#067. To już rok!

To niesamowite, jak szybko czas leci. Szybciej, niż można by się spodziewać. Rok temu, dokładnie dwudziestego pierwszego maja założyłem tego bloga, a na następny dzień dodałem pierwszy wpis. To miał być blog o wszystkim (co lubię) i chyba jest, bo w końcu od czasu do czasu zamieszczam po trochu moich jęków, po trochu recenzji, a po trochu moich myśli i zdarzeń z życia. Myślę, że w jakiś sposób mi to wyszło – na pewno w kwestii jęczenia, bo to wychodzi mi – jak zawsze – najlepiej.

Przez cały rok przewinęło się przez niego tyle osób, dzieląc się swoimi spostrzeżeniami na temat różnych rzeczy. Również i ja wpadłem na blogi, które zdążyły powstać i zniknąć podczas tego roku. Zabawne, że – choć jestem typem lenia i osoby, która nigdy nie dociąga nic do końca – udało mi się wytrwać rok.

Mam nadzieję, że będę trwał dalej i wytrwam do następnego roku, a potem do kolejnego i tak dalej, aż do momentu, kiedy nadejdzie jakiś sensowny koniec. Pisanie notek jest dla mnie jak pisanie autobiografii – staram się, aby każdy wpis był nasycony moim podejściem i to, jak widzę świat. Nie chcę być sztywny w tym, co robię – wystarczy mi, że kiedyś sztywno będę leżeć w trumnie…

Korzystając z okazji chciałbym podziękować wszystkim, którzy weszli i zatrzymali się na chwilę. Nie zważam na to, czy weszliście tu celowo, czy przypadkiem, czy po prostu jakaś tajemnicza siła wessała Was na tę stronę. 😉 Dziękuję wszystkim, którzy zdecydowali się zostawić po sobie ślad w postaci komentarza/y. Dziękuję wszystkim, którzy mnie wspierali i podtrzymywali na duchu w gorszych momentach. Każdy ma swój wkład w tworzenie tego bloga.

Mam nadzieję, że przyjdzie mi napisać podobną notkę za rok. Trzymajcie kciuki, aby tak było. 🙂

Mefisto

#063. Balrum

Przez długi czas nie wiedziałem, jak się zabrać za opisanie tej gry. W końcu jest w niej tyle aspektów, o których można wspomnieć, a zarazem wydaje się ich za mało (och, to już chyba mój standardowy niedosyt).

Balrum to gra wydana przez Balcony Team pierwszego marca 2016. Zakupiłem ją niemal od razu po premierze – głównie dlatego, że spodobała mi się old-schoolowa grafika. Właściwie to nie wiem, czemu mnie tak urzekła. Prawdopodobnie dlatego, że w tamtym okresie miałem dosyć gier z “super” grafiką, gdzie fabuły były znikome ilości, co bolało moje przygodowe serce.

Balrum dał mi i brak takiej grafiki, i irytację, ale także i długie godziny rozgrywki, które koniec końców dały mi sporo radości.

Continue reading

#060. Dziwne dziwności

Muszę to przyznać szczerze i otwarcie, że mam pojemny zad, bowiem jakaś złośliwość losu umieściła mi w nim magnes na dziwne sytuacje.

Padł mi akumulator w aucie. Smutna rzecz, ale zdarza się, w szczególności, jeśli pod akumulator jest podpięte mini centrum dowodzenia, dzięki któremu moje kochane auto pisze sobie ze mną wesoło na czacie, uczepiając się mojego tyłka, które rozszerza się szybciej niż wszechświat (i co zabawne to jedyna część mnie, która tyje, jeśli już ma coś we mnie tyć). Zamówiłem więc power bank, którym można wskrzeszać nieposłuzne pojazdy.

I tutaj zaczyna się coś, co sprawiło, że mój ptasi móżdżek wymiękł.

Na aukcji dostawcą miał być Royal Mail (czyli firma kurierska od angielskiej poczty). Paczka przyszła, ale nie zdążyłem zbiec na dół (ostatnie piętro, ja kuleję i poruszam się tak szybko, że szybciej byłoby się rzucić z okna na kuriera). Zostawił karteczkę od firmy o nazwie Yodel (zupełnie inny kurier), że paczka jest w schowku na zewnątrz domu. Wyciągam zawiniątko, a tam na opakowaniu DHL. Kurier przyjechał swoim autem, więc kompletnie nie wiem, kto to dostarczył i miał czarną, firmową koszulkę, która nie pasuje do uniformów żadnej z powyższych firm. Cieszę się, że paczka dotarła cała i zdrowa.

