz “instaluj”. W tym wypadku jest to Synaptic, który działa na podobnej zasadzie. A potem instalacja gry z płyty i moc była ze mną.

Mint bardzo zaplusował u mnie. Ten nielubiany system dał mi możliwość pogrania w ulubioną grę. Dla miłośnika gier mojego pokroju to sporo, w szczególnie po takim wyposzczeniu. To tak, jak gdyby twój nielubiany kolega z klasy podarował ci nagle kolejną część książki, którą chcesz przeczytać, a której nie możesz nigdzie dostać.

Miałem potem Windowsa do gier razem i Linuxem, któremu wydzieliłem trochę miejsca na dysku (bo dużo nie potrzebował). Na Windowsie tylko grałem; wszystkie prywatne pliki trzymałem na Linuxie, korzystanie z internetu, rysowanie, czy planowanie zagłady ludzkości też odbywało się na Linuxie. Linux stał się potrzebny, niezbędny wręcz do egzystowania w komputerowym świecie.

Niestety mój Windows nr 7 z czasem zaczął się psuć i to nie od mojej głupoty. Wychodzące aktualizacje zagracały go, zainstalowanie Daemon Tools (programu do montowania obrazów płyt) kończyło się czkawką i tysiącej dodatkowych gratów na komputerze, które chociaż wirusami nie były to przejawiały takie zachowanie. Sam program nie chciał działać. Był to dla mnie absurd, że nie mogę zrobić obrazu legalnie kupionej płyty, by się ona po prostu nie zniszczyła pod wpływem mojej intensywnej eksploatacji. Pierwszy raz pojawiło się w mojej głowie takie stwierdzenie, że w Mincie mi to działa, mam odpowiednik Daemon Tools od razu w systemie i nie musiałem nic instalować.

Myślałem też, że to wirus, ale przecież miałem i antywirusa, i niczego nie ściągałem na Windowsie (wszelkie pliki wpierw lądowały na Linuxie, a potem wędrowały na Windowsa po upewnieniu się, że są bezpieczne).

Po długich bólach i bezowonych walkach podjąłem wtedy decyzję, że przechodzę całkowicie na Linuxa, żegnając się z Windowsem na dobre (w prywatnym życiu, w pracy z niego korzystam). I tutaj zaczyna się moja przygoda z grami. Bo o ile miałem ich dużo na Windowsie, na Linuxie zwiększyłem moją kolekcję conajmniej czterokrotnie. Na systemie, na którym myślałem, że mi żadna gra nie będzie działać. Owszem, większość gier nie została zrobiona na Linuxa i bywały z nimi przeboje. Głównie z powodu mojej niewiedzy, rzadziej z braku implementacji czegoś w winie. Jednakże niech pierszy rzuci dyskien ten, kto nigdy nie miał problemu z komputerem, bez względu na system.

Prawda jest taka, że każdy system operacyjny będzie tak idealny, jak ludzie, którzy go tworzą, a także jak ludzie, którzy go używają. Nie ma więc co oczekiwać na ideały. Nie mówię więc, że jest idealnie. Ale Linux mimo wszystko daje radę, idzie do przodu. Powoli, czasem nawet jak krew z nosa, ale się przesuwa. Może i dość często zostaje w tyle, ale Linux biegnie w tym wyścigu z kulą u nogi (brak dużych finansów, by wepchnąć Linuxa bardziej na wierzch), a pomimo przeciwności losu (jak na przykład zablokowany kod źródłowy w programach na Windowsa), potrafi stworzyć program na zasadzie prób i błędów, który skutecznie umożliwi mi używanie gier, czy programów. To jest duży sukces: nie mieć nic, a zrobić z tego wiele. No i mój ulubiony bunt w czystej postaci.

Kolejnym sukcesem Linuxa jest SteamOS. Jest to platforma do gier od Steama oparta na Debianie. Dzięki niej liczba gier na Steamie wspierających Linuxa przekroczyła liczbę 3.000. Wyobraźcie sobie mój opad szczeny, kiedy się o tym dowiedziałem. System, który nie był tworzony do gier, doczekał się portów gier. Wiadomo, jedne porty są lepsze, inne gorsze, głównie robi się nakładki, co może zeżreć dodatkowe zasoby systemu (chociaż jeszcze nie spotkałem gry, które zżerała mi więcej niż było w wymaganiach, a nawet sporo mniej), ale zawsze skupiam się na jednej zasadniczej rzeczy: aby gra chodziła płynnie i dało się w nią grać. Generalnie rzec biorąc to jest to, co otrzymuję. I po cichu liczę na to, że kiedyś gry będą wychodziły na wszystkie systemy i skończy się durna walka “a bo mój system jest lepszy, bo jest wspierany”, a ludzie po prostu zaczną grać w gry dla przyjemności, ewentualnie wspólnej rywalizacji w ramach zabawy. Bo o to w grach chodzi: o granie i dobrą zabawę (oraz hejt na “tych z drugiej frakcji” w grze).

Nigdy nie lubiłem Steama, ale przekonałem się do niego dzięki zasobowi gier, w które mogę pograć na Linuxie. Z 52 gier, które mam w biblitece na Steamie, 31 chodzi ładnie na bezpośrednio na Linuxie, reszta przy pomocy wine, codziennie czytam newsy o nowych grach wydanych na Linuxa (w tej chwili kończę ściągnie Two Worlds, gdzie twórcy użyli wina, by stworzyć Linuxową wersję – spodziewajce się raportu niebawem). Może i są to też stare tytuły, ale nie grałem w tyle gier, że kiedy nadejdzie mi ochota na granie w te najnowsze gry, to będzie już kilka lat później, a gry te, pozwolę sobie zażartować, mogą doczekać się do tego czasu Linuxowej wersji (jak to się stało z Tomb Raiderem, którego ledwo kupiłem, a tu znienacka wsparcie dla Linuxa wyskakuje)…

(pare screenów z różnego okresu mojego giercowania – niektóre zostały zrobione na starym sprzęcie toteż przepraszam za jakość)

Mam nadzieję, że ” Linuxowe dzieje diabła” przypadły wam do gustu (i że nie zanudziłem was opisem). To nie koniec (nie ma tak lekko): mam sporo gier do zagrania, a jeszcze więcej do opisania. Następną notkę poświęcę hołdowi dla niezniszczalnego blaszaka, którego emerytowałem na początku 2016, a następną notką, zaraz po tym, o grze, którą kupiłem dawno temu, a była to moja pierwsza “Linuxowa” gra, którą męczę do dziś.

A teraz wybaczcie. Gry wzywają!

Mefisto