Kolejna sytuacja. Wczoraj moja ukochana połowa poprosiła mnie o kupno biletów na pociąg z racji faktu, że jest w podróży i ciężko zrobić to z telefonu. No to otwieram stronę, wybieram i z lekka mnie zamurowuje. Dzielę się informacją z połówką i słyszę tylko dziki śmiech po drugiej stronie słuchawki. Czemu?

Screenshot-1a

(pozwoliłem sobie usunąć miejscowości :P)

Rozumiem, że pociąg o 12:20 ma jakąś klasę drugą w wersji VIP, że kosztuje więcej? 🙂

Zauważyłem, że proporcja absurdów rośnie wraz z ilością rzeczy, jakie mam na głowie. Aczkolwiek to całkiem miły aspekt w moim życiu – pod warunkiem, że te dziwności pozostają jedynie dziwnościami i nie stanowią zagrożenia dla mojej psychiki. 🙂 Mam ich sporo do opisania, ale one mieszczą się w sferze pracowej, więc zostawię je na później.

A Wy mieliście ostatnio jakąś dziwną sytuację?

Mefisto

#058. Za dużo gier

Dzisiaj stwierdziłem, że zbyt duża ilość gier sieka mózg i to boleśnie.

Z różnych śmiesznych powodów musiałem się udać do szpitala. Wizyta planowana, list z datą i godziną otrzymany. W zestawie była też mapka całego kompleksu, bo łatwo się tam zgubić.

Dotarliśmy na parking około dziesięć do trzynastu minut przed spotkaniem. Ochoczo ruszyłem z moją połową w celu odnalezienia budynku, gdzie miało odbyć się spotkanie. Zajęło nam to chwilkę – w końcu mieliśmy mapę. Na mapie budynki były ładnie opisane; w rzeczywistości było troszkę gorzej, bo naszym punktem odniesienia był jeden malutki budyneczek z nazwą.

Dotarliśmy do drzwi przeznaczenia, na których w pokrętny sposób wyjaśniano strzałkami jak dojść do innego wejścia. No dobra, szpital remontują, więc pewnie coś tam robią. Udaliśmy się do drugich drzwi przeznaczenia, a na nich kolejna kartka z jeszcze większą ilością strzałek, jak dotrzeć do innych drzwi.

Koniec końców obeszliśmy budynek, aby dostać się do innych drzwi, nad którymi wisiał wielki znak “Pain Clinic Services”. Nie dziwię się, że od razu witają nas ci od “bólu”, bo po takiej ilości zgadywanek i zagadek przyszliśmy tam z – na szczęście – lekkim bólem tyłka. Aczkolwiek działało to raczej jak mini napęd, bo ostatecznie byliśmy tak cztery minuty przed.

Czułem się jak w jednej z tych męczących misji w grach, gdzie latasz w każdą stronę. Tylko brakowało mi, aby recepcjonista rzucił złotem i punktami doświadczenia za nasz wysiłek.

Mefisto

#046. Star Wars: The Old Republic

Ze wszystkich gier, w które przyszło mi grać, SWTOR (czyli tak jak w tytule) jest tym tytułem, który wywrócił moje życie do góry nogami. Grałem w obie części Star Wars: Knights of The Old Republic (tak zwany KOTOR) i ucieszyłem się, kiedy dowiedziałem się o SWTOR, kontynuacji serii, która budziła (i budzi do dziś) tyle emocji.

SWTOR to gra MMORPG, co oznacza tylko tyle, że swoją rozgrywkę RPG dzielisz z masą ludzi dookoła. Niezbyt to fajne, w szczególności dla takich mruków, jak ja, którzy rzadko dzielą się rozgrywką z innymi osobami (za wyjątkiem pewnych zielonych stworków). Ale tam, w uniwersum na bazie KOTOR’a, możesz grać na własną rękę w towarzystwie przeważnie fanów bądź ludzi zainteresowanych grą, czasem mając styczność z niewyżytym motłochem, który relacji międzyludzkich nie opanował w ogóle. Ale to prawie jak w urzędzie. Jeden ci pomoże, inny powie, że to twoja wina. Z tą różnicą, że jakiś spory czas temu wprowadzono patch, który odbniża poziom Twojej postaci do danej lokacji, przez co nikt nie bawi się w mordowanie ludzi z niższymi poziomami. Od tamtej pory liczy się tylko gra!

Są dwie frakcje: Republika (dla niezorientowanych: ci dobrzy) i Imprerium (dla niezorientowanych: ci źli). Każda liczy po cztery klasy z czego dwie władają mocą, a dwie nie. Moją rozgrywkę skupiłem wokół Jedi (władający mocą po stronie Republiki) i Sith (władający mocą po stronie Imperium). Wszystkie te postaci mają swoją historię, którą ekspolorujesz poprzez wykonywanie misji związanych z daną klasą. SWTOR to nie jest taki klasyczny MMORPG, gdzie musisz się sporo naczytać. Twórcy postarali się o wersję z podkładem aktorów, przez co czuję się jakbym grał w najzwyklejszego RPG z tą różnicą, że za plecami biegają inni ludzie.

Jeżeli chodzi o głosy męskie to polecam grać klasami Sith Warrior i Jedi Knight, bo najlepiej się ich słuchało, a fabuła potrafiła trzymać w napięciu. Niestety nie umiem utożsamiać się z kobiecymi postaciami, więc nie powiem Wam, która klasa ma najlepszy żeński głos. Przepraszam.

Gra posiada masę dodatków (Rise of the Hutt Cartel, Galactic Starfighter, Galactic Strongholds, Shadow of Revan i Knights of the Fallen Empire oraz Knights of the Eternal Throne, który wyjdzie w grudniu) oraz “zajęć dodatkowych”. W “zajęciach dodatkowych” wliczyłbym walki statkami, czy też rozbudowę własnego domu (lub domów, jeśli stać Cię na więcej niż jeden) albo też i dodatkowe planety, na których czają się misje wciągajace nas do nowych wydarzeń w świecie STWOR. Multum wydarzeń społecznościowych zapewnia zabawę nawet jeśli skończyło się rozwój postaci, misje dzienne pozwalają zarobić specjalną walutę na lepszej jakości zbroje. Nie wspominając już o fanach serii Gwiezdnych Wojen, których rozmowy na czacie nadawałyby się na książkę. Takiego wczucia we własną postać nie odczywa się nawet na cosplay’ach.

Do niedawna zagłębiałem się w “rozszerzenie” o nazwie Knights of the Fallen Empire, w którym moja postać zmienia się w Outlandera – kogoś, kto tracąc 5 lat życia wkracza na arenę wojny, jako lider i ostatnia nadzieja przeciwko mocarnemu wrogowi: Eternal Empire pod władaniem krwiożerczego Arcanna. Generalnie rzecz biorąc każda misja to budowanie gruntu pod walkę: rekrutacja nowych członków przymierza, zdobywanie potrzebnych zapasów, czy też działanie drugiej stronie na nerwy (w tym to ja jestem mistrzem).

Nie będę się jednak rozpisywał nad fabułą, ponieważ wyznaję zasadę, że każdy gracz powinien sam zagrać w grę i stwierdzić, czy mu się podoba. Pozwolę sobie udostępnić kilka screenshot’ów, które zrobiłem grając w ostatnie rozdziały.

This slideshow requires JavaScript.

Czy gra jest warta polecenia? Jeżeli uwielbiasz Gwiezdne Wojny to zdecydowanie powinno się spróbować. Rozgrywka jest darmowa dla całej podstawowej fabuły (do pięćdziesiatego poziomu), więc masz unikalną szansę wczuć się w fabułę nim zdecydujesz, czy gra Ci się rzeczywiście podoba. Potem, jeśli polubisz SWTOR, możesz albo dokupić sobie dodatki, albo wykupić miesięczną subskrypcję (która poza dodatkami pozwoli Ci między innymi korzystać z dodatkowego doświadczenia, czy lepszych przedmiotów oraz co miesiąc zasili Twoje growe konto elektroniczną gotówką do wydania w ich sklepie).

Swoje konto utworzyłem w lutym 2013 roku i od tamtej pory, z mniejszymi bądź dłuższymi przerwami, gram zachłannie dla ciekawej fabuły. Jeżeli masz ochotę wejść do uniwersum Gwiezdnych Wojen, ale nie wiesz, od czego zacząć, daj mi znać. Z chęcią pomogę postawić pierwsze kroki w kierunku nowej przygody.

Mefisto

#043. Halloween

Jak co rok na ciemnej ulicy zapalają się dynie z wydrążonymi w nich straszno-rozbawionymi twarzami. Dzieci wybiegają z domów, ciągnąć swych rodziców, aby od drzwi do drzwi pozyskiwać cukierkowe dobra lub płatać psikusy tym, co się opierali. Domy bez ozdób są omijane: nie ma co niepokoić odpornych na straszaki.

Na moją ulicę właśnie wypełzły różnej maści potwory w poszukiwaniu słodkich skarbów. Co chwilę słychać piski różnorakich potworów, których przerasta chyba własna straszność. Ciekawskie wiedźmy zaglądają do ogródków, patrząc, czy czasem ktoś nie wywiesił gdzieś jakiegoś ducha potwierdzając, że mieszkańcy gotowi są złożyć czekoladową ofiarę i zaspokoić nocne zmory.

Trwa to krótką chwilę, bo strzygi biegają szybciej niż rodzice i wnet wszystkie oznaczone domy zostają zrabowane do cna, do ostatniego cukierka. Chwilę później hałasy cichną, bo, wziąwszy co się dało wziąć, wyruszają na podbój innych ulic. Niektóre pewnie zadowoliły się skromną ofiarą i powróciły do swych pieczar, aby pożywić się i zasnąć snem spokojnym na następną noc Halloween.

Co jakiś czas przewija się nieswoja dusza – pewnie z grot tajemnych ulokowanych przy innych domach. Chodzi od drzwi do drzwi zbierając smakołyki, które uchowały się przez pierwszą falą straszaków. Znów ulica staje się żywa, bo stworzenie przyciągnęło inne zjawiska i znów piski oraz krzyki pobrzmiewają pośród nocy.

Będzie to trwało tak długo, aż cały słodki skarb zostanie zrabowany, a wszelkie wampiry, wiedźmi i wilkołaki wrócą do swych domów, zaciągnięte przez rodziców. Zacznie się jedzenie zdobytych ofiar z cukru i czekolady tak długo, aż potwory staną się na powrót dziećmi: na następny rok.

img_20161028_130213

Wesołego Halloween!

Mefistowy

#040. Na wesoło: niespodziewane pluszaki i zwierzaki oraz komputery

W życiu, jak wiadomo, bywa różnie. Jest źle, jest dobrze, jest nijako, jest fajnie. Ostatnio miałem ciężki okres, więc los postanowił najwyraźniej nagrodzić moją cierpliwość.

W skrócie: ja i moja połowa lubimy zbierać pluszaki. Kupujemy różne w różnych sklepach, czasem znajdujemy jakieś w internecie.

Wiecie jak to bywa z kupowaniem na stronach pokroju ebay. Można kupić taniej i można kupić taniej, ale podróbę, która nie wychodzi tanio, bo koniec końców płaci się niemal tyle samo, co w sklepie. Nie lubię takich praktyk (w sensie sprzedawania podróbek i udawania, że wszystko jest ok), bo to zwykłe oszustwo (inaczej by było, jakby ktoś otwarcie informował o tym, że sprzedaje towar wątpliwej jakości), więc poinformowałem angielski oddział firmy zajmującą się dystrybucją tych zabawek o tym, jak ktoś sprzedaje podróbki za oryginalną cenę twierdząc, że to oryginalny produkt. Wszystko odbyło się miło i sprawnie, a o sprawie zapomniałem.

Jakiś czas później dostałem to:

Na początku wyciągając z pudełka tego pluszaka pomyślałem, że zaszła jakaś pomyłka, ale list szybko wszystko wyjaśnił. Zaskoczył mnie ten gest, bo zupełnie się go nie spodziewałem, ale przywróciło mi to wiarę w niektóre firmy, które dbają o swój wizerunek (chociaż w moich oczach on nie ucierpiał).

Dla zainteresowanych: maskotka to Whisper z kreskówki Yokai Watch, którą uwielbiam ze względu na występujące tam Yokai (rodzaj japońskich duchów).

Innym razem stałem w korku z moją śmieszniejszą połową, na które zaczynamy mieć alergię. No, ale co zrobić? Helikopter za drogi, a na farmę po zakupy czasem jechać po pracy trzeba. Jak zareagowalibyście, gdyby korek był spowodowany przez pewnego rodzaju pochód?

img_20160906_152948

My mieliśmy wyszczerz pełen szczęścia i radości. Krówki wesoło dreptały, ocierając się o samochody zdenerwowanych kierowców, magicznie unikając nasz. Odrobina uśmiechu i przyjacielskiego nastawienia potrafi wpłynąć na zwierzaki. Dodatkowo właścicielka stada uśmiechnęła się do nas, kiedy przechodziła na końcu, chociaż była zdecydowanie zdziwiona, że ktoś cieszy się na widok krów. Jak tu się nie cieszyć, skoro ja lubię wszystkie zwierzątką, nawet te korkogenne?

Co do krówek to tutaj mały bonusik z farmy.

img_20161001_144944

Ostatnio trochę pozalewało ulice z racji częstych opadów deszczu. Skutkuje to takimi atrakcjami:

I wizytą na myjni, która była odwlekana tygodniami.

img_20161016_152042

Na zdjęciu nie wygląda to tak tragicznie, jak wyglądało na żywo.

Ale było warto wjechać w tę kałużę. Przynajmniej można się było nacieszyć widokiem wody zalewającą całą szybę. Tak, wiem, cieszą mnie dziwne rzeczy.

Kolejną małą, śmieszną rzeczą jest coś, co wybłagała u mnie moja połowa (w zamian za to, że ja wybłagałem coś innego; taki system handlu u nas). Jak myślicie: ile może kosztować komputer? A dokładniej płyta główna. Ja znam odpowiedź na to pytanie. Cztery funty. Około dwadzieścia złotych. Myśmy wydali w sumie ponad dwadzieścia dwa funty, bo kupiliśmy kabelki, obudowę i parę innych drobiazgów dodatkowo.

Moja śmieszniejsza połowa uwielbia komputery i odkryła niesamowitą rzecz jaką jest Raspberry Pi Zero, czyli komputer wielkości… czegoś bardzo małego.

This slideshow requires JavaScript.

(kilka przykładowych przyrównań; Raspberry Pi Zero jest mniejsze od standardowej kości pamięci w komputerach stacjonarnych)

Jego moc obliczeniowa jest słaba, ale za taką cenę można mieć już stabilny komputer do przeglądania internetu, czy nauki (bo jego twórcom chodzi o to, aby stworzyć dostęp do wydajnych i tanich komputerów, które umożliwą ludziom rozwój).

No i przekonałem się na własne oczy, że można pograć w bardzo okrojoną wersję Minecrafta. Na tyle okrojoną, że rozrgywka ogranicza się do stawiania bloków.

img_20161018_185145

Mój domek z betonu

Można Raspberry Pi Zero podłączyć do telefonu, czyniąc ze smartphone’a powerbank dla niego.

img_20161016_215351

Moja połowa ma dostęp do komputera za pomocą konsoli, dzięki połączeniu z internetem. Takie Raspberry Pi może wtedy funkcjonować jako mini serwer albo mini centrum zarządzania. W naszym mieszkaniu Raspberry Pi 1 (większa wersja Raspberry Pi Zero) zarządza ogrzewaniem i światłem (można je zdalnie wyłączyć poprzez stronę internetową). Dodatkowo ogrzewanie samo włącza i wyłącza się o określonych godzinach, a (mam nadzieję, że moja zdolna połowa to zrobi) w planach jest ustawienie ogrzewania pod względem temperatury w domu. Dzięki temu nie zgrzewam się, ani nie marznę.

img_20161011_153956

Raspberry Pi Zero vs Raspberry Pi 1

Ciekawostką jest, że Raspberry Pi Zero ma domyślnie większą moc obliczeniową z racji tego, że jest podkręconą wersją Raspberry Pi 1, aczkolwiek Pi 1 również można podkręcić.

Raspberry funkcjonuje na systemie operacyjnym opartym na Debianie (Linux), który nazywa się Raspbian. Są również inne wersje systemów Linuxowych, które umożliwiają np. zrobienie kina domowego z Raspberry Pi.

img_20161011_235917

Osobiście niezbyt go używałem, ale wydaje się prosty w użytku – idealny dla ludzi, którzy zaczynają swoją przygodę z Linuxami. Typowo Linuxowa konfigurowalność pozwala go jednak ustawić wedle własnego uznania, więc zaawansowany użytkownik może pozmieniać większość ustawień (jeśli nie wszystko) jak leci.

Raspberry Pi to bardzo rozległy temat, ale planuję do niego wrócić z racji faktu, że jest to hobby mojej połowy i prawdopodobnie Raspberry Pi Zero niedługo zostanie gdzieś zastosowane (nie powiem gdzie; będzie niespodzianka).

A tymczasem życzę wszystkim dużo niespodzianek i dużo radości. Na jesienną porę to jest jak promień słońca ogrzewający zmarźnięte ciało.

Mefisto